sobota, 29 stycznia 2011
Disney on Ice

Dzisiaj byliśmy rodzinnie na Disney on Ice.

Właściwie to nieistotne, czy mi się podobało, głównymi odbiorcami są dzieci. Może ujmijmy to tak, że gdyby nie dzieci, z pewnością nie pojawiłabym się w Ergo Arenie i bardziej bawiła mnie obserwacja ich reakcji, niż samo przedstawienie. Ale z punktu widzenia nieletnich impreza była świetna. Dużo świateł, muzyki, wartka akcja, znane z bajek kolorowe postacie, a w dodatku wszyscy tańczą na lodzie. Moje potomstwo wyglądało na zachwycone, mimo że z trudem wytrzymali taką dawkę atrakcji. Pierwsza połowa minęła jak z bicza strzelił, podczas drugiej znać było już pewne zmęczenie, zresztą zupełnie zrozumiałe.

Czyli wyjście zaliczamy do udanych, dzieci będą miały co wspominać, ale mam kilka dodatkowych uwag.

Parking na powietrzu, z pewnością niestrzeżony, kosztował 10 złotych za samochód. Po pierwsze jest to zdzierstwo pierwszej wody, w centrach handlowych za parking pod dachem płacę mniej za ten sam czas. A po drugie, kiedy już jadę na imprezę, za którą z całą rodziną zapłaciliśmy kupę kasy, to tak wysoka opłata za parking wydaje mi się żenująca. 
Tak przy okazji: w Ergo Arenie byłam pierwszy raz i bardzo mi się podobało. I z zewnątrz i w środku. Co prawda jak to u nas bywa, budując wielki obiekt zapomniano o takim drobiazgu jak dojazd do niego, o czym już pisano w wielu miejscach i wiele razy, ale budynek faktycznie wygląda imponująco. Podejrzewam, że pojawię się tam jeszcze nie raz, z dziećmi lub bez, w zależności od atrakcji. Żałuję tylko, że nie mogłam zobaczyć jak działają wielkie telebimy podwieszone pod sufitem.

Zakaz wnoszenia jedzenia i picia właściwie rozumiem i nie jest to dla mnie żadna nowość. Na dobrą sprawę każdy normalny człowiek wytrzymuje trzy godziny bez posiłku, niezależnie od wieku.
Tyle teorii.
W praktyce córka konsekwentnie odmawiała jedzenia w domu i poczuła ssanie w żołądku akurat w momencie, gdy dojechaliśmy na miejsce, a syn, który w wieku nastoletnim pewnie będzie przejadał całe nasze dochody, znowu zrobił się głodny.
Do wyboru mieliśmy pizzę, napoje prosto z lodówki (jasne, że daję moim dzieciom lodowato zimne soki, zwłaszcza tuż po przebytej anginie), popcorn i bliżej niezidentyfikowane słodycze. Swoją drogą, bardzo mi się podobało to coś roznoszone w kubkach w kształcie głowy. Czaszka była otwierana u góry - zupełnie jak u Hannibala Lectera. Chociaż nie sądzę, żeby o te skojarzenia chodziło pomysłodawcom.
A ja znowu mogłam sobie tylko pomarzyć, żeby moje dzieci jadły to co im przyrządzam z taką ochotą, jak tę sztuczną pizzę.

Najbardziej jednak rozbawiła mnie sytuacja przy stoisku z napojami.
- Mogę pani dać w butelce bez zakrętki lub przelać sok do plastikowej szklanki - zaproponowała mi pani.
- A dlaczego nie mogę z zakrętką? - zapytałam zdezorientowana.
- Żeby pani nie rzucała w aktorów.

Jestem z tego powszechnie znana.

piątek, 21 stycznia 2011
Informacyjnie

Na Qlturce pojawił się nowy dział "Gry", gdzie znajdziecie między innymi moje recenzje ulubionych gier: Questionaut i Polowanie na robale.

No i przed chwilą wstawiłam nowy przepis na pyszną i banalnie prostą sałatkę na Chochelkach.

Polecam :)

I serdecznie witam wszystkich, którzy tu trafili. Jak widzicie nie chwaliłam się szczególnie tym miejscem - to tylko moje notatki, żeby klawiatura nie rdzewiała.

czwartek, 20 stycznia 2011
Adele

Z racji ataku wirusów i bakterii - chwilowo nieczynne.

Ale za to dzisiaj przeczytałam w Polityce o niejakiej Adele. I właśnie rozważam zakup płyty.

 

Tagi: Adele muzyka
15:00, ruda-farbowana
Link Komentarze (1) »
sobota, 15 stycznia 2011
Trzy kropelki


Był późny wieczór. Dom ucichł, chore dzieci spały, mąż też już padł. Wiedziałam, że będę tego żałować rano, ale cisza i spokój są tak rzadkie w życiu każdego rodzica, że grzech z nich nie skorzystać.

