niedziela, 30 maja 2010
Kuchenne manicure

Osoby występujące w programach o gotowaniu można przykładowo podzielić na dwie grupy w zależności od tego, czy faktycznie są szefami kuchni, czy też nie.

Jeśli nie, to (zwłaszcza kobiety) mają piękne zadbane dłonie.

Natomiast czynni szefowie kuchni, och!, w tym przypadku sprawa ma się zupełnie inaczej. Ich paznokcie są zazwyczaj krótkie do granic możliwości, skórki często wołają o wykwalifikowaną pomoc, a przebarwienia są na porządku dziennym.

Jakoś bardziej ufam tym drugim.

Chociaż oczywiście podobno można gotować w rękawiczkach.

I zawsze będę lubiła Nigellę za całokształt ;)

środa, 26 maja 2010
Przeczytane: artykuł w GW

Dziś cytat z rozmowy profesora Huberta Orłowskiego z Michałem Kokotem w GW. Tu proszę kliknąć po więcej, bo warto.


Nie mam nic do dodania, prof. Orłowski doskonale oddaje moje zdanie na temat naszego narodu, który najchętniej żyłby od katastrofy do katastrofy doskonaląc się w wykonywaniu patetycznych gestów, zamiast po prostu wziąć się do roboty. Zdanie "Dziś natomiast należy pracować na rzecz kraju, cieszyć się życiem, rodziną." powinno wisieć nad łóżkiem każdego, kto chce się uważać za prawdziwego Polaka.



Jednoczymy się w przypadku klęsk, bo zbudowaliśmy narodowy mit oparty na martyrologii historycznej. To błąd?

- Tak, i to strategiczny. Weźmy Muzeum Powstania Warszawskiego. Oczywiście należy pokazać bohaterstwo ludzi, którzy w Powstaniu walczyli, ale tam powinna być też izba, w której będą stawiane pytania, czy to Powstanie było sensowne. Wojsko jest po to, by bronić bezbronnych, a w Powstaniu na wyrżnięcie został skazany lud Warszawy. Zginęło około tysiąca żołnierzy Wehrmachtu, blisko 15-20 tys. powstańców i 150 tys. mieszkańców. Czy po to się wywołuje powstanie? "No tak, ale gdyby nie to Powstanie, nie byłoby martyrologii" - mówi się. Jeśli ktoś uważa, że należy na "krwi" budować mit, to niech osobiście da tego przykład.

Gdy miałem siedem lat, zginął mój ojciec i stryj. Jedna trzecia mojej rodziny zginęła w II wojnie i nigdy nie chciałbym, by na bezsensowną rzeź poszedł mój syn lub wnuki. Dla ojczyzny należy pracować, a nie ginąć i walczyć. Nie radzę sobie intelektualnie z heroiczno-martyrologicznym syndromem romantycznym. Skoro niegdyś nie było suwerennego państwa polskiego, to być może należało się tym syndromem kierować. Dziś natomiast należy pracować na rzecz kraju, cieszyć się życiem, rodziną.

Część polityków głosi hasło, że aborcja jest złem, bo życie nienarodzone jest przecież bezcenne. Zarazem jednak nie widzą niczego złego w tym, by rzucić wiele tysięcy na rzeź. Przecież to głęboka sprzeczność.

sobota, 22 maja 2010
Dziecko brudne

Nigdy nie miałam jakiejś szczególnej potrzeby ubierania moich dzieci w wymyślne fatałaszki. Owszem, lubię, gdy wyglądają ładnie, ale zawsze dbam przede wszystkim o to, by było im wygodnie.

Przyznam jednak, że widok mojej córki w spódnicy w kwiatki i kapeluszu faktycznie sprawia mi niezwykłą przyjemność.

O dziwo, jeszcze bardziej podoba mi się, gdy na niegdyś białych rajstopkach pojawiają się czarne plamy spowodowane kontaktem z podłożem, a spódnica wygląda jakby ktoś nią ścierał kurze.

Dziecko brudne to naprawdę dziecko szczęśliwe.

