niedziela, 14 grudnia 2014
Syzyfowe prace

Zasłyszane w serialu podsumowanie rodzicielstwa:

- Nie możesz wygrać. Nawet jeśli robisz wszystko dobrze.

poniedziałek, 08 grudnia 2014
Bez żalu

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów włączyłam telewizję w porze wieczornych wiadomości.

Niewiele tracę.

środa, 18 września 2013
Cytat

Są takie cytaty, którymi po prostu muszę się podzielić. Wpadła mi bowiem w ręce "Królowa Południa" Arturo Perez-Reverte i tamże, już na stronie 13, znajduje się następujace zdanie:

"Mimo swoich trzydziestu sześciu lat była dość atrakcyjna."

 

I pomyśleć, że takie coś czytam na dwa miesiące przed rzeczonymi urodzinami!

Tagi: cytaty
19:56, ruda-farbowana , ruda farbowana czyta
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 maja 2012
Przeczytane: Anthony Bourdain "O, kuchnia! Kill Grill 3"

Nadal bardzo lubię Anthony'ego Bourdain, ale jego ostatnia książka najmniej mi się podoba.

Po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów stwierdziłam: nierówna, stylistycznie niedopracowana, pisana, mam wrażenie, na kolanie, byle więcej upchnąć kwiecisto-rynsztokowych porównań, byle więcej odniesień do seksu i kokainy. Ale też jak zawsze do bólu szczera, za co go cenię.
Bo "Kill grill 3", to trochę pamiętnik, rozrachunek ze swoim życiem i podsumowanie. Pięknie pisze o córce, niektórzy nigdy nie dojrzewają do roli ojca, a on co prawda późno, ale wydaje się, że faktycznie wie co robi.

Na szczęście z każdą kolejną stroną autor się rozkręcał. Im więcej pisał o kuchni, a nie o sobie, tym lepiej się go czytało. I pewnie właśnie o to chodzi. Lubię bowiem, gdy Bourdain pisze o jedzeniu, bo wie na temat dużo, robi to z miłością i nie ogląda się na zdanie innych.
Nie reklamuje żadnej firmy czy restauracji, jeśli coś chwali, to na pewno jest przekonany o doskonałej jakości, jeśli krytykuje (a robi to bez litości) to również ma powody. Można się z nim zgadzać albo nie, ale z pewnością warto posłuchać.
Kolejny plus, to fakt, że Bourdain nie jest fanatykiem żadnego stylu życia, nie cierpi fast foodu (z książki można się dowiedzieć, jak przekonać dziecko, żeby się trzymało z dala od McDonalda), ale też widzi i opisuje nierealne postulaty wielu zwolenników zdrowej żywności i slow foodu. Uwielbia dobrze zjeść, ale nie jest snobem kulinarnym.

Polecam na przykład rewelacyjny rozdział o hamburgerze: bez zadęcia na temat sztandarowej potrawy Amerykanów. W pamięci utkwił mi też opis pracy mistrza sprawiania ryb.

Podsumowując: po tej lekturze znowu uświadomiłam sobie jak mało wiem o jedzeniu. I mimo, że od stylu mogą czasami rozboleć zęby - obowiązkowa pozycja dla wszystkich, którzy interesują się jedzeniem.

poniedziałek, 12 marca 2012
Przeczytane: Anne Lamott "Niesforna dusza"

Kto nie pamięta już uczucia buntu i ogólnej beznadziei nastoletniego człowieka, może sobie przypomnieć ten stan dzięki książce Anne Lamott "Niesforna dusza". Luźno cytując jedną z bohaterek, nie są to bynajmniej złote lata, a raczej najtrudniejszy okres w życiu.

Lamott bardzo przekonująco opisuje proces przemiany nastoletniej Rosie z dziecka w młodą kobietę. Ale nie tylko Rosie musi sobie poradzić z dojrzewaniem. Elizabeth, jej nadopiekuńcza i lekko paranoiczna matka również musi zaakceptować fakt, że jej córka zaczyna kroczyć własnymi ścieżkami. Przecięcie pępowiny jest dla Elizabeth wyjątkowo trudne, bo jeszcze nie do końca doszła do siebie po śmierci pierwszego męża, a z obecnym partnerem, mimo wzajemnej miłości, też nie zawsze układa się idealnie. Relacje między matką a córką utrudnia też były alkoholizm Elizabeth.

