poniedziałek, 12 marca 2012
Przeczytane: Anne Lamott "Niesforna dusza"

Kto nie pamięta już uczucia buntu i ogólnej beznadziei nastoletniego człowieka, może sobie przypomnieć ten stan dzięki książce Anne Lamott "Niesforna dusza". Luźno cytując jedną z bohaterek, nie są to bynajmniej złote lata, a raczej najtrudniejszy okres w życiu.

Lamott bardzo przekonująco opisuje proces przemiany nastoletniej Rosie z dziecka w młodą kobietę. Ale nie tylko Rosie musi sobie poradzić z dojrzewaniem. Elizabeth, jej nadopiekuńcza i lekko paranoiczna matka również musi zaakceptować fakt, że jej córka zaczyna kroczyć własnymi ścieżkami. Przecięcie pępowiny jest dla Elizabeth wyjątkowo trudne, bo jeszcze nie do końca doszła do siebie po śmierci pierwszego męża, a z obecnym partnerem, mimo wzajemnej miłości, też nie zawsze układa się idealnie. Relacje między matką a córką utrudnia też były alkoholizm Elizabeth.

Cała historia, z licznymi wątkami pobocznymi, napisana jest lekko i z wdziękiem, życie toczy się swoim rytmem, codzienność pokazana bardzo realistycznie przez szczegóły, a szczególną uwagę poświęca się wzajemnym relacjom między bohaterami i ich uczuciom.

"Niesforna dusza" to również gratka dla wielbicieli tenisa: Rosie jest utalentowaną zawodniczką. Mnie akurat tenis nie interesuje wcale, ale sport stanowi tak istotną część życia Rosie, że wszelkie opisy meczów mają wyraźne uzasadnienie.

Jedyny minus wynika z mojego braku zainteresowania wszelkimi uduchowionymi lub symbolicznymi opisami. Na przykład, gdy czytam akapit utrzymany w stylu: "Gdy okrążała samochód, jeszcze raz rzuciła okiem na księżyc. Widać było jego zaćmioną część: tajemniczy rożek trzymał w ramionach brakującą część samego siebie.", natychmiast mam ochotę przejść dalej. Na szczęście nie jest to dominujący trend, autorka twardo stąpa po ziemi.

Reasumując: rewelacyjna książka o trudach młodości i problemach z przystosowaniem się. Szkoda, że nie trafiłam na nią, gdy miałam kilkanaście lat. Inna sprawa, że było to niemożliwe, bo wówczas nie została jeszcze napisana.
Cóż, może w odpowiednim czasie uda mi się podsunąć ją córce.


poniedziałek, 05 marca 2012
Przeczytane: Monica Ali "Brick Lane"

Nazneen urodziła się w ubogiej bangladeskiej wiosce. Jej przyszłość została wyraźnie określona: to rodzice wybrali męża, z którym Nazneen wyjechała do Londynu. Myliłby się jednak ktoś twierdzący, że wyjazd od razu odmienił jej życie. Podobnie jak żony w Bangladeszu, Nazneen gotowała, sprzątała, rodziła dzieci i wycinała mężowi nagniotki. Po ulicy chodziła krok za swoim mężczyzną, a nauka języka angielskiego nie była jej do niczego potrzebna. Miała dobrego męża, przecież jej nie bił.
Ale zmiany następowały stopniowo, nie da się przecież zupełnie odgrodzić od otaczającego świata. Nazneen, której jak dotąd jedynym celem było przetrwanie kolejnego dnia, zaczyna dojrzewać i zyskiwać samodzielność. Gdy wykształcony mąż traci kolejną pracę, to ona zarabia szyciem na utrzymanie.
Czy jednak Nazneen jest na tyle silna, by zawalczyć o siebie i swoje potrzeby? Czy faktycznie da sobie prawo do marzeń i życia tak, jak chce? Droga do tego nie jest łatwa, a i cena może być wysoka.

"Brick Lane" to książka o imigrantach, konfliktach kulturowych i wykorzystywaniu kobiet. O wyborach życiowych i o bezwolnym poddawaniu się losowi. To powieść o emancypacji, ale nie tej z plakatów i manif, ale tej idącej z dołu, która zaczyna się w umyśle każdej kobiety postawionej w trudnej sytuacji życiowej, która po prostu musi sobie poradzić i nie ma czasu na żadną ideologię.
Bo "Brick Lane" to po prostu książka o kobietach, ich sile i zdolności do przystosowania się. Ale też o słabości i braku perspektyw, które czasami kończą się tragicznym skokiem z okna.
To książka o kobietach zamkniętych w getcie przekonań i tradycji przekazywanych z matki na córkę i o tym, że niektórym jednak udaje się z niego wyzwolić.