środa, 19 maja 2010
Przeczytane: Fannie Flagg "Witaj na świecie, Maleńka"

Mieliśmy małą farmę jakieś dziesięć mil od miasta. Mój ojciec mawiał: "Kiedy człowiek za bardzo oddala się od natury, zaczyna wpadać w kłopoty.". Oczywiście miał rację, ale wtedy tak nie myślałem. Wtedy miałem go za starego piernika, wieśniaka, który na niczym się nie zna. Nie mogłem się doczekać, kiedy strzepnę kurz z butów i pójdę do wielkiego miasta. Zobaczę świat, zostanę gwiazdą. Ale codziennie, odkąd tu jestem, myślę o nim. Uświadamiam sobie, że mój stary, który, jak mi się wydawało, nie osiągnął zbyt wiele, wiódł takie życie, że trudno o lepsze. Nigdy dla nikogo nie był okrutny, wychował dzieci, kochał swoją żonę i uprawiał ziemię.


Jestem daleka od gloryfikowania wsi spokojnej i małych, sennych miasteczek (chociaż doceniam urok takiego życia), ale trudno nie oddać trochę racji bohaterowi książki Fannie Flagg "Witaj na świecie, Maleńka", który wypowiada powyższe słowa. Co jest naprawdę ważne w życiu: sukces czy spokój, czy można być szczęśliwym robiąc oszałamiającą karierę w świecie mediów i jak pogodzić pracę z życiem osobistym - takie dylematy stają przed bohaterką książki - utalentowaną, przebojową i ambitną Deną Nordstrom. Ale Dena, oprócz tego, że na zewnątrz jest niemal idealna, ma sporo problemów. Po pierwsze: Dena właściwie nie ma życia osobistego. Musi też wreszcie zmierzyć się z przeszłością i spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie jakim właściwie jest człowiekiem. Jak łatwo się domyślić, nie będzie to proste.

Jedną rzecz trzeba powiedzieć jasno: po lekturze tej książki człowiek natychmiast zaczyna tęsknić za spokojnym życiem w niewielkim mieście Elmwood Springs. Nabiera się ochotę na sąsiedzkie pogaduszki i znowu przychylniej patrzy na ród ludzki. Druga strona barykady jest bowiem odmalowana w czarnych barwach i nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby przecież mieszkać w wielkim mieście i pracować w telewizji - siedlisku zła opanowanym przez kryzys wszelkich wartości.
Ale chociaż ten kontrast jest naprawdę bardzo wyraźny, to niespecjalnie mi przeszkadzał. Czytałam z przyjemnością, uśmiechając się całkiem często. I nie wiem jak ona to robi, ale nagromadziła multum wątków (i miłość, i wojna, i rasizm, i wiele, wiele innych), ale dość gładko się przez to przechodzi.

"Witaj na świecie, Maleńka" to dość opasłe czytadło, które pochłonęłam w ekspresowym tempie, z prawdziwą przyjemnością. Bardzo lubię książki, które mówią o tym, że ludzie ogólnie nie są tacy źli. Owszem, jest całkiem sporo nieprzyjemnych jednostek, ale przecież ludzi po prostu się lubi.
Dlaczego?
A dlaczego nie?

czwartek, 13 maja 2010
Promocja?

Dzisiaj kupiłam kawę.

Nie ma w tym wydarzeniu nic szczególnego, kawę kupuję całkiem często, biorąc pod uwagę ilości jakie wypijam.

Tym razem jednak była promocja.
Do słoika doczepiono tabliczkę czekolady. Nie znam co prawda zbyt dobrze firmy produkującej tę czekoladę, ale wydaje mi się, że nie jest z tych najgorszych, a i czekolada była z marakują czy czymś równie egzotycznym.

Generalnie promocje tego typu (gdy doczepiają coś do czegoś) są mi obojętne. Zazwyczaj dodatek jest mi kompletnie niepotrzebny i przewraca się w kuchennych szafkach dopóki nie upłynie termin ważności.

Tym razem nie było tego problemu. Odkleiłam taśmę mocującą tabliczkę do słoika i mój wzrok automatycznie poszukał daty przydatności do spożycia.

21.05.2010r.

