czwartek, 24 czerwca 2010
Przeczytane: Eduardo Mendoza "Brak wiadomości od Gurba"

Kim jest Gurb?

Gurb jest czystą inteligencją. Problem polega na tym, że kiedy wraz ze swoim towarzyszem wylądował na Ziemi, przybrał postać kobiety i od razu zaginął.
Cóż wtedy musi zrobić drugi pasażer statku kosmicznego? Oczywiście wyrusza na poszukiwania.
W tym celu materializuje się na ulicach Barcelony, ale dość pechowo wybiera bardzo ruchliwe miejsce, więc w pamiętniku zapisuje następujące wydarzenia:

"08.01
Przejechany przez Opla Corsę.
08.02
Przejechany przez furgonetkę dostawczą.
08.03
Przejechany przez taksówkę.
08.04
Odnajduję głowę i myję ją przy ulicznym hydrancie znajdującym się w pobliżu miejsca kolizji. Wykorzystuję możliwość zbadania składu chemicznego tutejszej wody: wodór, tlen i ekskrementy."

"Brak wiadomości od Gurba" to pamiętnik kosmity rzuconego w wir wielkiego miasta. Nietrudno sobie wyobrazić liczbę niebezpieczeństw czyhających nawet na najinteligentniejszą osobę we wszechświecie. Wystarczy wymienić kompulsywne zakupy, słodkie churros oraz oczywiście alkohol. Ale to nie powstrzymuje dzielnego przybysza, który wszelkimi siłami stara się odnaleźć Gurba. Z łączności telepatycznej rezygnuje dość szybko - telefonia bezprzewodowa nie ułatwia mu zadania.

Mendoza to pisarz o wyjątkowym poczuciu humoru. Absurd goni tu absurd, bo i tempo powieści jest po prostu zawrotne. Dość jednak powiedzieć, że po wszystkich ciężkich reportażach jakie ostatnio czytałam, trafiła mi się czysta żywa rozrywka w najlepszej postaci. Szkoda tylko, że na tak krótko, bo książka liczy tylko 160 stroni czyta się ją w moment.

Ach, i jeśli ktoś uważa, że kosmici jakoś specjalnie się od nas różnią, to zacytuję jeszcze jeden fragment pamiętnika:

"07.00
Ważę się na wadze łazienkowej. 3 kilogramy 800 gramów. Jeśli wziąć pod uwagę, że jestem czystą inteligencją, to jest to barbarzyństwo. Postanawiam się gimnastykować co rano.
07.30
Wychodzę z domu z zamiarem przebiegnięcia sześciu mil. Jutro siedem, pojutrze osiem i tak dalej.
07.32
Przebiegam obok piekarni. Kupuję słodką bułeczkę i jem ją w drodze powrotnej do domu. Niech inni biegają."

Jak można nie polubić autora takich zapisków? Nic tak nie wzbudza sympatii jak odnalezienie naszych słabości u innych.

środa, 23 czerwca 2010
Czytam: Tiziano Terzani "W Azji"

W.A.B. wydaje serię "terra incognita". Jak podają na stronie, rocznie ukazuje się sześć tytułów.

Najchętniej kupiłabym wszystkie.

W tej chwili czytam "W Azji" czyli reportaże włoskiego dziennikarza pisane w latach 1965-1997. Ciekawe, zaskakujące, wnikliwe i doskonale napisane.

Lektura pewnie trochę mi zajmie, więc możliwe, że co jakiś czas będą się tu pojawiały jakieś cytaty. Dzisiaj o Japonii.

"Naturalnie chciałoby się poznać język, żeby zrozumieć mentalność narodu. Pierwsze spotkanie z moim nauczycielem przebiegło następująco.
- Zna pan jakieś japońskie przysłowie? - pyta.
- Nie.
- Więc proszę na początek nauczyć się tego: >>Kiedy wiatr wieje, wytwórcy drewnianych kadzi stają się bogaci<<.
- Nie rozumiem...
- To proste - odpowiada. - Wiatr wznieca kurz, kurz oślepia, ślepcy zarabiają na życie grając na instrumentach strunowych, struny są wyrabiane z kocich jelit, im więcej ginie kotów, tym więcej myszy biega po mieście, myszy wygryzają dziury w drewnianych kadziach, a im więcej potrzeba drewnianych kadzi, tym bardziej bogacą się ich wytwórcy. Logiczne, prawda? I tak samo logiczny jest język japoński."

