środa, 27 kwietnia 2011
Przeczytane: Teresa Torańska "Śmierć spóźnia się o minutę"

Trzy rozmowy, trzech bohaterów: Michał Bristiger, Michał Głowiński i Adam Daniel Rotfeld. Jeśli ktoś przeczytał jakikolwiek wywiad Teresy Torańskiej, to jestem przekonana, że nawet nie muszę zachęcać do czytania tej książki.

Zaintrygowało mnie zdjęcie autorki na skrzydełku książki. Pierwsze słowo, które przychodzi na myśl to "sympatyczna". Ale nie wyobrażam sobie, by ktoś, kto tak potrafi rozmawiać, nie lubił ludzi. Żeby poruszać wyjątkowo trudne tematy, trzeba mieć w sobie bardzo dużo zrozumienia dla innego człowieka, a przynajmniej chęci zrozumienia.

Ale niech ten łagodny wygląd nikogo nie zwodzi. Torańska na pewno dowie się wszystkiego na czym jej zależy. Pierwsze zdanie Michała Bristigera brzmi: "Uprzedzam: o mamę proszę nie pytać". Na co pada odpowiedź "Poczekam". I już wiem, że prędzej czy później rozmówca się ugnie i wyjawi wszystko, chociaż spodziewam się, że nie wszystko musi być napisane. Bo oprócz inkwizytorskiej wręcz skuteczności, czuć szacunek do rozmówcy i świadomość wagi poruszanych spraw. To nie są wynurzenia dotyczące kokardek we włosach czy ulubionych potraw, Torańska rozmawia o przeszłości, o której chętnie by zapomniano, o problemach, która nadal są bolesne i wzbudzają silne emocje.

Imponuje tytaniczna praca autorki. Wie wszystko: na jakiej ulicy kto mieszał, zna koligacje rodzinne bohatera i losy jego znajomych. W pewnej chwili któryś z panów mówi nawet zdziwiony "Skąd pani to wie?", bo nie przyszło mu do głowy, że można było dotrzeć do takich informacji.

A na koniec mój ulubiony cytat, gdybym nawet nie znała Torańskiej, to kupiłabym książkę, żeby przeczytać rozmowę, w której padają przytaczane poniżej słowa. To fragment rozmowy z Adamem Danielem Rotfeldem.

"Jeżeli kiedyś napiszę wspomnienia, na końcu zamieszczę indeks nazwisk ludzi przyzwoitych, których spotkałem w życiu. Będzie ich dużo, bardzo dużo.
– A z nie przyzwoitymi co pan zrobi?
Wie pani, to może dziwne. Ale ja chyba ich nie spotykałem."

wtorek, 12 kwietnia 2011
Lakonicznie, ale za to z Marlonem Brando

Przyznaję, nie oglądałam "Czasu Apokalipsy".

Wiem, że to amerykański film o Wietnamie i to właściwie wszystko. Chociaż nie, znam jeszcze zdjęcie, które trzynastego grudnia 1981 roku zrobił Chris Niedenthal.

Fotografia pochodzi ze stron serwisu Szeroki Kadr.

To nasza krajowa historia, przywołana jedynie przy okazji, bo tak naprawdę chciałam pokazać inne zdjęcie. Trafiłam ostatnio na stronę fotografki Mary Ellen Mark. Lista jej osiągnięć jest tak imponująca, że nie starczyłoby mi wieczoru na ich opisanie, więc po prostu zachęcam do odwiedzin strony i obejrzenia galerii. Genialne portrety!

I właśnie wśród fotografii sławnych osób znalazłam jedno, które szczególnie zachwyciło mnie swoją intensywnością. Na planie "Czasu Apokalipsy", czy też raczej: poza planem, oprócz niezliczonych godzin nagranego filmu, powstawały też zdjęcia.

Co tu dużo mówić, popatrzcie.

Mary Ellen Mark: Marlon Brando fascinated by a dragonfly, Apocalypse Now, Pagsanjan, Philippines 1976

poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Przeczytane: Witold Szabłowski "Zabójca z miasta moreli"

W poprzedniej notce napisałam, że reportażysty nie widać w tekście. A to nie do końca prawda. Formułując to zdanie miałam na myśli na przykład panią Barbarę Pietkiewicz z Polityki, której teksty czytam od lat, a nie miałam najmniejszego wyobrażenia jej postaci. Tymczasem styl dziennikarza może się różnić diametralnie i czasami autor choć trochę się odsłania (tak po prawdzie najbardziej pomaga przy tym informacja na skrzydełku książki bądź inne źródła).

"Zabójca z miasta moreli" to zbiór reportaży z Turcji. Nie twierdzę, że po przeczytaniu tej książki jestem znawczynią państwa leżącego na granicy Europy i Azji, zresztą rozmówcy Szabłowskiego dość często powtarzali: "Ty tego nie zrozumiesz. Nie jesteś Turkiem", ale przynajmniej zyskałam jakąś wizję miejsca, w którym trwa wieczna walka między dwoma przeciwieństwami. Zaczynam widzieć to wieczne balansowanie na linie nad przepaścią, z jednej strony chrześcijaństwo, z drugiej islam, tu Europa i wytęskniona Unia, tam przeciwnicy Zachodu.