I wszystko jasne - pomyślałam, ale bohatersko dałam szansę czekoladzie.

No cóż, na pewno nigdy jej już nie kupię, wystarczająca się zraziłam.

Czekolada wylądowała w koszu, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy jej producent wie i pochwala takie praktyki. Bo rozumiem hipermarket, który próbuje się pozbyć zalegających rzeczy, ale dla wytwórcy czekolady taka akcja jest bardzo skuteczną antyreklamą.

Przeczytane: Ulf Stark "Jak mama została Indianką"

Nie wiem z czego to wynika, ale za każdym razem, gdy kupujemy potomstwu książki pisarzy skandynawskich, to okazują się one prawdziwymi hitami. A w dodatku podejrzewam, że największą frajdę z czytania mają nie dzieci, ale rodzice. Ale właściwie czemu ja się dziwię, skoro jeden z bardziej znanych w Szwecji pisarzy literatury dziecięcej jasno stwierdza, że wszystkie dobre książki dla dzieci są też książkami dla dorosłych.
Mówię oczywiście o Ulfie Starku, który napisał już podobno około czterdziestu książek dla dzieci, ale my mamy dopiero kilka. Pewnie dlatego, że w Polsce wydaje się tego autora dopiero od niedawna - sądzę, że wkrótce poznamy też inne powieści.

Gdy popatrzyłam na okładkę książki "Jak mama została Indianką", to przyznam, że się najeżyłam jeszcze zanim przeczytałam nazwisko autora. Najlepszą obroną jest przecież atak. Obawiałam się, że znowu ktoś każe mi odkrywać w sobie wewnętrzne dziecko, albo będzie piętnował fakt, że zamiast bawić się z dziećmi w chowanego chwytam za odkurzacz. Prawda bowiem jest taka, że zabawy z dziećmi mnie nudzą. Nic na to nie poradzę, ale berek, ciuciubabka i zabawy w piasku powodują u mnie niekontrolowane ziewanie i chęć ucieczki do jakiegokolwiek innego zajęcia. Piętnujcie mnie jeśli chcecie, taka jestem. Lubię z dziećmi robić wiele rzeczy, ale jestem już obrzydliwie dorosła.
Dlatego opowieść o mamie, która porzuca smażenie kotletów i maluje sobie na twarzy barwy wojenne wydała mi się denerwująca.

Bardzo niesłusznie.
To właśnie idealna książka dla takich matek jak ja, które często nie potrafią zatrzymać się w pędzie i natłoku obowiązków. Jest ciepła, mądra, zabawna i napisana pięknym językiem. Ulf Stark jest daleki od oceniania tego co dobre, a co złe. Świat jest urządzony w ten sposób, że dorośli są dorośli, a dzieci są dziećmi i nie ma potrzeby, by zmieniać to na stałe. Natomiast warto by dziecko zobaczyło swoją zazwyczaj zagonioną matkę w innym świetle. Nie przez pryzmat zakupów, prania i garnka z obiadem, ale niech dostrzeże w niej tajemnicę i przygodę.

Zaczęłam się zastanawiać. Może i nie muszę od razu udawać Indianki, ale przecież mnie też stać na więcej niż domowe obowiązki i opieka nad dzieckiem typu "czyste i nakarmione". Może to nieszczęsne "wewnętrzne dziecko", przed którego odkrywaniem bronię się jak mogę, powinno czasami wyjść na jaw?

piątek, 07 maja 2010
Przeczytane: Haruki Murakami "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu"

Kilka lat temu natrafiłam na pewną recenzję w Polityce. Aleksander Kaczorowski pisał o Norwegian Wood Haruki Murakamiego.
Do opinii pana Kaczorowskiego mam spore zaufanie, więc już kilka dni później miałam tę książkę w domu.
Tak się zaczęło.
Druga była "Kronika ptaka nakręcacza", a potem już poszło.