Cała historia, z licznymi wątkami pobocznymi, napisana jest lekko i z wdziękiem, życie toczy się swoim rytmem, codzienność pokazana bardzo realistycznie przez szczegóły, a szczególną uwagę poświęca się wzajemnym relacjom między bohaterami i ich uczuciom.

"Niesforna dusza" to również gratka dla wielbicieli tenisa: Rosie jest utalentowaną zawodniczką. Mnie akurat tenis nie interesuje wcale, ale sport stanowi tak istotną część życia Rosie, że wszelkie opisy meczów mają wyraźne uzasadnienie.

Jedyny minus wynika z mojego braku zainteresowania wszelkimi uduchowionymi lub symbolicznymi opisami. Na przykład, gdy czytam akapit utrzymany w stylu: "Gdy okrążała samochód, jeszcze raz rzuciła okiem na księżyc. Widać było jego zaćmioną część: tajemniczy rożek trzymał w ramionach brakującą część samego siebie.", natychmiast mam ochotę przejść dalej. Na szczęście nie jest to dominujący trend, autorka twardo stąpa po ziemi.

Reasumując: rewelacyjna książka o trudach młodości i problemach z przystosowaniem się. Szkoda, że nie trafiłam na nią, gdy miałam kilkanaście lat. Inna sprawa, że było to niemożliwe, bo wówczas nie została jeszcze napisana.
Cóż, może w odpowiednim czasie uda mi się podsunąć ją córce.


poniedziałek, 05 marca 2012
Przeczytane: Monica Ali "Brick Lane"

Nazneen urodziła się w ubogiej bangladeskiej wiosce. Jej przyszłość została wyraźnie określona: to rodzice wybrali męża, z którym Nazneen wyjechała do Londynu. Myliłby się jednak ktoś twierdzący, że wyjazd od razu odmienił jej życie. Podobnie jak żony w Bangladeszu, Nazneen gotowała, sprzątała, rodziła dzieci i wycinała mężowi nagniotki. Po ulicy chodziła krok za swoim mężczyzną, a nauka języka angielskiego nie była jej do niczego potrzebna. Miała dobrego męża, przecież jej nie bił.
Ale zmiany następowały stopniowo, nie da się przecież zupełnie odgrodzić od otaczającego świata. Nazneen, której jak dotąd jedynym celem było przetrwanie kolejnego dnia, zaczyna dojrzewać i zyskiwać samodzielność. Gdy wykształcony mąż traci kolejną pracę, to ona zarabia szyciem na utrzymanie.
Czy jednak Nazneen jest na tyle silna, by zawalczyć o siebie i swoje potrzeby? Czy faktycznie da sobie prawo do marzeń i życia tak, jak chce? Droga do tego nie jest łatwa, a i cena może być wysoka.

"Brick Lane" to książka o imigrantach, konfliktach kulturowych i wykorzystywaniu kobiet. O wyborach życiowych i o bezwolnym poddawaniu się losowi. To powieść o emancypacji, ale nie tej z plakatów i manif, ale tej idącej z dołu, która zaczyna się w umyśle każdej kobiety postawionej w trudnej sytuacji życiowej, która po prostu musi sobie poradzić i nie ma czasu na żadną ideologię.
Bo "Brick Lane" to po prostu książka o kobietach, ich sile i zdolności do przystosowania się. Ale też o słabości i braku perspektyw, które czasami kończą się tragicznym skokiem z okna.
To książka o kobietach zamkniętych w getcie przekonań i tradycji przekazywanych z matki na córkę i o tym, że niektórym jednak udaje się z niego wyzwolić.

Dodatkowym plusem jest fakt, że autorka trzyma się z dala od uduchowionej egzaltacji, która często towarzyszy książkom o kulturach azjatyckich. Bardziej skupia się na całkiem poważnych problemach mieszkańców Bangladeszu zarówno tych, którzy zostali w kraju, jak i emigrantów.

Monica Ali napisała mądrą, wielowarstwową książkę o codziennym życiu.
Polecam. 

Przeczytane: Olga Dębicka "Fotografie z tłem. Gdańszczanie po 1945 roku"

Już dawno przekonałam się, że historię najlepiej poznawać poprzez losy konkretnych ludzi. Suche fakty nabierają kolorytu, smaku, zapachu, daty same zapadają w pamięć, a przyczyny i skutki stają się oczywiste.
W dodatku ostatnio czuję coraz większą potrzebę, by jak najlepiej poznać moje miasto. Dlatego historie  spisane przez Olgę Dębicką w książce "Fotografie z tłem. Gdańszczanie po 1945 roku" tak bardzo mnie zainteresowały.