Witold Szabłowski jest młody i czasami tę jego młodość bardzo sympatycznie widać w tekście, ale w żadnym wypadku nie chodzi mi tu o niedojrzałość, ale o o stan ducha - młodość w sensie energii do życia i ciekawości świata.
Szabłowski pisze fenomenalnie. Lektura wciąga i nawet długie ustępy o historii kraju łyka się jednym tchem. Potrafi pisać i o seksie oraz o najsłynniejszej tureckiej rubryce "napisz do Kasi" (czy też raczej "napisz do Ciotki Güzin), ale podejmuje też takie tematy jak honorowe zabójstwa kobiet i robi to przejmujący sposób, chociaż bez sensacyjności. Nie ma tam tanich chwytów pod publiczkę, jest za to chęć zrozumienia bohaterów, szeroki ogląd i konkretne, pełne dramatyzmu historie. Słowem - wszystko co być powinno, napisane ze swadą i, jeśli tylko jest na to miejsce, poczuciem humoru.

Podoba mi się też jego dar formułowania genialnej pointy, moja ulubiona pochodzi z reportażu "Imamowie i prezerwatywy" (pewnie po części dlatego, że dotyczy Polaków), ale nie będę jej zdradzała. Po książkę warto sięgnąć i basta.

Nie wiem, który reportaż poruszył mnie najbardziej, zwłaszcza że książkę pochłonęłam jednego wieczoru, a to nie sprzyja zapamiętywaniu szczegółów. Na pewno olbrzymie wrażenie zrobiły na mnie teksty o honorowym zabójstwie kobiet, prostytutkach (prostytucja jest w Turcji legalna) i o nielegalnych imigrantach. Nie miałam pojęcia o strzelaniu do przemytniczych łodzi (straż przybrzeżna), o wyławianych codziennie ludzkich ciałach. Nikt nie lubi mówić o trudnych sprawach, a takie niewygodne problemy chętnie zamiata się pod dywan.

Z przyjemnością kupię każdą kolejną książkę Witolda Szabłowskiego.

Swoją drogą, to chwalebny zwyczaj, żeby reportażyści wydawali książki i dzięki ci, o Wydawnictwo Czarne!, bo kolejne pozycje można kupować niemal w ciemno.

Ocena: 5+

czwartek, 07 kwietnia 2011
Przeczytane: Agnieszka Wójcińska "Reporterzy bez fikcji"

Dobrego reportażysty właściwie nie widać. Przefiltrowuje tekst przez sito własnych doświadczeń, wiedzy i umiejętności, ale gdy czytamy tekst nie wiemy, kim był człowiek, który pytał, szukał, zbierał informacje.

A mnie właśnie to interesuje. Od lat mam swoich ulubionych polskich reportażystów, zresztą ich lista wciąż się wydłuża (w ogóle nie wiem jak mogłam jeszcze na przykład nie czytać Pawła Smoleńskiego, jego "Izrael już nie frunie" jest na liście książek do kupienia w najbliższej przyszłości).
Zawsze bardzo mnie interesowało, kto stoi po drugiej stronie. Jeśli czyta się reportaże nie tyle z powodu tematu, co z powodu autora, coraz bardziej chciałoby się dowiedzieć, kim ów autor jest. Dlatego rozmowy Agnieszki Wójcińskiej z kilkunastoma polskimi reportażystami są dla mnie prawdziwą gratką. Wreszcie mogę podejrzeć ich pracę od kuchni.

Książka "Reporterzy bez fikcji" pokazuje, że reportaż nie jest tylko zbiorem wyrazów pracowicie wystukanych na klawiaturze, ale tekstem o ludziach, który powstał w czyjejś głowie. "Fakty są święte" - to twierdzenie przewija się w rozmowach, ale jednocześnie nie da się uniknąć subiektywizmu.  

Fascynujące są różnice w podejściu do pracy. Zarówno jeśli chodzi o techniczny proces powstawania reportażu: na przykład używanie dyktafonów, sposób robienia notatek (Hugo-Bader i jego żółte, samoprzylepne karteczki - pięknie to sobie wyobrażałam), jak i relacje z bohaterami swoich tekstów. Na przykład Irena Morawska mówi o nich następująco: "To nie są przyjaźnie. Raczej kontakty, które opierają się na telefonach od czasu do czasu, esemesach, mejlach, wymianie życzeń świątecznych, a niekiedy spotkaniach. Z upływem czasu większość tych relacji wygasa. Życie je rozwiązuje. (...) wiem, że w każdej chwili mogę zadzwonić do bohatera i zapytać: <>."

Chętnie zacytowałabym pół książki, ale ponieważ to niemożliwe, przedstawiam jeszcze dwa króciutkie fragmenty:

Wojciech Tochmann: "Ale nie zgadzam się z Wojtkiem Jagielskim, który mówi, że praca reportera oduczyła go pokus, by pomagać tym, o których pisze, albo zapłakać z nimi. A dlaczego nie? Ja często wychodzę z roli reportera. Ludzie widzą wtedy, że nie tylko o tekst mi chodzi, ale o bycie z nimi."

Jacek Hugo-Bader: "Jestem dziennikarzem, reporterem. Jedyne co umiem zrobić, to pięknie o kimś napisać. Inaczej zająłbym się wolontariatem. A moim przeznaczeniem jest coś zupełnie innego. Naprawiam świat inaczej."

Fascynująca lektura dla wszystkich, którzy choć trochę interesują się reportażem.

Na piątkę z plusem.

Tagi