W tej chwili na biurku obok mnie leży "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu". To książka wyjątkowa, bo tym razem pozwala nam trochę poznać samego Murakamiego. Opowiada w niej o swoich dwóch pasjach: bieganiu i pisaniu, bowiem Murakami oprócz tego, że jest pisarzem regularnie biega maratony. To oczywiście wymaga niemal codziennego treningu. Murakami opowiada więc o wytrwałości, wytyczaniu celów, tych małych i tych większych, o tym jak zmieniło go bieganie i jak wpływa na jego twórczość. Pisze:
Co do mnie, znacznej części tego , co wiem o pisaniu, dowiedziałem się, biegając każdego dnia. W sposób naturalny pobierałem praktyczne i fizyczne lekcje. (...) Wiem, że gdybym, rozpoczynając karierę pisarską, nie zaczął biegać na długich dystansach, moje książki byłyby zupełnie inne. Jak bardzo? Trudno powiedzieć. Ale z całą pewnością nie byłyby takie same.


Codzienne bieganie jest niezłą szkołą charakteru. Trzeba przezwyciężyć własne lenistwo, ból mięśni czy zniechęcenie, zasznurować buty i wyjść z domu. Murakami przytacza anegdotę o tym, jak przeprowadzał wywiad z olimpijczykiem Toshihiko Seko. Zadał mu wówczas następujące pytanie -Czy zdarza się, że biegacz na pana poziomie odczuwa czasem niechęć do biegania, czy zdarzają się takie dni, kiedy nie chce się panu biegać, bo na przykład, wolałby pan dłużej pospać? Sportowiec popatrzył na niego przez chwilę, po czym odpowiedział takim tonem, że chciałem się schować pod stół ze wstydu - Oczywiście. Nieustannie!.


Pisanie powieści jest, tak jak maratony, zadaniem dla długodystansowców. Dla ludzi, którzy umieją podążać wytyczoną przez siebie ścieżką do celu i nigdy się nie zatrzymują. Może dlatego Murakami wie jaki chciałby mieć napis na swoim nagrobku:


Pisarz (i biegacz)
Który nigdy nie szedł


Swoją drogą tego mu chyba najbardziej zazdroszczę. Jestem na tym etapie życia, że nie potrafię zdefiniować kim jestem. To znaczy wiem, że jestem kobietą, żoną, matką, ale są to tylko pewne przypisane mi role społeczne, które nie wynikają z mojego charakteru i nie określają mnie jako osoby. Cały olbrzymi obszar życia związany ze sferą zawodową leży teraz odłogiem i powoduje wyrwę, której domowe obowiązki bynajmniej nie zapełnią.
Jestem na rozstaju. I bardzo mnie ciekawi co przyniosą najbliższe lata.
Natomiast od Murakamiego z pewnością powinnam się uczyć pracy nad sobą.

czwartek, 06 maja 2010
Golonka z rukolą


Czasami nieopatrznie wejdę sobie na pewne forum kulinarne. Jest to bardzo nierozsądne, bo potem boję się publikować jakikolwiek przepis w sieci.


Otóż według niektórych gotowanie powinno być dozwolone jedynie wybranym jednostkom, które posiadły wiedzę tajemną i prezentują jedynie słuszne podejście do przygotowywania posiłków. Wszelkie odstępstwo od tajemnych reguł winno być karane przynajmniej publicznym napiętnowaniem jeśli nie chłostą.


To fakt, że im więcej gotuję i czytam na ten temat, tym bardziej widzę różnicę między dobrą kuchnią, a kuchnią byle jaką. Ale przecież w kuchni znajdzie się miejsce dla wszystkich. I dla tych, którzy przyrządzają obiad w pół godziny korzystając z półproduktów, i dla tych, którzy zaopatrują się jedynie w sklepach z przedrostkiem „bio” lub „eko” w nazwie. Dla tych, którzy najbardziej na świecie lubią bigos i golonkę, oraz dla tych, którzy codziennie jedliby gorgonzolę i suszone pomidory. W dodatku jedno wcale nie wyklucza drugiego, czego jestem najlepszym przykładem.


