Blog > Komentarze do wpisu
Przeczytane: Wojciech Mann "RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą"

Generalnie do książek pisanych przez osoby aktualnie sławne i bywające (w szczególności na szklanym ekranie) podchodzę jak pies do jeża. Powiem więcej: nie jestem zainteresowana nawet ich krytykowaniem, bo musiałabym, nie daj Boże, przeczytać któreś arcydzieło.

Są na szczęście wyjątki od tej reguły, bo skoro moje poczucie humoru zostało w dużej mierze ukształtowane przez takie audycje telewizyjne "Za chwilę dalszy ciąg programu" lub radiowe "Nie tylko dla orłów" (wspomnienie chociażby o żelaznym karle imieniem Wasyl czy doktorze Wyciorze na zawsze już będą powodowały moje radosne kwiczenie), to po książkę Wojciech Manna sięgnęłam nie tylko bez obaw, ale z radosnym oczekiwaniem.

I nie rozczarowałam się. Jeśli ktoś lubi pana Manna i ceni jego poczucie humoru, to z na pewno z chęcią przeczyta wspomnienia o młodym (a potem coraz starszym) zapaleńcu, który na miłości do muzyki zbudował swoją karierę zawodową. Nie miałabym nic przeciwko, żeby książka była nieco grubsza i obfitowała w więcej historii z życia pana Manna wziętych. Bo nie dość, że ma o czym opowiadać, to urodzony z niego gawędziarz.
Bardzo przyjemna lektura. Proszę o bis.

I na koniec kilka przypadkowych fragmentów "Z pamiętnika doktora Wyciora" (audycja "Nie tylko dla orłów" nadawana w Programie III Polskiego Radia)

Wtorek.
Bardzo silnie uderzyłem się w twarz butlą tlenową. Nigdy by do tego nie doszło, gdybym nie zrobił sobie omyłkowo zastrzyku ze spirytusu. Przypuszczam, że spirytus podrzucił mi pielęgniarz Gniady z zemsty za to, że zamiast od bólu głowy, dałem mu na przeczyszczenie. Kiedy go czyściło, zrobiłem mu trepanację i napchałem do głowy gazet.

Myślę, że bredzę. Dobranoc, kochany dzienniczku. Chyba już w tym tygodniu nic nie napiszę.

Sobota.
Jestem trochę niespokojny. Wczoraj zacząłem dość zawiłą operację na panu Łukaszu spod siódemki. Nie zauważyliśmy, jak czas zleciał i zrobiła się szesnasta i ? koniec roboty. Pan Łukasz został na stole do poniedziałku. Martwię się, że będzie próbował sam się zaszyć.
Poniedziałek.
Wszystko dobre, co się dobrze kończy. W czasie weekendu była przerwa w dostawie prądu. Urządzenia przestały działać i pan Łukasz też.
Dzisiaj miałem tylko dwa wyrostki. Dziwne, że u jednego pacjenta. No, ale poniedziałek jakoś zleciał, tym bardziej, że siostra Kulanka znalazła między protezami podręcznik anatomii. Bardzo ciekawy. Nigdy bym nie przypuszczał, że aż z tylu części składa się człowiek.



niedziela, 12 lutego 2012, ruda-farbowana

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: papryczka, *.ssp.dialog.net.pl
2012/02/29 21:32:20
Pozwolisz, że hurtem się odniosę w komentarzu. Póki co tak rzuciłam okiem na część Twojego bloga i co chwilę kiwałam głową: tak, tak:) Trafiłam poprzez post o książce "Wyspa klucz", potem Bourdain-uwielbiam faceta! czytałam Kill grill, w kolejce czeka Kill grill 2, zamówiona część trzecia. Żałuje, że nie mam już Kuchni tv i nie mogą oglądać go w jego programach:(. Przeglądam dalej Reporterzy bez fikcji, Hugo- Bader, Torańska i Allen na dokładkę:)
Czuje się jak u siebie. Lubię tak przypadkiem zajrzeć do kogoś i się ucieszyć:)
Pozdrawiam serdecznie.
-
2012/03/05 09:11:39
Dzięki za komentarz i bardzo mi miło :)
A u mnie na półce czeka na swoją kolej "Dom żółwia. Zanzibar" Małgorzaty Szejnert.