sobota, 26 marca 2011
Przeczytane: Maria, Magdalena i Kiki, czyli wspomnienia i biografia

Coraz bardziej lubię biografie i wspomnienia. Najbardziej podoba mi się patrzenie na świat oczami bohatera. Wielka historia zawsze jest gdzieś w tle, znani z encyklopedii lub albumów ludzie przewijają się na kartach książki, a autor wspomina wszystko: i rok 1918 i oswojoną wiewiórkę, tu przewrót majowy, a tam sprzeczka rodzinna. I wszystko jest ważne, bo to książka o zwykłych ludziach.

Chociaż w otoczeniu Marii i Magdaleny akurat sami niezwykli.

Książka „Maria i Magdalena” Magdaleny Samozwaniec należy do wspaniałych pozycji z gatunku wspomnień. Leciutka niczym piórko, pełna niewymuszonego humoru, czyta się z niezwykłą przyjemnością, a wszystkie postaci są żywe, energiczne i zdaje się, że zaraz do nas przemówią. Jestem po lekturze pierwszej części, więc najwięcej jest idyllicznego krajobrazu dzieciństwa (szczególnie ciepło odmalowana jest rodzinna posiadłość: Kossakówka), czuć wielką miłość autorki do rodziny, ale są już i pierwsze małżeństwa i Magdaleny i Lilki (czy też raczej Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej), nieudane, odnotowane dość skrupulatnie i ze zrozumieniem dla przyczyn ich upadku. Subiektywnie, rzecz jasna, bo uwielbienie dla rodziny bije tu z każdej strony, ale mi nie przeszkadza, to nie reportaż.

Najbardziej jednak chłonę atmosferę Krakowa snobującego się na Wiedeń, tych wyjazdów do Zakopanego, gdzie Staś Witkowski robił pyszne kawały, a Zofia Stryjeńska rzucała w męża zapaloną lampą naftową, tych pojedynków, co to ich ukochany tatko, Wojciech Kossak nie cierpiał i jako sekundant sprytnie doprowadzał do pogodzenia zwaśnionych (nie powiem jak, nie będę psuła niespodzianki), tych balów, na których białe rękawiczki czuć było benzyną, a kreacje niekoniecznie należały do najświeższych, bo o higienę nikt nie dbał. Poznaję artystów i mieszczan, skąpych bogaczy, żydowskich handlarzy, poważne matrony i szlachcianki, widzę Pawlikowską klęczącą przy łóżku z rozpuszczonymi włosami, to tak jej się pisało najlepiej, widzę Kossaka jak podkręca wąsa, a wszystkie damy omdlewają i młodą Magdalenę widzę, jak wymyka się na bal z nielegalnie ufarbowanymi włosami i poczernionymi brwiami, tak że własna matka się jej wyparła, gdy w pierwszym rzędzie w tańcu zobaczyła.

I tak dalej, i tak dalej...

Poza tym była jeszcze „Kiki. Królowa Montparnasse’u” Lou Mollgard, również ciekawa ze względu na bohaterkę, bo Kiki (właściwie Alice Prin), modelka, aktorka, malarka, piosenkarka i pisarka była jedną z bardziej znanych postaci paryskiej bohemy międzywojnia. Jednak porównując obydwie książki, zdecydowanie wolę Samozwaniec. Nie do końca odpowiadał mi styl pisania, podszyty egzaltacją. Chociaż z drugiej strony mam wrażenie, że nieźle oddawał charakter Kiki, na pewno zapomnę niedługo szczegóły z jej życiorysu, za to zostanie mi w pamięci ogólne wrażenie: obraz kobiety, która kochała życie i kochała się bawić, wyzywającej skandalistki i delikatnej dziewczyny – wszystko w jednym.

Przy biografiach mam jednak ten problem, że lubię wiedzieć na czym stoję. „Kiki” to właściwie beletrystyka i chociaż dialogi i różne drobiazgi sprawiają, że książka jest barwniejsza, to ja nie wiem na ile dokładnie została zrekonstruowana przeszłość. Wiadomo, że autor może coś dodać, żeby się lepiej czytało, ale lubię wiedzieć ile.

Ale o Kiki warto pisać, bo to faktycznie była kobieta niezwykła. Mężczyźni tracili dla niej głowy, co biorąc pod uwagę dzisiejszy kanon urody jest niezrozumiałe, ale wtedy była muzą Man Raya czy Picassa. Warto przeczytać „Kiki”, poczuć atmosferę Paryża lat dwudziestych, i poznać życiorys Królowej Montparnasse’u.

Samozwaniec: 5, Mollgard: 4/4+ (plus ze względu na moje zainteresowanie tematem)

sobota, 19 marca 2011
Przeczytane: Wieniedikt Jerofiejew "Moskwa-Pietuszki""

"Ale oni nie rozumieją naszego smutku" - powiedział Wienia i faktycznie, bo czy inne narody kiedykolwiek zrozumieją rosyjską duszę? Im więcej czytam temat Rosji, tym mniej wydaje mi się to prawdopodobne.

