niedziela, 12 lutego 2012
Przeczytane: Wojciech Mann "RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą"

Generalnie do książek pisanych przez osoby aktualnie sławne i bywające (w szczególności na szklanym ekranie) podchodzę jak pies do jeża. Powiem więcej: nie jestem zainteresowana nawet ich krytykowaniem, bo musiałabym, nie daj Boże, przeczytać któreś arcydzieło.

Są na szczęście wyjątki od tej reguły, bo skoro moje poczucie humoru zostało w dużej mierze ukształtowane przez takie audycje telewizyjne "Za chwilę dalszy ciąg programu" lub radiowe "Nie tylko dla orłów" (wspomnienie chociażby o żelaznym karle imieniem Wasyl czy doktorze Wyciorze na zawsze już będą powodowały moje radosne kwiczenie), to po książkę Wojciech Manna sięgnęłam nie tylko bez obaw, ale z radosnym oczekiwaniem.

I nie rozczarowałam się. Jeśli ktoś lubi pana Manna i ceni jego poczucie humoru, to z na pewno z chęcią przeczyta wspomnienia o młodym (a potem coraz starszym) zapaleńcu, który na miłości do muzyki zbudował swoją karierę zawodową. Nie miałabym nic przeciwko, żeby książka była nieco grubsza i obfitowała w więcej historii z życia pana Manna wziętych. Bo nie dość, że ma o czym opowiadać, to urodzony z niego gawędziarz.
Bardzo przyjemna lektura. Proszę o bis.

I na koniec kilka przypadkowych fragmentów "Z pamiętnika doktora Wyciora" (audycja "Nie tylko dla orłów" nadawana w Programie III Polskiego Radia)

Wtorek.
Bardzo silnie uderzyłem się w twarz butlą tlenową. Nigdy by do tego nie doszło, gdybym nie zrobił sobie omyłkowo zastrzyku ze spirytusu. Przypuszczam, że spirytus podrzucił mi pielęgniarz Gniady z zemsty za to, że zamiast od bólu głowy, dałem mu na przeczyszczenie. Kiedy go czyściło, zrobiłem mu trepanację i napchałem do głowy gazet.

Myślę, że bredzę. Dobranoc, kochany dzienniczku. Chyba już w tym tygodniu nic nie napiszę.

Sobota.
Jestem trochę niespokojny. Wczoraj zacząłem dość zawiłą operację na panu Łukaszu spod siódemki. Nie zauważyliśmy, jak czas zleciał i zrobiła się szesnasta i ? koniec roboty. Pan Łukasz został na stole do poniedziałku. Martwię się, że będzie próbował sam się zaszyć.
Poniedziałek.
Wszystko dobre, co się dobrze kończy. W czasie weekendu była przerwa w dostawie prądu. Urządzenia przestały działać i pan Łukasz też.
Dzisiaj miałem tylko dwa wyrostki. Dziwne, że u jednego pacjenta. No, ale poniedziałek jakoś zleciał, tym bardziej, że siostra Kulanka znalazła między protezami podręcznik anatomii. Bardzo ciekawy. Nigdy bym nie przypuszczał, że aż z tylu części składa się człowiek.



21:12, ruda-farbowana
Link Komentarze (2) »
czwartek, 09 lutego 2012
Przeczytane: Jacek Hugo-Bader "Dzienniki kołymskie"

Każdą książkę Jacka Hugo-Badera od razu odkładam do ulubionych.

Zacznijmy od tego, że lubię człowieka, który nazywa się Jacek Hugo-Bader. Oczywiście, że go nie znam, po prostu lubię obraz jaki sobie stworzyłam na podstawie jego reportaży i książek. I może dlatego fakt, że w "Opowiadaniach kołymskich" pisze dużo o sobie, w żaden sposób nie zmniejsza wartości książki. Znam takich reportażystów, którzy potrafią być niemal przezroczyści, ale Hugo-Bader do nich nie należy.
Nie zamierzam przy tym wykazywać wyższości jednej opcji nad drugą, obie mają swoje plusy i minusy, a wszystko jak zawsze zależy od umiejętności autora.

I tu dochodzę do sedna sprawy, bowiem lubię barwny sposób pisania Hugo-Badera, uwielbiam, gdy snuje niesamowite opowieści o mieszkańcach zimnej i nieprzyjaznej części Rosji. I nawet jeśli potem (pod silnym wpływem komentarzy) zaczynam się zastanawiać czy wszystko co opisuje jest faktycznie prawdą, to w momencie, gdy przewracam stronę za stroną w ogóle o tym nie myślę. Daję się porwać lekturze.

"Dzienniki kołymskie" to może rzeczywiście i nie ta klasa co "Biała gorączka", ale chciałabym częściej sięgać po tak krytykowane książki. 