środa, 16 czerwca 2010
Przeczytane (ponownie): Jacek Hugo-Bader "W rajskiej dolinie wśród zielska"

Nie pamiętam jaki był pierwszy tekst Jacka Hugo-Badera jaki przeczytałam, ale za to od razu zapamiętałam nazwisko.
Dlatego z niecierpliwością czekałam na wznowienie książki "W rajskiej dolinie wśród zielska", czyli zbiór reportaży z Rosji napisanych w latach 1992-2002.
Jaka jest Rosja? Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi, ale jeśli ktoś jest zainteresowany, po prostu musi przeczytać "W rajskiej dolinie..." (a potem "Białą gorączkę" tego samego autora). Jest i o próbach atomowych, o radzieckich kosmonautach, generałach na emeryturze, Gazpromie, narkotykach, super łodzi podwodnej, konstruktorze kałasznikowa i wielu, wielu innych rzeczach.

Hugo-Bader opowiada rzeczy fascynujące i przerażające, przybliża sprawy, o których nie mamy pojęcia. Ma w sobie fantastyczną reporterską ciekawość i dociekliwość, która każe mu osobiście sprawdzać opisywane fakty. Tak jak wówczas gdy obchodzi milicyjny post by sprawdzić, jak łatwo jest przemycać narkotyki, albo gdy wspina się na drzewo, żeby zweryfikować prawdziwość opowieści generała Lebiedzia o roztaczającym się z góry widoku.
Przede wszystkim jednak umie rozmawiać z ludźmi.
No i jak pisze! Pozostaje tylko żal, że książka się już skończyła i postanowienie, że niedługo znowu sobie ją przeczytam.

Oto fragment rozmowy Jacka Hugo-Badera z Marcinem Kwaśnym
"Dziennikarz nie jedzie, żeby opisywać ludzi bogatych, szczęśliwych i zdrowych. To byłoby bezsensowne i nudne. Nie jest tak, że my się czepiamy dla samego czepiania się. Piszemy, czy pokazujemy pewne sprawy celowo, bo dziennikarstwo powinno naprawiać świat.
M.K.: Wierzy Pan w to?
J.H.B.: Patrząc na otaczający nas świat często trudno w to uwierzyć. Ja jednak myślę, że dziennikarze powinni chociaż podejmować próby naprawy
świata. "



Na koniec dwa fragmenty, dość przypadkowe:

J.H.B. - W czasie puczu w 1991 roku miałeś osiemnaście lat, twój ojciec dowodził wojskiem po Białym Domem, a ty widziałeś wszystko w  telewizji. Co ci ojciec później opowiadał?
Aleksander Aleksandrowicz Lebiedź (starszy syn generała) - Nic. Przecież go nie pytałem. U nas nie było przyjęte pytać. Życie wewnętrzne człowieka jest jego sprawą. Nie ma potrzeby znać cudzych myśli. Takie u nas panowały formy.
J. H.B. - Kiedy jechał na wojnę, miałeś dziewięć lat. Dla dzieci w tym wieku zadawanie pytań jest odruchem tak naturalnym jak oddychanie.
A. A. L. - Ale nie u nas w domu. Nie w ZSRR.



" - A niewiele brakowało i w ogóle bym nie był w marynarce. W 1973 roku razem z przyjacielem zdaliśmy egzamin do lotniczego uczyliszcza w Charkowie, ale na pierwszym lataniu on się zabił, bo całą benzynę ukradli i mig na pustych bakach poszedł do góry."

środa, 09 czerwca 2010
Przeczytane: Peter Godwin: "Gdzie krokodyl zjada słońce"

Dopiero co skończyłam powieść o Mozambiku i zaraz wpadła mi w ręce powieść o sąsiednim państwie: Zimbabwe. Mozambik jest jednym z najbiedniejszych krajów na świecie, natomiast Zimbabwe pod rządami dyktatora Roberta Mugabe w szybkim tempie dogania sąsiada. Obydwa państwa łączy między innymi fakt, że średnia długość życia wynosi niewiele ponad trzydzieści lat, tyle że w Zimbabwe jeszcze na początku lat osiemdziesiątych wynosiła ona około 60 lat.

