Blog > Komentarze do wpisu
Przeczytane: Michel Houellebecq "Mapa i terytorium"

"Mapę i terytorium" kupiłam pod wpływem chwili z powodu fragmentu przeczytanego jeszcze przy półce w księgarni. Nie chce mi się go już cytować, ale traktuje się w nim wszystkich genialnych fotografów portrecistów jako zwykłych oszustów i wyrobników. Cóż łatwiejszego niż naciśnięcie spustu aparatu - przeczytałam - na tym polega całe zadanie tych pseudoartystów.

Książka jak książka, całkiem nieźle czytało mi się do połowy, a potem trochę się znudziłam. Jest nieco beznamiętna, brak w niej emocji. To, jak skończy bohater jest mi obojętne - będzie miał partnerkę, nie będzie, spędzi starość samotny i opuszczony, czy w towarzystwie rodziny lub przyjaciół - on coś robi z życiem, a mnie wsio rawno. Nie wiem też po co te drobiazgowe encyklopedyczne opisy przeróżnych rzeczy (czy naprawdę musiał kopiować strony Wikipedii?), które fatalnie spowalniały rozwój wydarzeń. Na plus należy zaliczyć fakt, że jednak chciałam dotrzeć do końca (coraz więcej książek porzucam w środku czytania, dlatego że mi się nudzą), ale bardzo lubię obserwować upływ czasu, a powieść przestawia życie i rozwój bohatera na przestrzeni wielu lat. Jeśli akcja rozciąga się na 30, 50, a jeszcze lepiej 100 lat - tym lepiej dla mnie jako czytelnika.

Jednak ta książka była dla mnie interesująca głównie z jednego powodu: sprawiła, że znowu zaczęłam się zastanawiać nad sztuką nowoczesną. Czy fotografowanie map, czym zajmował się bohater "Mapy i terytorium" Jed Martin, naprawdę jest takim osiągnięciem artystycznym? Albo czy zdjęcia kluczy francuskich nadają się na ściany galerii?
Oczywiście wiem, że się nadają, a w rzeczywistym świecie jest dużo więcej artystów, którzy do zaoferowania mają coś równie banalnego podniesionego do rangi sztuki. O ile jednak pisuar Duchampa faktycznie był czymś wyjątkowym, o tyle kariera Jeda obnaża tylko cały bezsens sztuki nowoczesnej.
Nie trzeba nic umieć, nieszczególnie nawet trzeba coś sobą reprezentować. Wystarczy chociażby wziąć papierową torbę, nasadzić ją na głowę i powiedzieć, że to egzemplifikacja pustej egzystencji w świecie pełnym jednorazowych uczuć i nietrwałych związków. Albo alienacja postnowoczesnego humanisty w stechnicyzowanym otoczeniu. Albo zwykły protest przeciwko zatruwaniu środowiska lub rozbuchanemu konsumpcjonizmowi. A jak popatrzeć na to z boku, widać tylko człowieka z torbą na głowie.

Kiedy tylko zaczynam czytać recenzje pełne trudnych wyrazów, kwiecistych metafor, odniesień i interpretacji, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że trzeba się dobrze nastudiować, by umieć mówić w taki sposób, ale również, że trzeba mieć specjalne predyspozycje. Ciągle próbuję znaleźć sens w tej szczególnej nowomowie artystycznej, lecz nie potrafię.

Nic nie poradzę na to, że bliższa jest mi sztuka, o której mogę powiedzieć: podoba mi się, lub: nie podoba. Owszem, zdaję sobie sprawę chociażby z faktu, że to artysta stwarza sztukę, zgadzam się, że akt kreacji wcale nie oznacza konieczności trzymania pędzla w ręku i nawet nie mam nic przeciwko ekierce w służbie twórcy, bo uwielbiam Mondriana. Mogą mi się podobać instalacje, happeningi, pokazy multimedialne i wcale nie uważam starych mistrzów za jedynie słuszny wzorzec. Niemniej nadal chciałabym, żeby artyści, których prace mam zobaczyć, faktycznie coś umieli.
 
Podobno tylko grafomani piszą z łatwością - w dziedzinie literatury sprawa jest prosta, wystarczy zapytać pierwszego lepszego pisarza o jego pracę i od razu usłyszymy o niezliczonych poprawkach, zmianach i nieustannym szlifowaniu warsztatu (na pewno są wyjątki, ale nie o nich teraz mowa). Trudno mi sobie wyobrazić wartościowe dzieło literackie, czy po prostu dobry kryminał, który został napisany z marszu. O takich dziedzinach jak taniec czy śpiew nawet nie warto mówić - lata pracy zajmuje osiągnięcie lekkości ruchu i czystości dźwięku.

Więc dlaczego sztuką nazywa się namalowanie cienkiej kreski na ścianie wokół pokoju? Jeśli możemy czemuś nadać każde możliwe znaczenie i każda interpretacja jest prawidłowa, to sensu w tym nie ma wcale.

Ale to pisałam ja, kompletny laik i pewnie trochę inżynier Mamoń.
Znawcy tematu z pewnością by mnie zakrzyczeli swoimi światłymi argumentami.
A ja znowu nic bym z tego nie zrozumiała.

środa, 08 lutego 2012, ruda-farbowana

Polecane wpisy

Komentarze
sempreverde
2012/03/04 08:55:53
Mamoń w tym wypadku nie jest odosobniony. Nawet nie wiesz, jak się z Tobą zgadzam, z każdym słowem tej recenzji :)

-
2012/03/05 09:09:13
Wydaje mi się, że znalazłoby się jeszcze kilka podobnie myślących osób :)