Umościłam się wygodnie w rogu kanapy. Włączyłam lampkę. Olbrzymia książka ciężko leżała na kolanach.

Otworzyłam. Z autoportretu patrzył na mnie Diego Velázquez, nadworny malarz króla Hiszpanii Filipa IV.

Moją uwagę przyciągnął szeroko uśmiechnięty mężczyzna z Triumfu Bachusa. Wydaje się być najtrzeźwiejszy, a to on wyciąga zachęcająco rękę z czarką pełną wina. Poczęstujesz się widzu?

Kątem oka zauważyłam trzy kropelki wody na stronie obok. Bez zastanowienia starłam je ręką.

A one zostały.

Próbowałam wytrzeć wodę z reprodukcji w albumie.

Velazquez oszukał mnie prawie czterysta lat po swojej śmierci.



Miał niewiele ponad 20 lat, gdy namalował Nosiwodę z Sewilli.

Obraz ze stron Wirtualnego Muzeum.

 

środa, 12 stycznia 2011
Dom w miniaturze

W kwartalniku 2+3D znalazłam artykuł "Stacje mieszkalne. Redefinicja domu". Bardzo ciekawy, nie przeczę, opisuje eksperymenty architektoniczne z samą formą domu. Jak pisze autor Dominik Lisik "Przez lata dom urósł do formy rozpasanego pudła z werandą, balkonami, garażem i ogródkiem. Dlatego śmiało można stwierdzić, że dopiero teraz projektanci i architekci z rozmysłem podejmują wyzwanie stworzenia dobrego obiektu do życia".
Ten dobry obiekt to według autora rodzaj kapsuły, miniaturowa osłona chroniąca nas od czynników zewnętrznych. A wszystko w nowoczesnej formie.
Żeby nie było wątpliwości: uważam przestawione w artykule projekty za ciekawe i inspirujące. Niemniej wygląda na to, że moja młodość minęła już wieki świetlne temu i mam zgoła inne podejście do architektury mieszkalnej.

Redefinicja domu jest sprawą dużo trudniejszą niż mogłoby się wydawać. Podstawowy problem polega na tym, że owe "rozpasane pudła" są po prostu najwygodniejszą formą do życia. Potrzebujemy przestrzeni. A gdy pojawią się dzieci, najchętniej przeprowadzilibyśmy się do zamku. Naturalnie można polemizować z tym, że rodzice i dzieci (celowo nie piszę "małżeństwo") to jedyny obowiązujący model rodziny, ale problem polega na tym, że bez dzieci trudno sobie wyobrazić przetrwanie ludzkiego gatunku.
Nawet jeśli projekt byłby przeznaczony dla singli, bardzo licznej przecież grupy, to też nie wróżę mu zbytniej popularności. Single też wolą lofty. Nad tym nie da się zapanować, odzywa się atawizm i najlepiej czujemy się na sawannie, a nie w klatce.
Wyłączając przypadki agorafobii.

Z drugiej strony, przecież nikt nie powiedział, że projekty mają być praktyczne. Koncepcja domu zawieszonego na wysięgniku (coś w rodzaju kabiny dźwigu) przyciąga uwagę oryginalnością i pobyt w takim pomieszczeniu zawieszonym nad drzewami lub wodą z pewnością może być ciekawym przeżyciem.

Fakt też, że mały metraż to duże oszczędności. A jesli ustawi się go gdzieś na odludziu, to wystarczy otworzyć drzwi, aby poczuć rozmiar świata. W odróżnieniu od nowych osiedli, gdzie z okna jednego mieszkania widać tytuły książek na półkach u sąsiada naprzeciwko.

Niemniej człowiek jest istotą społeczną. Mikroskopijne jednoosobowe domy nie wydają się więc kuszącym rozwiązaniem. Są raczej odpowiedzią na ograniczenia przestrzeni.
Idea domu też z trudem odrywa się od ziemi. Dom to nie tylko budynek, ale także miejsce, w którym jest osadzony. Niezrozumiałe jest też dla mnie gloryfikowanie ludów wędrownych. To nie nomadzi budowali cywilizację. Nietrwałość wydaje mi się dziwnym obiektem zachwytu akurat w architekturze.

Ale może właśnie o to chodzi? Może wkraczamy w świat, w którym nie ma nic stałego. Performance nie jest niczym nowym, a i choćby teatr nie zostawia po sobie niczego materialnego (wyjąwszy zapis na taśmie, ale sztuka teatralna istnieje o wiele dłużej niż film). Może więc czas pomyśleć w ten sam sposób o architekturze.


Moim zdaniem jednak nie jest to sposób na stworzenie wymarzonego miejsca do życia. Chyba, że na wakacje. Sama z przyjemnością zaszyłabym się na jakiś tydzień wyłącznie w towarzystwie książek i laptopa zostawiając za sobą cały ten zgiełk. A potem powróciłabym stęskniona na rodziny łono. Do domu. Nie do kapsuły.

Tagi