Na kartach "Fotografii..." przeczytałam historię doskonale znane Gdańsku piekarni Pellowskiego, poznałam postać Jerzego Janczukowicza - prezesa klubu nurkowego Rekin. Wśród bohaterów znajdziemy wielu ludzi morza - to oczywiste, ale są też i wspomnienia na przykład Donalda Tuska (i wytłumaczenie skąd to zamiłowanie do piłki nożnej). Ważną rolę odgrywają przedmioty: rodzinne obrazy, pamiątki, dokumenty i, oczywiście, zdjęcia. Bo właśnie od starej fotografii zaczyna się każdy rozdział.


Minęło ponad pół wieku od momentu naciśnięcia spustu aparatu, lecz poszukiwania osób przedstawionych na zdjęciach powiodły się, co stało się przyczynkiem do napisania kilkunastu niezwykłych opowieści o mieszkańcach Gdańska. Są wśród nich Niemcy, Polacy, Litwini... Prawdziwy miszmasz narodowościowy, bo Gdańsk od dawna był miastem wielokulturowym i połączył losy ludzi pochodzących z różnych miejsc na świecie. Wojna na dobre skomplikowała relacje sąsiedzkie - większość mieszkańców Gdańska przed wojną stanowili Niemcy, ale jak tu dalej żyć pod jednym dachem, skoro słowo "Niemiec" pisano z małej litery, wileński zaśpiew był wyśmiewany, a Kaszubi traktowani niczym wioskowe głupki - a to tylko czubek góry lodowej.
Trzeba przy tym pamiętać, że kończy się już czas na rozmowy z ludźmi, którzy pamiętają wojnę. Książka została wydana w 2003 roku i, jak pisze autorka we wstępie, dwóch bohaterów reportaży niestety nie doczekało druku.

Czasami książka nużyła drobiazgowością opisu, chociaż jednocześnie wywoływała szacunek dla benedyktyńskiej pracy autorki, która pieczołowicie notowała wszystkie koligacje rodzinne czy szczegóły takie jak numery domów, nazwy ulic. Docenią to z pewnością ci, którzy w jakikolwiek sposób są związani z postaciami występującymi w książce. Ale doceniam to i ja, gdańszczanka od bardzo niedawna, bo z radością gromadzę wszystkie okruchy składające się na historię miasta. Kto by pomyślał, że nazwa Błednik (zawsze mnie zastanawiała w odniesieniu do ulicy) wzięła się od labiryntu z żywopłotu, w którym łatwo było stracić orientację.

Zdjęcie może i znaczy tyle co tysiąc słów, ale dobrze jest znaleźć kogoś, kto je opowie. Na szczęście tym razem trafiło na świetną pisarkę i reportażystkę.
Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością.

Na koniec powiem jeszcze, że gdyby ktoś spisał fragment opowieści mojej rodziny w taki sposób jak zrobiła to Olga Dębicka, to z pewnością byłabym zachwycona.

niedziela, 12 lutego 2012
Przeczytane: Wojciech Mann "RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą"

Generalnie do książek pisanych przez osoby aktualnie sławne i bywające (w szczególności na szklanym ekranie) podchodzę jak pies do jeża. Powiem więcej: nie jestem zainteresowana nawet ich krytykowaniem, bo musiałabym, nie daj Boże, przeczytać któreś arcydzieło.

Są na szczęście wyjątki od tej reguły, bo skoro moje poczucie humoru zostało w dużej mierze ukształtowane przez takie audycje telewizyjne "Za chwilę dalszy ciąg programu" lub radiowe "Nie tylko dla orłów" (wspomnienie chociażby o żelaznym karle imieniem Wasyl czy doktorze Wyciorze na zawsze już będą powodowały moje radosne kwiczenie), to po książkę Wojciech Manna sięgnęłam nie tylko bez obaw, ale z radosnym oczekiwaniem.