środa, 08 lutego 2012
Przeczytane: Michel Houellebecq "Mapa i terytorium"

"Mapę i terytorium" kupiłam pod wpływem chwili z powodu fragmentu przeczytanego jeszcze przy półce w księgarni. Nie chce mi się go już cytować, ale traktuje się w nim wszystkich genialnych fotografów portrecistów jako zwykłych oszustów i wyrobników. Cóż łatwiejszego niż naciśnięcie spustu aparatu - przeczytałam - na tym polega całe zadanie tych pseudoartystów.

Książka jak książka, całkiem nieźle czytało mi się do połowy, a potem trochę się znudziłam. Jest nieco beznamiętna, brak w niej emocji. To, jak skończy bohater jest mi obojętne - będzie miał partnerkę, nie będzie, spędzi starość samotny i opuszczony, czy w towarzystwie rodziny lub przyjaciół - on coś robi z życiem, a mnie wsio rawno. Nie wiem też po co te drobiazgowe encyklopedyczne opisy przeróżnych rzeczy (czy naprawdę musiał kopiować strony Wikipedii?), które fatalnie spowalniały rozwój wydarzeń. Na plus należy zaliczyć fakt, że jednak chciałam dotrzeć do końca (coraz więcej książek porzucam w środku czytania, dlatego że mi się nudzą), ale bardzo lubię obserwować upływ czasu, a powieść przestawia życie i rozwój bohatera na przestrzeni wielu lat. Jeśli akcja rozciąga się na 30, 50, a jeszcze lepiej 100 lat - tym lepiej dla mnie jako czytelnika.

Jednak ta książka była dla mnie interesująca głównie z jednego powodu: sprawiła, że znowu zaczęłam się zastanawiać nad sztuką nowoczesną. Czy fotografowanie map, czym zajmował się bohater "Mapy i terytorium" Jed Martin, naprawdę jest takim osiągnięciem artystycznym? Albo czy zdjęcia kluczy francuskich nadają się na ściany galerii?
Oczywiście wiem, że się nadają, a w rzeczywistym świecie jest dużo więcej artystów, którzy do zaoferowania mają coś równie banalnego podniesionego do rangi sztuki. O ile jednak pisuar Duchampa faktycznie był czymś wyjątkowym, o tyle kariera Jeda obnaża tylko cały bezsens sztuki nowoczesnej.
Nie trzeba nic umieć, nieszczególnie nawet trzeba coś sobą reprezentować. Wystarczy chociażby wziąć papierową torbę, nasadzić ją na głowę i powiedzieć, że to egzemplifikacja pustej egzystencji w świecie pełnym jednorazowych uczuć i nietrwałych związków. Albo alienacja postnowoczesnego humanisty w stechnicyzowanym otoczeniu. Albo zwykły protest przeciwko zatruwaniu środowiska lub rozbuchanemu konsumpcjonizmowi. A jak popatrzeć na to z boku, widać tylko człowieka z torbą na głowie.

Kiedy tylko zaczynam czytać recenzje pełne trudnych wyrazów, kwiecistych metafor, odniesień i interpretacji, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że trzeba się dobrze nastudiować, by umieć mówić w taki sposób, ale również, że trzeba mieć specjalne predyspozycje. Ciągle próbuję znaleźć sens w tej szczególnej nowomowie artystycznej, lecz nie potrafię.

Nic nie poradzę na to, że bliższa jest mi sztuka, o której mogę powiedzieć: podoba mi się, lub: nie podoba. Owszem, zdaję sobie sprawę chociażby z faktu, że to artysta stwarza sztukę, zgadzam się, że akt kreacji wcale nie oznacza konieczności trzymania pędzla w ręku i nawet nie mam nic przeciwko ekierce w służbie twórcy, bo uwielbiam Mondriana. Mogą mi się podobać instalacje, happeningi, pokazy multimedialne i wcale nie uważam starych mistrzów za jedynie słuszny wzorzec. Niemniej nadal chciałabym, żeby artyści, których prace mam zobaczyć, faktycznie coś umieli.
 
Podobno tylko grafomani piszą z łatwością - w dziedzinie literatury sprawa jest prosta, wystarczy zapytać pierwszego lepszego pisarza o jego pracę i od razu usłyszymy o niezliczonych poprawkach, zmianach i nieustannym szlifowaniu warsztatu (na pewno są wyjątki, ale nie o nich teraz mowa). Trudno mi sobie wyobrazić wartościowe dzieło literackie, czy po prostu dobry kryminał, który został napisany z marszu. O takich dziedzinach jak taniec czy śpiew nawet nie warto mówić - lata pracy zajmuje osiągnięcie lekkości ruchu i czystości dźwięku.

Więc dlaczego sztuką nazywa się namalowanie cienkiej kreski na ścianie wokół pokoju? Jeśli możemy czemuś nadać każde możliwe znaczenie i każda interpretacja jest prawidłowa, to sensu w tym nie ma wcale.

Ale to pisałam ja, kompletny laik i pewnie trochę inżynier Mamoń.
Znawcy tematu z pewnością by mnie zakrzyczeli swoimi światłymi argumentami.
A ja znowu nic bym z tego nie zrozumiała.

Tagi