Po kolei jednak. Wienia właśnie stracił pracę, spakował prezenty w walizeczkę, wsiadł w pociąg i jedzie z Moskwy do Pietuszek. Ach, Pietuszki, kraina szcześliwości! Tam ukochaną rudowłosą spotka na peronie i dziecko czeka, dziecko co ledwie trzy lata skończyło i zna już literę "ju", takie zdolne.
Pytanie tylko, czy uda się tam dotrzeć. Wienia to alkoholik. Pije sam i pije z każdym, którego napotka - niepijący nie występują.

- A czy nie można nie pić? Wziąć się w garść - i nie pić? Na przykład tajny radca Goethe nie pił wcale.
- Wcale? Nie pił? - czarnowąsy aż wstał i włożył beret. - Nie może być!
(...)
Czarnowąsy aż przygarbił się i posmutniał. Na oczach wszystkich załamywał się jego system. Harmonijny system utkany z żarliwej i efektownej przesady. "Pomóż mu, Jerofiejew - szepnąłem do siebie. - Pomóż człowiekowi. Zasuń jakąś alegorię, albo co..."
- Tak więc powiada pan, ze tajny radca Goethe nie pił ani kropli? – zwróciłem się do dekabrysty. – A czy pan wie, dlaczego nie pil? Co go zmuszało do niepicia? Wszystkie szlachetne umysły piły, a on nie? Dlaczego? (...) Myśli pan, ze nie miał ochoty wypić? Oczywiście, ze miał. Wiec żeby uniknąć obsuwu, zmuszał do picia wszystkich swoich bohaterów. Weźmy na przykład „Fausta”. Kto tam nie pije? Wszyscy pija. Faust pije i odzyskuje młodość, Siebel pije i atakuje Fausta, Mefistiofeles nic innego nie robi, tylko pije, częstuje burszow i śpiewa im „Pchłę”. Spyta pan, po co to było tajnemu radcy Goethemu potrzebne? Odpowiem: a dlaczego zmusił Wertera, żeby strzelił sobie w łeb? Dlatego że – są świadectwa – sam był bliski samobójstwa, więc, żeby przezwyciężyć pokusę, zmusił Wertera, by ten to zrobił zamiast niego. Rozumie pan? Pozostał przy życiu, ale jakby popełnił samobójstwo, i był zupełnie usatysfakcjonowany. To jest nawet gorsze od pospolitego samobójstwa, bo więcej w tym tchórzostwa, egoizmu i niskich pobudek...
Wiec ten pański tajny radca tak samo pił, jak do siebie strzelał. Mefistofeles wypijał – a jemu, staremu kundlowi, było przyjemnie. Faust sobie golnął – a ten stary żłób już był wlany. Pracował ze mną na budowie taki facet Kola i było z nim to samo; sam nie pil, bał się, że wypije i pójdzie w gaz na całego, na tydzień albo na miesiąc. A nas prawie siłą zmuszał. Nalewał nam, łachudra, chrząkał za nas, rozkoszował się, chodził jak zamroczony …
Tak samo wasz ulubiony Johann von Goethe! Schiller go częstował, a on odmawiał – pewnie! To był alkoholik, to był moczymorda, ten pański tajny radca Johann von Goethe. I raczki mu się tak jakoś trzęsły ...!
- O, to rozumiem ... – Dekabrysta i czarnowąsy wpatrywali sie we mnie z zachwytem. Harmonijny system został odbudowany i wraz z nim powróciła radość życia. Dekabrysta wyciągnął z płaszcza szerokim gestem butelkę pieprzówki i postawił ją u nóg czarnowąsego. Czarnowąsy wyciągnął stołeczna. Wszyscy zacierali ręce w niezwykłym podnieceniu.


"Moskwa-Pietuszki" wciąga. Pełna jest kontrastów, erudycja pomieszana z najpospolitszymi przekleństwami, ideały rewolucji z ważkim problemem godzin otwarcia sklepu z alkoholem. Wódka jednak jest jednakowo dobra dla wszystkich, bo siadają wespół przy butelce tacy, że jeden z nich mówi "zagrycha jak cie mogie", a drugi, poeta, który rzeczy "trans-cen-den-talne" rozważa. Przyziemne i uduchowione razem.

Jerofiejew przypomina mi trochę sposobem prowadzenia narracji Mendozę, ale jest lepszy. No i kpiarstwa tam nie uświadczysz, raczej gorzka ironia. Trochę też męczy, bo z książki bije poczucie beznadziei. Filozoficzne monologi wciągają, pewnie przez wspomniane kontrasty, ale czasami, gdy do północy niedaleko, po kolejnym intensywnym dniu, jestem w stanie przeczytać li i jedynie kryminał.
Czy też: wydawało mi się, że tylko kryminał, bo książki nie udało się odłożyć i czytałam, zafascynowana, chociaż półśpiąca.

sobota, 12 marca 2011
Prawie przeczytane: Antoni Słonimski "Alfabet wspomnień"

O Słonimskim przypomniała mi Hania Bania, która chcąc zrobić wrażenie na polonistce pochwaliła się wyimaginowaną znajomością z poetą, a potem już musiała go jakoś poznać.