I nie rozczarowałam się. Jeśli ktoś lubi pana Manna i ceni jego poczucie humoru, to z na pewno z chęcią przeczyta wspomnienia o młodym (a potem coraz starszym) zapaleńcu, który na miłości do muzyki zbudował swoją karierę zawodową. Nie miałabym nic przeciwko, żeby książka była nieco grubsza i obfitowała w więcej historii z życia pana Manna wziętych. Bo nie dość, że ma o czym opowiadać, to urodzony z niego gawędziarz.
Bardzo przyjemna lektura. Proszę o bis.

I na koniec kilka przypadkowych fragmentów "Z pamiętnika doktora Wyciora" (audycja "Nie tylko dla orłów" nadawana w Programie III Polskiego Radia)

Wtorek.
Bardzo silnie uderzyłem się w twarz butlą tlenową. Nigdy by do tego nie doszło, gdybym nie zrobił sobie omyłkowo zastrzyku ze spirytusu. Przypuszczam, że spirytus podrzucił mi pielęgniarz Gniady z zemsty za to, że zamiast od bólu głowy, dałem mu na przeczyszczenie. Kiedy go czyściło, zrobiłem mu trepanację i napchałem do głowy gazet.

Myślę, że bredzę. Dobranoc, kochany dzienniczku. Chyba już w tym tygodniu nic nie napiszę.

Sobota.
Jestem trochę niespokojny. Wczoraj zacząłem dość zawiłą operację na panu Łukaszu spod siódemki. Nie zauważyliśmy, jak czas zleciał i zrobiła się szesnasta i ? koniec roboty. Pan Łukasz został na stole do poniedziałku. Martwię się, że będzie próbował sam się zaszyć.
Poniedziałek.
Wszystko dobre, co się dobrze kończy. W czasie weekendu była przerwa w dostawie prądu. Urządzenia przestały działać i pan Łukasz też.
Dzisiaj miałem tylko dwa wyrostki. Dziwne, że u jednego pacjenta. No, ale poniedziałek jakoś zleciał, tym bardziej, że siostra Kulanka znalazła między protezami podręcznik anatomii. Bardzo ciekawy. Nigdy bym nie przypuszczał, że aż z tylu części składa się człowiek.



21:12, ruda-farbowana
Link Komentarze (2) »
czwartek, 09 lutego 2012
Przeczytane: Jacek Hugo-Bader "Dzienniki kołymskie"

Każdą książkę Jacka Hugo-Badera od razu odkładam do ulubionych.

Zacznijmy od tego, że lubię człowieka, który nazywa się Jacek Hugo-Bader. Oczywiście, że go nie znam, po prostu lubię obraz jaki sobie stworzyłam na podstawie jego reportaży i książek. I może dlatego fakt, że w "Opowiadaniach kołymskich" pisze dużo o sobie, w żaden sposób nie zmniejsza wartości książki. Znam takich reportażystów, którzy potrafią być niemal przezroczyści, ale Hugo-Bader do nich nie należy.
Nie zamierzam przy tym wykazywać wyższości jednej opcji nad drugą, obie mają swoje plusy i minusy, a wszystko jak zawsze zależy od umiejętności autora.

I tu dochodzę do sedna sprawy, bowiem lubię barwny sposób pisania Hugo-Badera, uwielbiam, gdy snuje niesamowite opowieści o mieszkańcach zimnej i nieprzyjaznej części Rosji. I nawet jeśli potem (pod silnym wpływem komentarzy) zaczynam się zastanawiać czy wszystko co opisuje jest faktycznie prawdą, to w momencie, gdy przewracam stronę za stroną w ogóle o tym nie myślę. Daję się porwać lekturze.

"Dzienniki kołymskie" to może rzeczywiście i nie ta klasa co "Biała gorączka", ale chciałabym częściej sięgać po tak krytykowane książki. 

środa, 08 lutego 2012
Przeczytane: Michel Houellebecq "Mapa i terytorium"

"Mapę i terytorium" kupiłam pod wpływem chwili z powodu fragmentu przeczytanego jeszcze przy półce w księgarni. Nie chce mi się go już cytować, ale traktuje się w nim wszystkich genialnych fotografów portrecistów jako zwykłych oszustów i wyrobników. Cóż łatwiejszego niż naciśnięcie spustu aparatu - przeczytałam - na tym polega całe zadanie tych pseudoartystów.

