Blog > Komentarze do wpisu
Przeczytane: Olga Dębicka "Fotografie z tłem. Gdańszczanie po 1945 roku"

Już dawno przekonałam się, że historię najlepiej poznawać poprzez losy konkretnych ludzi. Suche fakty nabierają kolorytu, smaku, zapachu, daty same zapadają w pamięć, a przyczyny i skutki stają się oczywiste.
W dodatku ostatnio czuję coraz większą potrzebę, by jak najlepiej poznać moje miasto. Dlatego historie  spisane przez Olgę Dębicką w książce "Fotografie z tłem. Gdańszczanie po 1945 roku" tak bardzo mnie zainteresowały.

Na kartach "Fotografii..." przeczytałam historię doskonale znane Gdańsku piekarni Pellowskiego, poznałam postać Jerzego Janczukowicza - prezesa klubu nurkowego Rekin. Wśród bohaterów znajdziemy wielu ludzi morza - to oczywiste, ale są też i wspomnienia na przykład Donalda Tuska (i wytłumaczenie skąd to zamiłowanie do piłki nożnej). Ważną rolę odgrywają przedmioty: rodzinne obrazy, pamiątki, dokumenty i, oczywiście, zdjęcia. Bo właśnie od starej fotografii zaczyna się każdy rozdział.


Minęło ponad pół wieku od momentu naciśnięcia spustu aparatu, lecz poszukiwania osób przedstawionych na zdjęciach powiodły się, co stało się przyczynkiem do napisania kilkunastu niezwykłych opowieści o mieszkańcach Gdańska. Są wśród nich Niemcy, Polacy, Litwini... Prawdziwy miszmasz narodowościowy, bo Gdańsk od dawna był miastem wielokulturowym i połączył losy ludzi pochodzących z różnych miejsc na świecie. Wojna na dobre skomplikowała relacje sąsiedzkie - większość mieszkańców Gdańska przed wojną stanowili Niemcy, ale jak tu dalej żyć pod jednym dachem, skoro słowo "Niemiec" pisano z małej litery, wileński zaśpiew był wyśmiewany, a Kaszubi traktowani niczym wioskowe głupki - a to tylko czubek góry lodowej.
Trzeba przy tym pamiętać, że kończy się już czas na rozmowy z ludźmi, którzy pamiętają wojnę. Książka została wydana w 2003 roku i, jak pisze autorka we wstępie, dwóch bohaterów reportaży niestety nie doczekało druku.

Czasami książka nużyła drobiazgowością opisu, chociaż jednocześnie wywoływała szacunek dla benedyktyńskiej pracy autorki, która pieczołowicie notowała wszystkie koligacje rodzinne czy szczegóły takie jak numery domów, nazwy ulic. Docenią to z pewnością ci, którzy w jakikolwiek sposób są związani z postaciami występującymi w książce. Ale doceniam to i ja, gdańszczanka od bardzo niedawna, bo z radością gromadzę wszystkie okruchy składające się na historię miasta. Kto by pomyślał, że nazwa Błednik (zawsze mnie zastanawiała w odniesieniu do ulicy) wzięła się od labiryntu z żywopłotu, w którym łatwo było stracić orientację.

Zdjęcie może i znaczy tyle co tysiąc słów, ale dobrze jest znaleźć kogoś, kto je opowie. Na szczęście tym razem trafiło na świetną pisarkę i reportażystkę.
Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością.

Na koniec powiem jeszcze, że gdyby ktoś spisał fragment opowieści mojej rodziny w taki sposób jak zrobiła to Olga Dębicka, to z pewnością byłabym zachwycona.

poniedziałek, 05 marca 2012, ruda-farbowana

Polecane wpisy