Dodatkowym plusem jest fakt, że autorka trzyma się z dala od uduchowionej egzaltacji, która często towarzyszy książkom o kulturach azjatyckich. Bardziej skupia się na całkiem poważnych problemach mieszkańców Bangladeszu zarówno tych, którzy zostali w kraju, jak i emigrantów.

Monica Ali napisała mądrą, wielowarstwową książkę o codziennym życiu.
Polecam. 

Przeczytane: Olga Dębicka "Fotografie z tłem. Gdańszczanie po 1945 roku"

Już dawno przekonałam się, że historię najlepiej poznawać poprzez losy konkretnych ludzi. Suche fakty nabierają kolorytu, smaku, zapachu, daty same zapadają w pamięć, a przyczyny i skutki stają się oczywiste.
W dodatku ostatnio czuję coraz większą potrzebę, by jak najlepiej poznać moje miasto. Dlatego historie  spisane przez Olgę Dębicką w książce "Fotografie z tłem. Gdańszczanie po 1945 roku" tak bardzo mnie zainteresowały.

Na kartach "Fotografii..." przeczytałam historię doskonale znane Gdańsku piekarni Pellowskiego, poznałam postać Jerzego Janczukowicza - prezesa klubu nurkowego Rekin. Wśród bohaterów znajdziemy wielu ludzi morza - to oczywiste, ale są też i wspomnienia na przykład Donalda Tuska (i wytłumaczenie skąd to zamiłowanie do piłki nożnej). Ważną rolę odgrywają przedmioty: rodzinne obrazy, pamiątki, dokumenty i, oczywiście, zdjęcia. Bo właśnie od starej fotografii zaczyna się każdy rozdział.


Minęło ponad pół wieku od momentu naciśnięcia spustu aparatu, lecz poszukiwania osób przedstawionych na zdjęciach powiodły się, co stało się przyczynkiem do napisania kilkunastu niezwykłych opowieści o mieszkańcach Gdańska. Są wśród nich Niemcy, Polacy, Litwini... Prawdziwy miszmasz narodowościowy, bo Gdańsk od dawna był miastem wielokulturowym i połączył losy ludzi pochodzących z różnych miejsc na świecie. Wojna na dobre skomplikowała relacje sąsiedzkie - większość mieszkańców Gdańska przed wojną stanowili Niemcy, ale jak tu dalej żyć pod jednym dachem, skoro słowo "Niemiec" pisano z małej litery, wileński zaśpiew był wyśmiewany, a Kaszubi traktowani niczym wioskowe głupki - a to tylko czubek góry lodowej.
Trzeba przy tym pamiętać, że kończy się już czas na rozmowy z ludźmi, którzy pamiętają wojnę. Książka została wydana w 2003 roku i, jak pisze autorka we wstępie, dwóch bohaterów reportaży niestety nie doczekało druku.

Czasami książka nużyła drobiazgowością opisu, chociaż jednocześnie wywoływała szacunek dla benedyktyńskiej pracy autorki, która pieczołowicie notowała wszystkie koligacje rodzinne czy szczegóły takie jak numery domów, nazwy ulic. Docenią to z pewnością ci, którzy w jakikolwiek sposób są związani z postaciami występującymi w książce. Ale doceniam to i ja, gdańszczanka od bardzo niedawna, bo z radością gromadzę wszystkie okruchy składające się na historię miasta. Kto by pomyślał, że nazwa Błednik (zawsze mnie zastanawiała w odniesieniu do ulicy) wzięła się od labiryntu z żywopłotu, w którym łatwo było stracić orientację.

Zdjęcie może i znaczy tyle co tysiąc słów, ale dobrze jest znaleźć kogoś, kto je opowie. Na szczęście tym razem trafiło na świetną pisarkę i reportażystkę.
Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością.

Na koniec powiem jeszcze, że gdyby ktoś spisał fragment opowieści mojej rodziny w taki sposób jak zrobiła to Olga Dębicka, to z pewnością byłabym zachwycona.

Tagi