niedziela, 20 listopada 2011
Przeczytane: Zadie Smith "O pięknie"

No i stałam się całkowitą i nieodwołalną miłośniczką książek Zadie Smith. Olśniło mnie przy pęcherzu wypełnionym świńską krwią, bowiem wyobrażenie tego rekwizytu, który miota się po pokoju posłużyło do zilustrowania pewnej niezwykle spokojnej rozmowy dwojga kulturalnych ludzi, którzy próbowali się wzajemnie zaszachować. Co ciekawe, jeden z moich ulubionych gatunków literatury to reportaże - minimum zbędnych słów i rzeczowość. A mnie urzekł właśnie plastyczny sposób pisania Smith, mięsistość jej prozy, sposób budowania obrazów - czytam ją z prawdziwą przyjemnością.

Lubię chociażby takie zestawienia:


On był molem książkowym, ona nie, on teoretyzował, ona politykowała. Dla niej róża była różą. Dla niego zespołem kulturowych i biologicznych konstrukcji, które krążą wokół przyciągających się wzajemnie biegunów: tego, co naturalne, i tego, co sztuczne.

Ach, i te odniesienia! Fantastyczny motyw z "Howards End" (nie czytałam, tylko oglądałam), niby czasy współczesne, a wszystko zakonserwowane, jakbyśmy faktycznie przez chwilę cofnęli się o sto lat. Wspaniała scena rodzinnej narady zakończona spaleniem niezrozumiałego i nieakceptowalnego listu-testamentu w kominku.
No i nie da się nie wspomnieć o Lodge'u. Tam też mieliśmy zderzenie dwóch światów, reprezentowanych przez profesorów Zappa i Swallowa, wszystko jednak kisiło się w swoim uniwersyteckim światku. A tu mamy jeszcze większe kontrasty: nie tylko różnice kulturowe, ale różny kolor skóry i status społeczny.

Dotąd nie potrafię powiedzieć co przeszkadzało mi debiutanckiej powieści "Białe zęby" (i nie będę do niej wracać, żeby się przekonać), ale tym razem nie miałam problemów z dotarciem do końca opasłego tomu. Przeszłam jak burza i myślę sobie, że w kolejnych powieściach jest pewnie jeszcze lepiej, o czym zamierzam się w przyszłości przekonać.

Bo jak nie zacytować chociażby takiego fragmentu?:


W styczniu, podczas pierwszego balu w nowym roku, objawia się ogromna siła wellingtońskich studentek. Na nieszczęście dla tych młodych kobiet owa demonstracja czystej woli jest przypisywana "Kobiecości" - tej najbardziej pasywnej z cnót - i w rezultacie nie znajduje odbicia w wysokości średniej ocen. Jest to niesprawiedliwe. Dlaczego nie ma nagród dla dziewczyny, która głodzi się przez cały okres świąt - odmawiając podsuwanych jej słodyczy, pieczeni i likierów - żeby mogła się pokazać na styczniowym balu w sukni bez pleców i pantofelkach bez palców, choć temperatura jest bliska zeru i zaspy śniegu pokrywają ziemię? Howard, który miał na sobie płaszcz do kostek, rękawiczki, skórzane buty i gruby uczelniany szal, stał przy wejściu do Emersona i patrzył z niekłamanym podziwem na mgiełkę białych płatków opadających na gołe kobiece plecy i ramiona oraz na barki grubo ubranych mężczyzn, którzy trzymali za ręce swoje półnagie, efektowne partnerki i kluczyli wraz z nimi wśród kałuż i zasp jak tancerze na torze przeszkód. Wszystkie panie wyglądały jak księżniczki, ale jakaż stal musiała się kryć w środku!

Swoją drogą, jak to możliwe, że Smith pisze bez wcześniejszego planu, skoro wszystkie postaci są świetnie przemyślane i dokładnie opisane, a cała konstrukcja powieści ma solidne podstawy i eleganckie wykończenie? 