Peter Godwin to dziennikarz, który urodził się w Zimbabwe (wówczas jeszcze państwo nosiło nazwę Rodezja). Nie jest to więc książka podróżnika, ale człowieka, który od podszewki zna kraj i jego mieszkańców. Książka jest bardzo osobista, jednymi z głównych postaci powieści uczynił swoich rodziców. Przyjechali do Afryki po drugiej wojnie światowej i, jak wielu innych białych, rozpoczęli tam nowe życie. Gdy ich poznajemy są już starszymi ludźmi. Coraz trudniej im żyć w ogarniętym chaosem Zimbabwe, biednieją, chorują, ale wciąż nie chcą, wzorem wielu innych, wyemigrować (czy też raczej uciec), z kraju. Zimbabwe przyjęli jako swoją ojczyznę.

Peter Godwin przestawia nam historię upadku świetnie prosperującego państwa. Rysuje obraz wszechogarniającej korupcji, łapówkarstwa i nienawiści jaka ogarnęła kraj. Idealnie równoważy przy tym wątki osobiste i historię kraju, łączy szeroki plan z losami pojedynczych osób.

Książka jest przerażająca i jednocześnie przytłaczająca. Nagromadzenie bezsensownej agresji i głupoty oraz bezsilność jaką wobec niej czujemy po prostu obezwładnia.

Pamiętam jak przez mgłę czas, gdy w mediach pojawiały się doniesienia o napadach na białych farmerów w Zimbabwe. Rzucałam na nie jednym okiem i za nic nie mogłam się zorientować kto, gdzie i dlaczego. Dopiero ta książka pozwala poznać całą tragizm sytuacji w Zimbabwe pod rządami Mugabe. Za jego rządów bandyci stali się kompletnie bezkarni, w dodatku współpracują z policją i władzami (lub z nich się wywodzą). Dobrze prosperujący kraj pogrążył się w nędzy.

Największe zaskoczenie przyszło, gdy na jaw wyszła rodzinna tajemnica autora. Otóż ojciec Petera Godwina w rzeczywistości nazywał się Kazimierz Jerzy Goldfarb i urodził się w Warszawie. Wywodził się z dobrze sytuowanej żydowskiej rodziny. Latem 1939 roku zapobiegliwi rodzice wysłali go na wakacyjny kurs języka angielskiego, z którego nie zdążył już wrócić do Polski.
Nagle wprost z afrykańskich tropików autor przenosi nas do ogarniętej wojną Europy. Próbuje zmierzyć się z okrucieństwem Holocaustu i skompletować drzewo genealogiczne rodziny. W rezultacie otrzymujemy piękną historię o poszukiwaniu tożsamości. Bo kim jest Peter Godwin, urodzony w Zimbabwe, zamieszkały w Nowym Jorku Żyd (ale niepełny, bo tylko od strony ojca)? Sam ma problem z odpowiedzią na to pytanie.

Mnie szczególnie zachwyca warsztat pisarski Godwina. Widać w nim lata reporterskiej pracy, która uczy pomijania zbędnych słów, za to uczula na szczegóły. U niego dziennikarskie przykazanie "show, don't tell" jest bardzo wyraźne. Chociażby w tym fragmencie (przypominam, że jest rok 2003): "Mama nie może sobie poradzić z otwarciem puszki z dietetyczną colą, więc jej pomagam. Okazuje się, że nigdy wcześniej nie piła napoju z puszki."

Najchętniej zacytowałabym całą książkę, ale skoro to niemożliwe, przepisałam chociaż dwa krótkie fragmenty.

"Chwilę później na drodze pojawia się powód zamilknięcia cykad: rozciągnięty wężyk czarnych dzieci truchtem wracających ze szkoły. Joanna przygląda się wyświechtanym mundurkom w kolorze khaki i pasiastym tornistrom z juty, które podskakują im na kościstych ramionach, i wiem, co myśli. Mimo że na nasz widok pohukują przyjaźnie, machają rękami i błyskają zębami w uśmiechach, ona widzi tylko wiszące na nich ubrania po starszym rodzeństwie i dziurawe buty lub bose stopy, które codziennie przebywają wiele kilometrów w drodze do i ze szkoły. Wie też, że czekają na nie kryte słomą chaty bez kanalizacji i elektryczności. Ja natomiast widzę działające szkoły, długopisy i zeszyty w tornistrach i niemal powszechny system oświaty, dzięki czemu rośnie najlepiej wykształcona młodzież w całej Afryce. Ona porównuje to z Pierwszym Światem, w którym przywileje są traktowane jak należne prawa. ja to porównuję z apokaliptyczną Afryką, gdzie prawa należą się tylko uprzywilejowanym. Po doświadczeniach z wojen w Mozambiku, Angoli, Ugandzie, Somalii i Sudanie Zimbabwe jawi mi się jako afrykańska Szwajcaria."