Traf chciał, że najpierw wpadł mi w ręce „Alfabet wspomnień”.

Tego typu książki zachęcają by nie czytać ich od deski do deski, ale by w przypadkowy sposób wybierać hasła. Więc najpierw BOY. TADEUSZ ŻELEŃSKI, potem BELWEDER, BRONIEWSKI WŁADYSŁAW („z Pomnikiem popijałem i grałem z brydża”) i CAT-MACKIEWICZ STANISŁAW, potem LECHOŃ JAN, LEŚMIAN BOLESŁAW, LONDYN, i jeszcze TUWIM JULIAN, WELLS H.G., WITKACY. STANISŁAW IGNACY WITKIEWICZ i wiele, wiele innych.

We wspomnieniach wszystkie postaci ożywają, to już nie pomniki, nie autorzy wierszy w podręcznikach, nie Wielcy Artyści, ale ludzie z krwi i kości. Picasso, Majakowski, Pirandello, Tuwim, Prus, Shaw – Słonimski ich znał, z nimi pił i rozmawiał. No dobrze, z Prusem, jak twierdzi, rozmowa była jednostronna, bo pacholęciem będąc odebrał tylko książkę, którą Prus przyniósł dla Słonimskiego seniora. Autor Faraona rzekł wtedy: "Niech kawaler odda to panu doktorowi". Była to ich jedyna konwersacja.

To co najbardziej mnie zachwyciło to poczucie humoru. Czasami bowiem mam wrażenie, że tylko ostatni Mohikanie pamiętają znaczenie słowa "anegdota". Z rozrzewnieniem wspominam pewnego profesora, który ugruntował we mnie miłość do muzyki poważnej, a którego wykłady przyciągały tłumy ze względu na piękną polszczyznę i cudowne anegdoty. Dlatego z przyjemnością poluję na takie facecje:

Na jakiejś próbie [Mieczysław Limanowski] objaśniał, co znaczy dość niespodziewane w tekście słowo "krowa". "No cóż, krowa to znaczy mleko - mleko to znaczy matka - matka to znaczy ziemia." Sekretarka zwróciła uwagę, że to błąd w przepisywaniu i że ma być nie "krowa", ale "królowa". Limanowski ciągnął spokojnie dalej: "No cóż, królowa to znaczy matka, matka to znaczy mleko, mleko to znaczy ziemia." Takiemu nie dasz rady!

Co ciekawe, wiele anegdot z „Alfabetu wspomnień” już gdzieś kiedyś słyszałam, a teraz mam po prostu okazję, by przeczytać je w pełnej wersji.

Ale nie tylko dowcip autora sprawia, że tę niewielką (niestety) objętościowo książkę czyta się z taką przyjemnością. „Alfabet” to zbiór perełek, celnych spostrzeżeń, złośliwych uwag i całkiem poważnych przemyśleń. Jest i o przyjaźni, i o wojnie, emigracji, literaturze, teatrze, polityce, piciu, wygłupach, biedzie i bogactwie, odwadze i tchórzostwie.

Warto.

wtorek, 08 marca 2011
Przeczytane: Hanna Bakuła "Hania Bania. Tornado seksualne"

Hanię Banię pokochałam wielką miłością od pierwszych stron pierwszej części. Ostatnio wpadł mi w ręce tom trzeci, więc z radością rzuciłam się na niego i przeczytałam w jeden wieczór.

Hania Bania rośnie. Naturalnie wszerz (czytając tę książkę byłam cały czas głodna), bo Hania nie na darmo nosi przydomek Bania, ale też dojrzewa. Kończy się dzieciństwo, a historyczne wydarzenia sprawiają, że cała naiwność Hani znika jak sen złoty. Swoją drogą: to niesamowite jaką polityczną idiotką była Hania, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę poglądy jej najbliższych. Co prawda nie ma się co dziwić, że nikt się nie spieszył z uświadamianiem Hani, bo "jęzor miała jak iguana", ale też aż tak niczego nie zauważać?

Chociaż, czemu ja się dziwię. Nie dalej niż wczoraj widziałam w telewizji sondę uliczną: licealistów pytano o Katyń. I kto kogo zabił? Niemcy Polaków, oczywiście!

Polityka polityką, ale Hania Bania nie zawodzi. Jak zawsze brawurowo idzie przez życie, kocha i cierpi (jako, że osiągnęła odpowiedni ku temu wiek) przyjaźni się i dowiaduje co to zdrada. Ach, i oczywiście kłamie. Jak ona pięknie kłamie!
Wszystkie moje łgarstwa związane z wagarami są niczym przy pomyśle Hani, która nie chciała iść na klasówkę.

Hania Bania to równa dziewczyna. Trochę bym się jej bała (zupełnie jak profesor Bralczyk) ale nigdy bym się z nią nie nudziła.

Tagi