sobota, 25 czerwca 2011
Yousuf Karsh

Ostatnio czytałam trochę o Karshu i natknęłam się na następującą anegdotę.

Otóż pewien piętnastolatek zafascynował się fotografią. Tak bardzo chciał się zająć robieniem zdjęć i tylko tym, że postanowił rzucić szkołę, by nic nie odciągało go od wymarzonego zajęcia. Naturalnie, gdy oznajmił to swojej matce, rozpętało się piekło.
Zdarzyło się niedługo potem, że ów chłopiec i jego matka natknęli się na Karsha w trakcie podróży.
- Idź do niego! - zawołała kobieta - No idź! To przecież twój idol!
Nastolatek, rzecz jasna, nie miał tyle śmiałości, więc poszła sama. Stanęła przed Karshem, podparła się pod boki i zaczęła:
- To przez ciebie mój syn zamierza zrezygnować z nauki!
Po chwili, zorientowawszy się o co chodzi, Karsh poprosił chłopca o rozmowę. I powiedział mu rzecz następującą (cytat niedokładny, z pamięci).

- Teraz masz piętnaście lat, masz aparat i masz oczy. Ale nie widzisz. To normalne, bo masz piętnaście lat.
Ale jeśli nie pójdziesz do szkoły, nigdy nie zaczniesz widzieć, bo na zawsze pozostaniesz piętnastolatkiem. Nie dorośniesz.
Idź do szkoły, potem na studia, poznawaj filozofię, sztukę, muzykę, poezję. I nie przestawaj robić zdjęć.

Wtedy, być może, pewnego dnia zrobisz zdjęcie, które będzie coś warte.
To wcale nie jest takie oczywiste, ale to nieważne, bo już i tak będziesz dojrzałym i wartościowym człowiekiem.

Hemingway

Ernest Hemingway

Humprey Bogart

Audrey Hepburn

Zdjęcia autorstwa Yousufa Karsha pochodzą ze stron Weston Gallery.

sobota, 18 czerwca 2011
Przeczytane: Daniel Pennac "Jak powieść"

Dlaczego lubię czytać?
Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
Czytanie jest dla mnie tak naturalne jak jedzenie i spanie.
I na szczęście wiem doskonale, że nie jestem osamotniona w swoim nałogu. Pamiętam anegdotkę o Słonimskich, którzy pewnego razu znalazłszy się w hotelu, uświadomili sobie ze zgrozą, że nie wzięli nic do czytania.
Zasnąć bez wieczornej lektury? Niepodobna!
W odruchu ostatecznej rozpaczy, Słonimski studiował napis na pudełku od zapałek, a jego żona etykietę na butelce wody mineralnej.

Bardzo dobrze ich rozumiem.

Daniel Pennac pisze raczej o sytuacji przeciwnej - jak to się dzieje, że przestajemy lubić czytanie. Dlaczego dzieci, które przecież z takim nabożeństwem wysłuchiwały wieczornych bajeczek, nagle rzucają książkę w kąt.

Styl książki niespecjalnie mi się podobał, ale tu już wkraczamy w sferę osobistych preferencji, więc nie zamierzam specjalnie krytykować.
Natomiast moją uwagę zwrócił temat, bo jako matka dzieci w wieku przedszkolnym, z których jedno, już widać, że mniej lubi czytać niż drugie, kwestia miłości do książek bardzo mnie zainteresowała.

Najważniejsze zdanie jakie zapadło mi w pamięć to fakt, że czytanie musi być bezinteresowne. Żadnych pytań o zrozumienie tekstu na koniec, żadnych wymagań - czysta przyjemność.

A przy końcu książki zorientowałam się, że dekalog czytelnika podany przez Pennaca nie tylko jest mi doskonale znany, ale stosuję go od niemal trzydziestu lat.

Książki, które lubię, potrafię przeczytać po kilka razy. Teraz już mniej, bo mam mniej czasu i wiem ile innych książek na mnie czeka, ale dawniej wielokrotnie połykałam przygody Tomka Wilmowskiego, zdarzało mi się powtarzać kryminały Agaty Christie, a "Mistrza i Małogrzatę" przeczytałam już pewnie osiem razy.

Notorycznie omijam nudne fragmenty, jedynie prześlizgując się przez nie wzrokiem. Dzięki temu Quo Vadis machnęłam we wczesnej podstawówce, zaraz potem Krzyżaków i uwielbiałam grube tomiszcza pozytywistów (zresztą nadal lubię grube książki, jeśli tylko zawartość mi się podoba). Na szczęście moja polonistka nie robiła sprawdzianów ze znajomości lektur, bo poległabym na pierwszym lepszym pytaniu.

Czytam na wyrywki i byle gdzie.

Zdarza mi się coraz częściej nie kończyć książek.

A szczególnie podoba mi się prawo do czytania byle czego. Poznałam osobę, która czytanie polubiła dzięki jednej z najbardziej krytykowanych książek w dziejach polskiej literatury, a ona właśnie przez ten kicz straszliwy pokochała lekturę. U mnie na półkach pokaźną frakcję stanowią kryminały w towarzystwie romansowych powieścideł. To moje czytadła i mój sposób relaksu.
Wszak, jak powiedział Monteskiusz "Nauka była dla mnie najwspanialszym lekarstwem przeciw przykrościom życia, nie zaznałem bowiem takiego zmartwienia, którego nie uśmierzyłaby godzina lektury". Ja rozszerzam to na czytanie w ogólności, nie tylko naukę.