"Rolnictwo - potężna, rozwijająca się od dziesięcioleci gałąź gospodarki - znalazło się na granicy upadku. Webbowi nie wolno przystąpic do siewów pszenicy ozimej, nie wolno mu nawadniać plantacji soi, nie wolno opuszczać posiadłości bez pozwolenia. Jego robotnicy są wystraszeni i niepewni swojego losu. Okupanci przeważnie chodzą pijani lub naćpani. Bez przerwy się kłócą i co dzień wydają coraz to inne, sprzeczne polecenia. Są jak pasożyty próbujące zniszczyć tkankę, którą sie żywią. Ich postępowanie przywodzi na myśl wszystkie stare kolonialne opowieści o panującym w Afryce chaosie i beznadziei."


Dla chętnych artykuł Wojciecha Jagielskiego w Gazecie Wyborczej.

A książkę po prostu trzeba przeczytać.

poniedziałek, 07 czerwca 2010
Beatyfikacja

Bardzo polecam piękne wspomnienia Danuty Szaflarskiej o ks. Jerzym Popiełuszce w ostatniej Polityce.

Zacytuję tylko dwa fragmenty.

"O spowiedzi u księdza Jerzego opowiedziała mi kiedyś znajoma. W jego mieszkaniu było akurat wiele osób. By móc przyjąć spowiedź, wyszedł więc z nią na podwórze. Po krótkiej chwili przerwał potok jej słów i oznajmił: – Ty mnie nie nudź! Powiedz tylko jedno: czy nienawidzisz? – Tak – przyznała. – To nie mogę dać ci rozgrzeszenia – skwitował."

"Obawiam się, że na obrazach zrobią teraz z niego taką świątobliwą postać. A ja myślę o nim: – Oho, czarna kawa! I uśmiechnięty Jerzy..."

Przeczytane: Aleksandra Marinina "Czarna lista"

- Koniec - westchnęłam z satysfakcją i odłożyłam książkę. Wreszcie mogłam wrócić myślami do domu i rodziny, bo w trakcie czytania z trudem udawało się ze mną porozmawiać.
Bardzo lubię kryminały. Może książek Marininy nie pochłaniam z taką łapczywością jak chociażby Mankella, ale czytam z przyjemnością i akcja wciąga.

Marininę cenię za realizm, za kartofle z kwaśnym mlekiem na kolację, za wysokość pensji, za jazdę metrem, opisy mieszkań i sklepów. Cenię ją za to, że ludzie w jej książkach popełniają błędy. Ulegają słabościom, zdradzają, zazdroszczą, są chciwi, przekupni, żądni władzy i zawistni. Samo życie, chciałoby się powiedzieć.

Tym razem major Anastazja Kamieńska odpoczywa, a głównym bohaterem jest jej kolega, podpułkownik Stasow. Stasow wyjechał na urlop, ale spokojny wypoczynek w nadmorskim kurorcie zakłócają mu popełniane tuz obok morderstwa. Giną gwiazdy rosyjskiego kina. W dodatku niedługo okazuje się, że on i jego bliscy również nie są bezpieczni...

"Czarna lista" to kryminał z wyjątkowo pesymistycznym zakończeniem. U Marininy próżno jest szukać wiary w ludzi i sprawiedliwość. Dominuje poczucie bezsilności wobec tych, którzy łamią prawo, wobec współpracy milicji i władzy z przestępcami. Mam wrażenie, jakby na ostatnich stronach autorka rozłożyła ręce i powiedziała "Nic się z tym nie da zrobić". I dlatego jestem bardzo ciekawa, czy w którejś z późniejszych książek wróci do opisywanego w "Czarnej liście" wątku. Ale na to muszę poczekać, aż kolejne powieści zostaną wydane w Polsce.

piątek, 04 czerwca 2010
Przeczytane: Henning Mankell "Comedia infantil"

- Mozambik? W Afryce. Południowa... Południowo-zachodnia Afryka - odpowiadam po dłuższym zastanowieniu i bez przekonania. I na tym moja wiedza się kończy.

Mój ulubiony autor kryminałów, Henning Mankell, tym razem napisał książkę o Mozambiku. O najmłodszych mieszkańcach tego państwa, którzy padają ofiarą krwawych wojen domowych. Opisał dzieci ulicy, które kradną, żebrzą, a ich jedyną rodziną są kompani z gangu.  

