piątek, 19 sierpnia 2011
Przeczytane: Marian Walentynowicz "Wojna bez patosu"

Podtytuł książki brzmi "Z notatnika i szkicownika korespondenta wojennego" i faktycznie, obok mnie leży wspaniale ilustrowany pamiętnik z czasów II Wojny Światowej. Od razu zwrócił moją uwagę, gdy przegrzebywałam stosy książek w antykwariacie, ale nie mogłam się zdecydować. Miałam już przecież kilka innych tomów odłożonych do zakupu.

Na szczęście przekonała mnie właścicielka.
- Przecież to Walentynowicz! - powiedziała - Bardzo dobra książka - dodała z przekonaniem.
I to przesądziło sprawę.
Na szczęście.

Patrzyłam na ilustracje i wiedziałam, że skądś znam tę kreskę. Wystarczył jeden wpis w google, a potem krótka inspekcja domowej biblioteczki i wszystko stało się jasne. Rysunki Mariana Walentynowicza znam od jakichś trzydziestu lat, widywałam je w komiksach i na kliszach wyświetlanych z zielonego rzutnika "Ania". Małpka Fiki-Miki i Koziołek Matołek właśnie jemu zawdzięczają swój wygląd.
Tym chętniej zabrałam się do lektury.

Pamiętnik Walentynowicza to bardzo subiektywny zapis jego losów podczas wojny. Opowiada tylko o swoim wycinku świata, nie przeprowadza ogólnych analiz, ale daje świadectwo temu, co go bezpośrednio otaczało. Pisze o polskich oddziałach we Francji i Wielkiej Brytanii, o bombardowaniach Londynu czy też o swoich losach jako korespondenta wojennego przy 1. Dywizji Pancernej generała Maczka. Niektórych ocenia surowo, w szczególności mierzi go atmosfera w Hotelu Rubens w Londynie, gdzie mieściła się siedziba Sztabu Naczelnego Wodza i premiera Rzeczpospolitej Polskiej, czemu niejednokrotnie daje wyraz. Na przykład w ten sposób:

W "Rubensie" jakby się nie orientowano, że coraz to bliższa jest chwila, gdy jego istnienie stanie się niepotrzebne, gdy wszyscy ministrowie, wiceministrowie, zastępcy ministrów, pierwsi, drudzy czy nie wiem już którzy generałowie do specjalnych zleceń przestaną być kimś. Tworzyły się ciągle jakieś koterie, kliki, grupy i grupki, prowadziło się śmieszne intrygi i intryżki przeróżnego rodzaju i charakteru.
Ja, chwała Bogu, nie rozumiem nic z tego i nic to mnie nie obchodzi (...).

Tytuł książki idealnie do niej pasuje. Faktycznie, Walentynowicz opisuje wojnę nie tylko bez patosu, ale czasem wręcz beznamiętnie. Nie epatuje emocjami, trzyma się faktów, nawet jeśli dotyczą tragicznych wydarzeń. Odnoszę wrażenie, że roztkliwianie się nie leżało w jego naturze.

"Wojna bez patosu" to fascynujący sposób na poznanie naszej historii poprzez losy jednego człowieka. Warto przeczytać.

czwartek, 18 sierpnia 2011
Jeanne Hebuterne (i przeczytana biografia Modiglianiego)

Podobno wcale nie była pięknością. Wszyscy podziwiali tylko jej włosy, które niczym królewski płaszcz okrywały ramiona i plecy. Ale ja, gdy patrzę na zdjęcie, widzę delikatność i spokój. To dziwne, bo czego jak czego, ale w ostatnich lata życia spokoju nie zaznała zbyt wiele.

Zdjęcie pochodzi z tej strony.

Nie ma o niej zbyt wiele informacji. Świadkowie zgodnie twierdzą, że była nieśmiała, jednak aż trudno w to uwierzyć, gdy napotykamy zdecydowane i mocne spojrzenie z fotografii. Zresztą, czy nieśmiała dziewczyna porzuciłaby tradycyjną katolicką rodzinę i zamieszkała z cieszącym się złą sławą malarzem? Amedeo Modigliani był alkoholikiem, narkomanem, kobieciarzem i na dodatek włoskim Żydem – jej rodzice byli przekonani, że to prawdziwy dopust Boży.