Daję pięć punktów na pięć. Po czymś takim znowu mam ochotę odstawić czytadła (i sięgnęła po kryminał:)).

czwartek, 03 listopada 2011
Jak to się wszystko zaczęło, czyli o komediach romantycznych

Każdy ma swoje słabości. Jedni zbierają pudełka od zapałek, inni nie przejdą obojętnie obok budki z fast foodem, a jeszcze inni chowają pod łóżkiem romansidła (nawet u Pratchetta jest pewna, bardzo rozsądna skądinąd, osoba, która czerpie wiedzę o życiu z owych pouczających lektur).

A ja mam słabość do komedii romantycznych.
Więc dzisiaj będzie kilka przykładów, jak to się wszystko w ogóle zaczyna.

Zły początek.

"Miłe złego początki", ale w komediach romantycznych początki są często co najmniej złe.

Ot, taki Robin Hood, a wtedy jeszcze Robin Longstride w wersji granej przez Russela Crowe. "Hej, dziewko" - tak brzmiały jego pierwsze słowa do Marion, której chwilę potem przekazał wieści o śmierci męża. Trudno sobie wyobrazić gorszy początek. Później było trochę lepiej, szczególnie dla kobiet w dowolnym wieku siedzących przed telewizorem i patrzących na scenę, w której Marion pomagała zdjąć Robinowi zbroję. Akcja zakończyła się sukcesem, co z ukontentowaniem odnotowały wielbicielki aktora.

W filmie "Dobry rok" Russel Crowe też kiepsko radzi sobie z kobietami (ale tylko na początku, zresztą, powiedzmy sobie szczerze, nawet gdyby Crowe był najgorszym aktorem na świecie - a bynajmniej nie jest - w ogóle nie musi nic robić, wystarczy, że zdejmie koszulę)*. Cyniczny i wyrachowany japiszon przechodzi w tej komedii przemianę we wrażliwego i empatycznego właściciela winnicy, ale początki są wyjątkowo fatalne - Crowe pędzi jak wariat prowadząc samochód po krętych uliczkach południowej Francji i spycha do rowu piękną rowerzystkę. Naturalnie już wiemy kto będzie na siebie patrzył maślanym wzrokiem w ostatniej scenie, co nie przeszkadza, by następne spotkanie naszych bohaterów odbyło się przy nieużywanym basenie: ona stoi na górze, a on leży na dnie z twarzą w błocie. Film, rzecz jasna, polecam.

Oczywiście okoliczności poznania się nie zawsze muszą być tak dramatyczne. Wystarczy (pozornie) niesympatyczny właściciel baru w Irlandii, który nie chce zawieźć rudej Amerykanki do Dublina. Sprawa jest poważna, bo ona zamierza oświadczyć się swojemu chłopakowi. Czas nagli, a Irlandczyk jest obojętny. W odwecie, chociaż całkowicie niezamierzenie, Amerykanka rujnuje wynajęty pokój i wyłącza elektryczność w okolicy. Nic nie zapowiada wielkiej miłości, ale my, wytrawni widzowie, widzimy już uczucie czające się tuż za rogiem. Notabene "Oświadczyny po Irlandzku" są jedną z najsympatyczniejszych komedii romantycznych, jakie ostatnio widziałam.

I na koniec w tej kategorii, prawdziwy hit, czyli Bridget Jones i Mark Darcy. Sylwester u rodziców, sweter w renifery, natrętne swaty i mnóstwo niezręcznych sytuacji: nikt nie mógłby się spodziewać, że po takim wstępie nastąpi szczęśliwy happy end.

Rycerz na białym koniu

Ze złym początkiem konkuruje druga, równie popularna wersja, czyli spotkanie "na wybawiciela". Jest to szczególnie popularne, gdy któreś z bohaterów jest już w wieloletnim związku lub, jeszcze lepiej, ma się żenić za tydzień i absolutnie nie szuka nowego partnera. Nie ma więc mowy, by według bohaterów filmu owa iskra przerodziła się w coś poważniejszego. Natomiast nawet dla najmniej wyrobionego widza sprawa jest oczywista.  