Kuchnia nie zna granic. Świat staje się coraz mniejszy, więc i to, co kiedyś tchnęło powiewem egzotyki, teraz nam spowszedniało. Dlatego otwieranie wątków, które mają udowodnić, że kupując mascarpone czy ricottę jestem snobem nieodmiennie mnie bawi. Nie rozumiem dlaczego mam się ograniczać tylko do tego co polskie, skoro lubię jedno i drugie.
Zresztą zaraz, zaraz... Jakie znowu polskie? Włoszczyzna, jak sama nazwa wskazuje, także powinna być w Polsce zakazana. A takie znowu pomidory albo papryka? Nie wspominając nawet o ziemniakach - wszystko przywleczone zza oceanu.
Ach, i jeśli ktoś usmażył pancakes, to w żadnym wypadku nie powinien używać anglojęzycznej nazwy (chociaż akurat tu placuszki rzeczywiście lepiej brzmią). Nie wiem tylko co zrobić z muffinkami, bo nazwa też nie jest polska, a babeczki i muffinki to niezupełnie to samo.

Myślę, że ci wszyscy gardłujący w nieistotnych sporach zapominają o najważniejszym - gotowanie powinno sprawiać przyjemność. A dobra kuchnia łączy, nie dzieli.

środa, 05 maja 2010
Przeczytane (prawie): Bill Bryson: "Ani tu, ani tam"

Ani trochę nie śmieszne - chciałoby się westchnąć czytając książkę Billa Brysona "Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średnio zaawansowanych" czyli opis podróży Brysona po Europie.

Jestem podwójnie zawiedziona. Raz, że wydałam pieniądze na książkę, której pewnie nie przeczytam do końca, a dwa, że spodziewałam się czegoś znacznie lepszego. Otóż Bill Bryson jest mi znany z fenomenalnej książki popularno-naukowej "Krótka historia prawie wszystkiego". Przeczytałam ją z zapartym tchem dowiadując się o naszym świecie co najmniej tyle, co przez wszystkie lata nauki w szkole, a moje zainteresowanie tematem było przy tym nieporównywalnie większe niż we wspomnianych latach młodości. Dlatego spacerując między półkami w księgarni czym prędzej chwyciłam "najlepszą książkę podróżniczą roku" jak głosiła okładka i zabrałam się za czytanie.

Od razu pojawił się problem. Otóż nawet, gdy miałam lat 15 nigdy niespecjalnie śmieszyły mnie żarty nawiązujące do defekacji, wymiotów oraz psich jaj. W dodatku dowcipy o podtekście seksualnym są, jak się okazało, niezmiernie trudne do opowiadania. Pewnie gdybym była pryszczatym nastolatkiem, to faktycznie śmiałabym się do łez czytając o "melonach" panny Webster i reakcji na nie dorastających chłopców, ale mój pech polega na tym, że bawią mnie inne rzeczy. A może inaczej: bawią mnie historie inaczej opowiedziane.
Nie rozweseliła mnie bowiem wzmianka o koledze z klasy pana Brysona, który był tak głupi, że nikt nie wiedział jak się nazywa, więc mówiono na niego Matołek. Nie zaśmiałam się też przy ptasim łajnie lądującym na głowie kolegi Brysona i nawet nie dlatego, że jem "bułkę przez bibułkę", ale dlatego, że te żarty po prostu nie były śmieszne.

Na plus należy oddać autorowi, że się stara przy okazji przekazać nieco ciekawych informacji na temat odwiedzanych stron. Nieszczęście polega na tym, że za bardzo wziął sobie do serca przykazanie każdego prelegenta, by co jakiś czas opowiadać dowcipy. On opowiada je cały czas, tak jakby żadna strona nie mogła się obejść bez odniesień do wydzielin układu pokarmowego lub moczowo-płciowego.

Przyznaję też, że Bryson potrafi się też zachwycać. Na początku przestraszyłam się, że będzie to typowo prześmiewcza książka, gdzie jeśli nawet trafia się na cud natury, to należy ów cud prędko sprowadzić do poziomu rynsztoka. Niestety krótkie akapity pełne pozytywnych wrażeń w żaden sposób nie równoważą przaśnego humoru obecnego na kartach książki.