Książka jak książka, całkiem nieźle czytało mi się do połowy, a potem trochę się znudziłam. Jest nieco beznamiętna, brak w niej emocji. To, jak skończy bohater jest mi obojętne - będzie miał partnerkę, nie będzie, spędzi starość samotny i opuszczony, czy w towarzystwie rodziny lub przyjaciół - on coś robi z życiem, a mnie wsio rawno. Nie wiem też po co te drobiazgowe encyklopedyczne opisy przeróżnych rzeczy (czy naprawdę musiał kopiować strony Wikipedii?), które fatalnie spowalniały rozwój wydarzeń. Na plus należy zaliczyć fakt, że jednak chciałam dotrzeć do końca (coraz więcej książek porzucam w środku czytania, dlatego że mi się nudzą), ale bardzo lubię obserwować upływ czasu, a powieść przestawia życie i rozwój bohatera na przestrzeni wielu lat. Jeśli akcja rozciąga się na 30, 50, a jeszcze lepiej 100 lat - tym lepiej dla mnie jako czytelnika.

Jednak ta książka była dla mnie interesująca głównie z jednego powodu: sprawiła, że znowu zaczęłam się zastanawiać nad sztuką nowoczesną. Czy fotografowanie map, czym zajmował się bohater "Mapy i terytorium" Jed Martin, naprawdę jest takim osiągnięciem artystycznym? Albo czy zdjęcia kluczy francuskich nadają się na ściany galerii?
Oczywiście wiem, że się nadają, a w rzeczywistym świecie jest dużo więcej artystów, którzy do zaoferowania mają coś równie banalnego podniesionego do rangi sztuki. O ile jednak pisuar Duchampa faktycznie był czymś wyjątkowym, o tyle kariera Jeda obnaża tylko cały bezsens sztuki nowoczesnej.
Nie trzeba nic umieć, nieszczególnie nawet trzeba coś sobą reprezentować. Wystarczy chociażby wziąć papierową torbę, nasadzić ją na głowę i powiedzieć, że to egzemplifikacja pustej egzystencji w świecie pełnym jednorazowych uczuć i nietrwałych związków. Albo alienacja postnowoczesnego humanisty w stechnicyzowanym otoczeniu. Albo zwykły protest przeciwko zatruwaniu środowiska lub rozbuchanemu konsumpcjonizmowi. A jak popatrzeć na to z boku, widać tylko człowieka z torbą na głowie.

Kiedy tylko zaczynam czytać recenzje pełne trudnych wyrazów, kwiecistych metafor, odniesień i interpretacji, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że trzeba się dobrze nastudiować, by umieć mówić w taki sposób, ale również, że trzeba mieć specjalne predyspozycje. Ciągle próbuję znaleźć sens w tej szczególnej nowomowie artystycznej, lecz nie potrafię.

Nic nie poradzę na to, że bliższa jest mi sztuka, o której mogę powiedzieć: podoba mi się, lub: nie podoba. Owszem, zdaję sobie sprawę chociażby z faktu, że to artysta stwarza sztukę, zgadzam się, że akt kreacji wcale nie oznacza konieczności trzymania pędzla w ręku i nawet nie mam nic przeciwko ekierce w służbie twórcy, bo uwielbiam Mondriana. Mogą mi się podobać instalacje, happeningi, pokazy multimedialne i wcale nie uważam starych mistrzów za jedynie słuszny wzorzec. Niemniej nadal chciałabym, żeby artyści, których prace mam zobaczyć, faktycznie coś umieli.
 
Podobno tylko grafomani piszą z łatwością - w dziedzinie literatury sprawa jest prosta, wystarczy zapytać pierwszego lepszego pisarza o jego pracę i od razu usłyszymy o niezliczonych poprawkach, zmianach i nieustannym szlifowaniu warsztatu (na pewno są wyjątki, ale nie o nich teraz mowa). Trudno mi sobie wyobrazić wartościowe dzieło literackie, czy po prostu dobry kryminał, który został napisany z marszu. O takich dziedzinach jak taniec czy śpiew nawet nie warto mówić - lata pracy zajmuje osiągnięcie lekkości ruchu i czystości dźwięku.

Więc dlaczego sztuką nazywa się namalowanie cienkiej kreski na ścianie wokół pokoju? Jeśli możemy czemuś nadać każde możliwe znaczenie i każda interpretacja jest prawidłowa, to sensu w tym nie ma wcale.

Ale to pisałam ja, kompletny laik i pewnie trochę inżynier Mamoń.
Znawcy tematu z pewnością by mnie zakrzyczeli swoimi światłymi argumentami.
A ja znowu nic bym z tego nie zrozumiała.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Tagi