poniedziałek, 19 lipca 2010
Przeczytane: Wilhelm Dichter "Lekcja angielskiego"

Jak najlepiej poznaje się historię? Oczywiście poprzez losy ludzi w nią uwikłanych. Dlatego wspomnienia Wilhelma Dichtera są pozycją obowiązkową dla tych, którzy interesują się współczesną historią Polski.
Przekleństwo "bodajbyś żył w ciekawych czasach" dotknęło autora książki wyjątkowo mocno. Przeżył II Wojnę Światową (trzeba będzie znaleźć poprzednie tomy wspomnień), potem młodość w powojennej Polsce, aż fala antysemityzmu w latach sześćdziesiątych zmusiła go do emigracji. Trafił do Stanów Zjednoczonych. W powieści opisuje bolesny proces przystosowywania się do nowych realiów.
Już krótki opis na okładce "Wilhelm Dichter jest polskim pisarzem pochodzenia żydowskiego mieszkającym w Stanach Zjednoczonych" wymienia jednym tchem dwie narodowości i dokłada jeszcze dodatkowy kraj zamieszkania. Określenie własnej tożsamości często nie było łatwe.

Moje życie, stanowiące mikroskopijną część historii Polski, zostało od niej odłupane. Skończyły się debilitujące doświadczenia komunizmu, lecz emigracja naruszyła skorupę, w której tkwiłem, i przez świeże pęknięcie wyciekło chore marzenie. Wyszło na jaw, gdy po długim spacerze stanęliśmy pod fontanną di Trevi: docent, krawiec i ja.
- Lepiej nie być Żydem - chlapnąłem.
- No pewnie! - zaśmiał się pan Szpilman.
- To nie jest takie trudne - spojrzałem na nich spode łba.
- Chce pan udawać? - przybladł krawiecc.
- To moja przeszłość. Mogę z nią zrobić, co chcę.
- Na Boga! - nasunął kaszkiet na oczy.
- Żartuję - skłamałem.


Dla mnie fascynujące były też zapiski dotyczące pracy bohatera. To w jaki sposób rozumiał matematykę i w jaki sposób rozwiązywał problemy dotyczące skomplikowanych matematyczno-fizycznych zagadnień (balistyka). Jak rodziły się w jego głowie nowe pomysły i jak bardzo angażowała go praca umysłowa. Otrzymujemy fascynujący opis działania ludzkiego umysłu.

Nie było to łatwe. Pracowałem w biurze, w domu i na zakupach. W nocy śniły mi się rozwiązania i zaraz po obudzeniu sprawdzałem rozwiewające się aksjomaty i dowody. Nie odczuwałem rozczarowania. Nie bałem się klapy. Jeśli nie mogłem sobie z czymś poradzić, wkładałem zapisaną kartke do szuflady i co kilka godzin wyciągałem ją, i próbowałem jeszcze raz. Aż pewnego dnia poczułem znajomy dreszcz i zrozumiałem, że jestem blisko końca. Dalej jednak ściskałem w ręce ołówek i - jak Długowski - szukałem błędu.

Tagi