Spostrzeżenia Brysona czasami są dość interesujące, ale jednocześnie mam wrażenie, że bardzo często posługuje się stereotypami. Francuzi nie lubią obcych, a Włosi jeżdżą jak wariaci - takie stwierdzenia ani nie zaskakują głębią obserwacji, ani nie potrafią zaciekawić.

Reasumując: poczucie humoru pana Brysona tak bardzo różni się od mojego, że nie sądzę bym była w stanie dotrzeć do końca książki. A szkoda, bo mimo wszystko wierzę, że ma całkiem sporo do powiedzenia na temat Europy widzianej jego oczami.

sobota, 01 maja 2010
Przeczytane: "Świnia w Prowansji"

(uwaga! notka zawiera drastyczny opis)

 

- Ach, rzucić to wszystko i wyjechać gdzieś na wieś! - wzdycha niejeden mieszczuch stojąc w samochodowym korku i wdychając zapach spalin. Przed oczami ma z pewnością idylliczny widok zielonej łąki, szemrzącego strumyka i kilku kur leniwie grzebiących w ziemi. Zazwyczaj jednak na wzdychaniu się kończy, a ów marzyciel uciekłby z powrotem do swojego wymuskanego mieszkania w bloku na widok pierwszej myszy. Niektórzy jednak mają i odwagę i determinację do realizacji takich planów. Tak było w przypadku Georgeanne Brennan, która porzuciła słoneczną Kalifornię, by wraz z mężem i malutką córką osiąść w Prowansji. Kupiła tam dom z kawałkiem ziemi i zajęła się wyrobem koziego sera. Swoje doświadczenia opisała w książce "Świnia w Prowansji".


I faktycznie, w trakcie czytania byłam wielokrotnie bliska tego, by natychmiast rezerwować lot na południe Francji w celu spróbowania wszystkich omawianych smakołyków, ale też po to, by poczuć klimat tamtych stron. Nie na darmo podtytuł książki brzmi: "Dobre jedzenie i proste przyjemności w południowej Francji", bo z każdej strony czuć prawdziwą miłość autorki do opisywanych ludzi, miejsc i jedzenia właśnie. To uczucie jest na tyle silne, że pozwoliło jej na mieszkanie w domu bez bieżącej wody czy codzienne zajmowanie się gospodarstwem z malutką córką u boku i drugim dzieckiem w drodze. Co prawda nigdy nie skarży się na trudności, ale jeśli ktoś ma choć odrobinę wyobraźni, to włos może mu się czasami zjeżyć na głowie.


Mnie najbardziej jednak poruszyła inna scena. Jedna z kóz miała problem z porodem. Trzeba było jej pomóc i wyciągnąć koźlątko. Jedyną osobą z odpowiednio małą ręką była oczywiście kilkuletnia dziewczynka. Umyła ręce, nasmarowała wazeliną i po włożeniu ręki do kanału rodnego udało jej się chwycić koźlę za nogi. Zaczęła ciągnąć. Po chwili poleciała do tyłu trzymając w rękach urwane nogi. Koźlę już od dawna nie żyło i zaczęło się rozkładać.


Niech jednak ten naturalistyczny opis nie przesłoni Wam prawdziwego obrazu, jaki wyłania się z tej książki. To opowieść o życiu w zgodzie z naturą i szacunku do przyrody, o cyklu życia i śmierci, o tym skąd bierze się nasze jedzenie i ile może nam dawać przyjemności. Kiedy stoję przed zamrażarką w supermarkecie i patrzę na te wszystkie gotowe dania składające się z rzeczy, których nawet nie potrafię nazwać, myślę o tym jak daleko odeszliśmy od prawdziwego jedzenia. Jeden z moich ulubionych kucharzy, Gary Rhodes na okładce swojej książki "Keeping it simple" ma następujące zdanie "In my opinion, the most delicious food is created when you get the very best ingredients you can find and do as little to them as possible". W skrócie znaczy to tyle, że najlepsze jedzenie powstaje wtedy, gdy weźmie się najwyższej jakości składniki i zrobi się z nimi jak najmniej. Zgadzam się z nim całkowicie.
"Świnia w Prowansji" jest właśnie o takim jedzeniu.

Tagi