Gdybyśmy faktycznie mieli tyle lat na ile się czujemy, to ciekawe ile lat miałyby tamte dzieci? Jeśli chodzi o doświadczenie życiowe, a dokładniej doświadczanie zła, to z pewnością byłyby staruszkami.

Jak żyć, kiedy jedynym celem jest przeżycie? Jak znaleźć sens swojej egzystencji, kiedy tak naprawdę nie istniejesz? Jeśli znikniesz, nikt nawet o ciebie nie zapyta.
Może dlatego marzeniem każdego ulicznika jest dowód osobisty.

Ktoś musi wziąć na siebie obowiązek opowiadania historii tych dzieci. Musimy się dowiedzieć, musimy przynajmniej mieć świadomość, że żyją gdzieś na drugim końcu świata, a ich los jest tak przerażający, że czasami brak słów by go opisać (co oczywiście nie jest problemem Mankella, który jak zwykle pokazuje klasę).

"Wciąż próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, skąd się bierze ludzkie zło. Dlaczego barbarzyństwo zawsze ma ludzką twarz? Dlaczego czyni je ona tak nieludzkim?"

Na to pytanie pewnie nigdy nie znajdziemy odpowiedzi, ale to nie znaczy, że nie powinniśmy go sobie zadawać.

Przejmująca i wzruszająca książka. Czyta się jednym tchem.

A tak cholerna scena z moździerzem ciągle siedzi mi w głowie.

wtorek, 01 czerwca 2010
Przeczytane: Walter Kirn "W chmurach"

Nareszcie! Udało mi się skończyć!
A już myślałam, że się poddam. Na szczęście książka jest krótka i gdzieś od połowy jedynie prześlizgiwałam się wzrokiem po licznych akapitach.


Podczas czytania cały czas musiałam odganiać myśl, że film może być dużo lepszy (przecież "Juno" była fantastyczna!) i w takim razie po diabła tracę czas.


Największym problemem było to, że książka nie wzbudzała we mnie żadnych emocji. Ani nie polubiłam głównego bohatera, ani też mnie nie zniechęcił, nie znalazłam tam żadnej akcji, która by mnie wciągnęła, a sposób pisania natrętnie kojarzył się z tym rodzajem literatury, której unikam jak ognia czyli z poradnikami motywującymi. Domyślam się, że mógł to być celowy zamiar, w końcu główny bohater właśnie taką książkę pisze i zajmuje się, nazwijmy to, doradztwem zawodowym. Siła rzeczy musiał przesiąknąć charakterystycznym żargonem.

Właściwie nie do końca rozumiem skąd we mnie ta niechęć do książki, bo oceniając na chłodno wszystko jest jak należy. Bohater to oryginał, w jego życiu ciągle coś się zmienia. Są i problemy w pracy i konflikty rodzinne i liczne kobiety. Sceneria też niby w porządku, lotniska, hotele - przecież tam zawsze coś się dzieje. Nawet mania prześladowcza się pojawia.
I co?

I nic, kompletnie nic.


Odniosłam wrażenie, że wszystkie opisane wydarzenia nic nie znaczą. Nie mam żadnych refleksji po lekturze, nic mi się nie kojarzy, po prostu pustka. Oczywiście można to zrzucić na karb mojej ograniczonej inteligencji, ale chyba nie jest to do końca dobre wytłumaczenie.

Myślę, że słowo klucz w tym przypadku to "powierzchowna". Gdybym miała opisać książkę jednym słowem, właśnie tego wyrazu bym użyła i może dlatego tak trudno było mi się nią zainteresować.


A mówiąc bardziej bez ogródek: nudy na pudy. Nie polecam.

15:17, ruda-farbowana
Link Dodaj komentarz »
Z transparentem marsz!

Dorośli wykorzystują dzieci w przeróżny sposób, wyobraźnia niestety nie zna tu granic. Głupota również.
Czasami pod płaszczykiem walki o moralność wmanipulowuje się dzieci w konflikty, które nie powinny być ich udziałem.
Tak właśnie stało się w Rzeszowie, gdzie małoletni maszerowali z transparentami głoszącymi hasła przeciwko in-vitro i aborcji.
A to wszystko w ramach niegroźnego rodzinnego pikniku.

14:53, ruda-farbowana , z prasy
Link Dodaj komentarz »
Tagi