Zgadzam się z Pennacem, że ludzie mają prawo do nieczytania (chociaż kompletnie nie rozumiem jak można żyć bez czytania, z drugiej jednak strony: ja na przykład nie lubię gier zespołowych). Ale jednocześnie czuję się lepiej w swojej skórze właśnie dzięki książkom. Moja biblioteczka, ta w pokoju i ta w głowie, to dla mnie powód do dumy, chluby i chwały. Uważam, że książki pomogły mi być taką, jaka jestem w tej chwili. Bez nich byłabym inna, nie waham się powiedzieć (z lekkim zadęciem) - uboższa.

Reasumując:
Nie o to chodzi, że jestem lepsza od tych, którzy nie czytają książek.
To ja czuję, że się rozwijam, dlatego że czytam książki.

A teraz kończę, bo zgodnie z tym, co napisał Pennac, zamierzam właśnie dać sobie prawo do wielokrotnego czytania książki. Prawdopodobnie takiej niższych lotów, która wypadnie mi z ręki najdalej przy piątej stronie.

(tu akurat ściemniam dla lepszego efektu, co zgodnie z moją skrupulatną naturą zaraz muszę wyjaśnić, bo tylko raz w życiu zasnęłam przy książce, nieważne jak bardzo jestem zmęczona i tak udaje mi się samodzielnie odłożyć książkę na szafkę nocną).

piątek, 03 czerwca 2011
Przeczytane: Małgorzata Szejnert "Wyspa klucz"

Niby wiedziałam, że Małgorzata Szejnert była szefową działu reportażu Gazety Wyborczej i to ona pod swoimi skrzydłami wychowała wielu autorów, których książki stoją teraz na półkach mojej biblioteczki, ale "Wyspa klucz" to pierwsza przeczytana przeze mnie książka "królowej polskiego reportażu".
Szczerze mówiąc bardzo nie lubię pompatycznych określeń typu "królowa reportażu", ale w przypadku Szejnert jest to po prostu stwierdzenie faktu.

Książka mnie zachwyciła. Wszystkim: stylem, kompozycją, sposobem poprowadzenia tematu, tytułami i pracowitością autorki, która rekonstruuje losy wyspy z precyzją zegarmistrza składając miniaturowe elementy w całość. Każda zębatka to fragment życia człowieka, który w jakiś sposób zetknął się ze stacją na wyspie Ellis.
Ten reportaż to majstersztyk.

Po książkę sięgnęłam jednak nie tylko z powodu autorki, ale także dlatego, że bardzo zaintrygował mnie temat. O istnieniu Ellis Island dowiedziałam się, o ile dobrze pamiętam, dopiero przy książkach Lisy See, amerykańskiej pisarki chińskiego pochodzenia, której przodkowie musieli przejść przez tamtejszą stację, ale dopiero "Wyspa klucz" opowiada całą historię maleńkiego skrawka lądu, który był obowiązkowym przystankiem przed zejściem na ziemię obiecaną.
Co gorsza, wcale nie było pewności, że wędrowcy dotrą do portu przeznaczenia.

Ci, którzy ze wszystkich stron świata zmierzali do Ameryki nie na darmo określani są jako "najodważniejsi ludzie na świecie". Trzeba mieć w sobie duszę śmiałka, by zebrać dziewięcioro dzieci, spakować dobytek w tobół lub walizkę (wspaniały opis sakwojaży!) i wyruszyć przez ocean.
Ellis Island to miniaturowa wyspa, powstała w większości z odpadów, ze wszystkich stron otoczona wodą tak blisko, że cięgle trzeba było kupować nową piłkę, bo stara wpadała do wody. Statua Wolności stoi odwrócona tyłem, a wieżowce Manhattanu są na wyciągnięcie ręki - blisko a jednocześnie tak daleko. Właśnie na Ellis odbywała się selekcja kandydatów na obywateli Stanów Zjednoczonych.

Ostre procedury imigracyjne jasno określały kto jest wystarczająco dobry, by zyskać prawo pobytu w Ameryce, a kto nie. Powody odsyłania do domu były różne, między innymi zdrowotne, ale przy napierającym tłumie było łatwo o pomyłkę, a jeszcze łatwiej o rozdzielanie rodzin (w czasach największego ruchu codziennie przechodziły przez Ellis tysiące ludzi, rekord padł w 17 kwietnia 1907 roku, tego dnia na Ellis przypłynęło 11 747 imigrantów) .

Szejnert bardzo drobiazgowo odtwarza tamte czasy, cytuje listy, pamiętniki, opisuje ubrania, ale książka ma jeszcze jedną istotną zaletę: fotografie. Przepiękne zdjęcia doskonale uzupełniają reportaż i przy ich pomocy nie tylko dokładnie wyobrażamy sobie lata działalności Ellis Island - my się tam przenosimy. Wiemy dokładnie jak wyglądała w roku 1892, gdy stacja na Ellis zaczęła działalność, a jak w 1954, kiedy ją zamykali. Znamy też jej dalsze losy, bo historia Ellis Island trwa do dziś. "Wyspa klucz" jest bowiem dla wielu Amerykanów fragmentem ich rodzinnej historii, którą chcą po latach odtworzyć.

Ocena: 6

Tagi