Blog > Komentarze do wpisu
Przeczytane: Peter Godwin: "Gdzie krokodyl zjada słońce"

Dopiero co skończyłam powieść o Mozambiku i zaraz wpadła mi w ręce powieść o sąsiednim państwie: Zimbabwe. Mozambik jest jednym z najbiedniejszych krajów na świecie, natomiast Zimbabwe pod rządami dyktatora Roberta Mugabe w szybkim tempie dogania sąsiada. Obydwa państwa łączy między innymi fakt, że średnia długość życia wynosi niewiele ponad trzydzieści lat, tyle że w Zimbabwe jeszcze na początku lat osiemdziesiątych wynosiła ona około 60 lat.

Peter Godwin to dziennikarz, który urodził się w Zimbabwe (wówczas jeszcze państwo nosiło nazwę Rodezja). Nie jest to więc książka podróżnika, ale człowieka, który od podszewki zna kraj i jego mieszkańców. Książka jest bardzo osobista, jednymi z głównych postaci powieści uczynił swoich rodziców. Przyjechali do Afryki po drugiej wojnie światowej i, jak wielu innych białych, rozpoczęli tam nowe życie. Gdy ich poznajemy są już starszymi ludźmi. Coraz trudniej im żyć w ogarniętym chaosem Zimbabwe, biednieją, chorują, ale wciąż nie chcą, wzorem wielu innych, wyemigrować (czy też raczej uciec), z kraju. Zimbabwe przyjęli jako swoją ojczyznę.

Peter Godwin przestawia nam historię upadku świetnie prosperującego państwa. Rysuje obraz wszechogarniającej korupcji, łapówkarstwa i nienawiści jaka ogarnęła kraj. Idealnie równoważy przy tym wątki osobiste i historię kraju, łączy szeroki plan z losami pojedynczych osób.

Książka jest przerażająca i jednocześnie przytłaczająca. Nagromadzenie bezsensownej agresji i głupoty oraz bezsilność jaką wobec niej czujemy po prostu obezwładnia.

Pamiętam jak przez mgłę czas, gdy w mediach pojawiały się doniesienia o napadach na białych farmerów w Zimbabwe. Rzucałam na nie jednym okiem i za nic nie mogłam się zorientować kto, gdzie i dlaczego. Dopiero ta książka pozwala poznać całą tragizm sytuacji w Zimbabwe pod rządami Mugabe. Za jego rządów bandyci stali się kompletnie bezkarni, w dodatku współpracują z policją i władzami (lub z nich się wywodzą). Dobrze prosperujący kraj pogrążył się w nędzy.

Największe zaskoczenie przyszło, gdy na jaw wyszła rodzinna tajemnica autora. Otóż ojciec Petera Godwina w rzeczywistości nazywał się Kazimierz Jerzy Goldfarb i urodził się w Warszawie. Wywodził się z dobrze sytuowanej żydowskiej rodziny. Latem 1939 roku zapobiegliwi rodzice wysłali go na wakacyjny kurs języka angielskiego, z którego nie zdążył już wrócić do Polski.
Nagle wprost z afrykańskich tropików autor przenosi nas do ogarniętej wojną Europy. Próbuje zmierzyć się z okrucieństwem Holocaustu i skompletować drzewo genealogiczne rodziny. W rezultacie otrzymujemy piękną historię o poszukiwaniu tożsamości. Bo kim jest Peter Godwin, urodzony w Zimbabwe, zamieszkały w Nowym Jorku Żyd (ale niepełny, bo tylko od strony ojca)? Sam ma problem z odpowiedzią na to pytanie.

Mnie szczególnie zachwyca warsztat pisarski Godwina. Widać w nim lata reporterskiej pracy, która uczy pomijania zbędnych słów, za to uczula na szczegóły. U niego dziennikarskie przykazanie "show, don't tell" jest bardzo wyraźne. Chociażby w tym fragmencie (przypominam, że jest rok 2003): "Mama nie może sobie poradzić z otwarciem puszki z dietetyczną colą, więc jej pomagam. Okazuje się, że nigdy wcześniej nie piła napoju z puszki."

Najchętniej zacytowałabym całą książkę, ale skoro to niemożliwe, przepisałam chociaż dwa krótkie fragmenty.

"Chwilę później na drodze pojawia się powód zamilknięcia cykad: rozciągnięty wężyk czarnych dzieci truchtem wracających ze szkoły. Joanna przygląda się wyświechtanym mundurkom w kolorze khaki i pasiastym tornistrom z juty, które podskakują im na kościstych ramionach, i wiem, co myśli. Mimo że na nasz widok pohukują przyjaźnie, machają rękami i błyskają zębami w uśmiechach, ona widzi tylko wiszące na nich ubrania po starszym rodzeństwie i dziurawe buty lub bose stopy, które codziennie przebywają wiele kilometrów w drodze do i ze szkoły. Wie też, że czekają na nie kryte słomą chaty bez kanalizacji i elektryczności. Ja natomiast widzę działające szkoły, długopisy i zeszyty w tornistrach i niemal powszechny system oświaty, dzięki czemu rośnie najlepiej wykształcona młodzież w całej Afryce. Ona porównuje to z Pierwszym Światem, w którym przywileje są traktowane jak należne prawa. ja to porównuję z apokaliptyczną Afryką, gdzie prawa należą się tylko uprzywilejowanym. Po doświadczeniach z wojen w Mozambiku, Angoli, Ugandzie, Somalii i Sudanie Zimbabwe jawi mi się jako afrykańska Szwajcaria."

"Rolnictwo - potężna, rozwijająca się od dziesięcioleci gałąź gospodarki - znalazło się na granicy upadku. Webbowi nie wolno przystąpic do siewów pszenicy ozimej, nie wolno mu nawadniać plantacji soi, nie wolno opuszczać posiadłości bez pozwolenia. Jego robotnicy są wystraszeni i niepewni swojego losu. Okupanci przeważnie chodzą pijani lub naćpani. Bez przerwy się kłócą i co dzień wydają coraz to inne, sprzeczne polecenia. Są jak pasożyty próbujące zniszczyć tkankę, którą sie żywią. Ich postępowanie przywodzi na myśl wszystkie stare kolonialne opowieści o panującym w Afryce chaosie i beznadziei."


Dla chętnych artykuł Wojciecha Jagielskiego w Gazecie Wyborczej.

A książkę po prostu trzeba przeczytać.

środa, 09 czerwca 2010, ruda-farbowana

Polecane wpisy