Ratunek przychodzi na różne sposoby, może to być oszałamiający Matthew McConaughey ("Powiedz tak"), który w ostatniej chwili wybawia piękną Jennifer Lopez przed niechybną śmiercią - olbrzymi kosz na śmieci, który stacza się ze stromej góry jest tuż, tuż, a Lopez za nic nie chce zrezygnować z wytwornych pantofelków i usiłuje wyrwać obcas uwięziony bodajże w pokrywie studzienki kanalizacyjnej. Swoją drogą, ta sytuacja nie jest taka znowu nieprawdopodobna, też szarpałam się kiedyś z obcasem sandałka, który utkwił między metalowymi prętami, z tym, że było to przy wejściu do mojego akademika i żadnego hollywoodzkiego gwiazdora nie było w zasięgu wzroku, nie mówiąc o zabójczych koszach na śmieci.
Tak przy okazji, "Powiedz tak" ogląda się głównie ze względu na walory estetyczne: wymuskani Lopez i McConaughey są tak śliczni i estetyczni, że już niewiele trzeba, chociaż po prawdzie trzeba dodać, że ta komedia nie należy wcale do najgorszych.

Ale nie tylko mężczyzna potrafi ocalić od niechybnej śmierci. Krzepka Sandra Bullock pojawia się w samą porę, by ściągnąć mężczyznę marzeń z torów ("Ja cię kocham, a ty śpisz"). Niestety, cudem uratowany zapada w śpiączkę, a w dodatku okazuje się, że serce Sandry wybiera innego. Co nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że z pierwszym obiektem miłości nie zamieniła nigdy ani słowa.

Pozwolę tu sobie na pewne odstępstwo od reguły, bo natrętnie pcha mi się na klawiaturę końcówka "Pretty woman", gdy Richard Gere ratuje Julię Roberts od samotnego życia w biedzie. A ona go potem sprowadza z balkonu.

Wspólna kąpiel w ogrodowym baseniku

Czas na trzeci klasyczny motyw: on i ona znają się od lat, najlepiej od wczesnego dzieciństwa, zawsze byli tylko przyjaciółmi, ale nagle zaczęli patrzeć na siebie w inny sposób. Naturalnie zanim się o tym obydwoje przekonają minie przynajmniej półtorej godziny, bo przecież zazwyczaj przynajmniej jedno z nich jest z kimś innym. Najbardziej znany przykład to "Kiedy Harry poznał Sally" (czy oprócz nieletnich są jeszcze w ogóle osoby, które nie widziały rozgrywającej się w restauracji sceny udawanego orgazmu?), ale koniecznie należy też przypomnieć film "Zakazany owoc" w reżyserii Edwarda Nortona, w którym Norton gra księdza, Ben Stiller - jego przyjaciela, rabina, a sprawy komplikują się, gdy do miasta wraca wspólna przyjaciółka z dzieciństwa grana przez Jennę Elfman. Ten film to sama przyjemność.

Spotkanie zaaranżowane

Czyli od początku przynajmniej jedno z bohaterów próbuje coś ugrać, wygrać zakład, wykonać zlecenie.
"Jak stracić chłopaka w 10 dni" - oboje się założyli, ona, że w ciągu 10 dni zdąży go w sobie rozkochać i rzucić, on, że wytrwa w związku dłużej niż 10 dni.
"Miłość na zamówienie" - on jest mieszkającym z rodzicami wiecznym dzieckiem, a ona została przez owych rodziców zatrudniona, by syn wreszcie się wyprowadził.
"Zakochana złośnica" - sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana: on wziął kasę i ma się umówić z nią, żeby młodsza siostra zyskała zezwolenie na wyjście z domu.
Naturalnie, gdy już wszyscy wiemy o głębokiej wzajemnej miłości, tajemnica z hukiem przestaje być tajemnicą i następuje etap obrażenia, który wydaje się być już na całe życie, aż wreszcie skruszony winowajca przeprasza i wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Czego i Państwu życzę.
Dobranoc.

* Jeden z najlepszych dowcipów jakie ostatnio widziałam pochodzi z filmu "Kocha, lubi, szanuje", gdzie przystojniak grany przez Ryana Goslinga na wyraźny rozkaz (rewelacyjnej!) Emmy Stone, zdejmuje koszulę, na co ona wykrzykuje głosem pełnym pretensji "Wyglądasz jak z Photoshopu".

Tagi