środa, 28 kwietnia 2010
Równowaga

Stało się! Ona jest w ciąży, a on, niezależnie od tego jak cieszy się na myśl o potomku, jedno wie na pewno: zbliżają się sądne dni.

Któż bowiem nie słyszał o kobietach bezlitośnie wyganiających swoich mężczyzn na mróz, śnieg, deszcz czy zawieruchę, ponieważ muszą, ale to absolutnie muszą zjeść lody jogurtowe z owocami leśnymi tej a nie innej firmy. Inaczej umrą.

Albo jeśli w ciągu najbliższej godziny nie dostaną kawałka tortu bezowego to na pewno źle się to skończy dla nich i dla dziecka.

W końcu to dziecko chce, a jak by nie patrzeć, to także jego dziecko, prawda?

Na nic argumenty, że przecież godzinę temu byliście w sklepie i pytałeś się trzy razy czy nie ma na coś specjalnego ochoty. Wtedy nie miała. Za to teraz ma. Koniec dyskusji.

Tylko oczy robią jej się coraz smutniejsze i smutniejsze, szklą się jakoś podejrzanie, aż w końcu sięga po chusteczkę i rzekomo niezręcznie tłumiąc szloch zamyka się w łazience.

Opcjonalnie wypomina wszelkie winy z ostatnich dwóch lat, ostentacyjnie sięga po chusteczkę i obrażona zamyka się w łazience.

Cóż pozostaje wtedy partnerowi? Wkłada tony ciepłej odzieży, zapina szczelnie płaszcz i dzierżąc w ręku parasol mężnie idzie do sklepu. – Kiedyś mężczyźni chodzili na polowania – rozmarza się po drodze i przed oczami ma wizję siebie stojącego z uniesioną włócznią nad jakimś tygrysem szablozębnym albo innym mamutem.

– Coś jeszcze? – ekspedientka przywołuje go do rzeczywistości. Kręci przecząco głową i ściskając w ręku uszy ekologicznej torby wraca do swojej jaskini. A tam...

- O, jesteś! Już nie chcę – mówi ona na widok zakupów jednocześnie odstawiając pusty słoik po korniszonach. Nie trzeba chyba dodawać, że gdy wychodziliście był pełny.

Drodzy Panowie, zanim jednak zaczniecie rzucać gromy na swoje partnerki, które torturują was swoimi zachciankami przeczytajcie ten fragment książki Richarda Conniffa „Historia naturalna bogaczy”.

„(...) kobieta musi następnie zainwestować około 80 000 kalorii w ciążę, a to w przybliżeniu tyle energii, ile potrzeba na przebiegnięcie z Nowego Jorku do Chicago, plus jeszcze 182 000 kalorii na karmienie dziecka przez rok – taka porcja pozwoliłaby jej dobiec jeszcze do San Francisco, chyba, że padłaby po drodze z wyczerpania. Natomiast bezpośredni wkład mężczyzny w postaci jednego nieustraszonego plemnika wynosi 0,000000007 kalorii, czyli znacznie mniej niż potrzeba, by przewrócić się w łóżku z boku na bok i ziewnąć.”

Biorąc pod uwagę fakt, że wszystko w przyrodzie dąży do równowagi, nie ma się co dziwić zachowaniu kobiet, po prostu starają się ten stan uzyskać w dostępny sobie sposób.

Poza tym, zgodnie z zasadą „przezorny zawsze ubezpieczony”, on chomikuje gdzieś w domu ulubione batoniki żony i zupkę chińską, chowa w kącie lodówki śledzie w occie i trzyma na podorędziu numer telefonu do ulubionej knajpki z jedzeniem na wynos.

Cóż jednak zrobić, gdy ona zażąda świeżych malin w lutym? Pozostaje tylko wytrwać, przecież każda ciąża kiedyś się kończy, a dieta matki karmiącej będzie zdecydowanie bardziej ograniczona.

Najważniejsze o czym on musi pamiętać, to pod żadnym pozorem nie wdawać się w dyskusje! W walce z burzą hormonów racjonalizowanie rzadko przynosi efekty.

Maxymalnie

Nie jestem purystką językową. Trudno nią być, jeśli nie ma się formalnego wykształcenia w tym kierunku. Wiem, że istnieje wiele niuansów naszej pięknej mowy, o których nie mam pojęcia i wiem, że sama popełniam błędy. Nie razi mnie więc szczególnie „pełnienie roli” (na szczęście „odgrywanie funkcji” jest na szczęście zdecydowanie rzadziej spotykane), raczej śmieszą niż drażnią „dwie alternatywy”, nie wspominając nawet o „pierwszym debiucie”.

Niemniej to, co nie przeszkadza, gdy usłyszane w sklepie osiedlowym, w innym miejscu zdecydowanie nie powinno się zdarzać.

W mojej skrzynce pocztowej znalazłam ulotkę. Dwujęzyczne przedszkole (polsko-angielskie) okazało się na tyle intratnym przedsięwzięciem, że powstała takaż szkoła, jako naturalna kontynuacja dla uzdolnionych lingwistycznie dzieci.

Autor broszury rozpisuje się na temat zalet szkoły i przedszkola, wymienia niezliczone zajęcia dodatkowe, które sprawią, że nasze dziecko na pewno zostanie drugim Einsteinem lub Warholem, a przy tym będzie zdrowe i kwitnące. Zgrzyt pojawia się niespodziewanie. Otóż grupy mają liczyć „maxymalnie” 19 dzieci.

Niby wiem, że jeden głupi błąd nie powinien przekreślać całej idei. Niemniej nie mogę się pozbyć wrażenia, że w owym przedszkolu i szkole nie nauczą ani polskiego ani angielskiego.

Tagi