Jeanne Hebuterne była partnerką Modiglianiego aż do tragicznego końca, najpierw jego, a potem jej.

Kobiety ścieliły się u stóp Modiglianiego. Nie ma się co dziwić, Dedo był niezwykle przystojny. Uosabiał połączenie delikatnej chłopięcości i twardego, męskiego uroku. Mocno zarysowana szczęka, piwne oczy, smagła cera i gęsta ciemna czupryna – z takim wyglądem przyciągał kobiety jak magnes.

Szkoda tylko, że tyle pił.

Pił bez zahamowań i bez granic. Kiedy inni celebrowali powoli dolewając do absyntu wodę przez dziurawą łyżeczkę napełnioną cukrem, co przy okazji łagodziło smak piołunówki, Dedo wychylał jeden kieliszek za drugim bez żadnych ceregieli.

Jeanne Hebuterne poznał w momencie, gdy gruźlica była już bardzo zaawansowana. Kaszlał i pluł krwią. Żyłby pewnie dłużej, gdyby nie tryb życia, który prowadził: alkohol i narkotyki, brak jedzenia i fatalne warunki życia. W jednym z budynków, w których mieszkał, dziury w murach były takie, że wpadały przez nie promienie słońca – lodowate przeciągi z pewnością nie poprawiały jego stanu zdrowia.  

To wszystko nie zniechęciło młodziutkiej malarki (Hebuterne bowiem też zajmowała się sztuką i z pewnością była w tym kierunku utalentowana). Jednak my znamy ją głównie z przepięknych portretów autorstwa Modiglianiego. Kiedy patrzy się na jej wizerunek stworzony przez Amedeo, wygląda jak skończona piękność. Jest w tych obrazach tyle ciepła i miłości, że aż trudno uwierzyć, żeby Dedo nie słał jej życia różami.

Zdjęcia ze stron Wikipedii.

Faktycznie, bardzo ją kochał, niemniej swojego zachowania nie zmienił ani na jotę.

Może czasem bardziej się starał, tak jak wtedy, gdy urodziła się córeczka i wniebowzięty ojciec przez chwilę ograniczył picie. Ale to trwało tylko moment i Modigliani wkrótce wrócił do dawnego trybu życia, gdy nie dbał o nikogo, także o siebie.

O lekarzach nawet nie chciał słuchać. I wreszcie wycieńczone ciało odmówiło posłuszeństwa. Przewożą go do szpitala Miłosierdzia, gdzie znajdują pomoc najubożsi. Umiera po kilku dniach nie odzyskawszy przytomności 24 stycznia 1920 roku. Następnej nocy Jeanne Hebuterne, która jest w ostatnim miesiącu ciąży, wyskakuje z okna na piątym piętrze i ginie na miejscu.

To tylko wycinek z fascynującej i tragiczneg historii życia jednego z najsłynniejszych malarzy XX wieku. Kto chce się dowiedzieć więcej, temu polecam książkę Corrado Augiasa „Skrzydlaty wędrowiec”. Doskonała lektura.

piątek, 12 sierpnia 2011
Przeczytane: Rafał Tomański "Tatami kontra krzesła"

Książki o Japonii często są dla mnie trudne do zniesienia. Cóż bowiem łatwiejszego niż pisać o tych cudacznych skośnookich, podkreślając ich dziwactwa.

Tu dygresja: już nie raz zdarzyło się, że czytając wynurzenia ludzi piszących o narodowościach innych niż ich własna, napotykam ton wyższości, który mnie irytuje (moje jest przecież zawsze lepsze niż obce, ale to akurat wynika z natury ludzkiej, więc nie ma się co dziwić).

Wracając jednak do Japończyków: bardzo łatwo jest przyciągnąć uwagę czytelników opisując egzotyczne z naszego punktu widzenia zachowania, ale mało kto ma ochotę naprawdę zrozumieć Japończyków. I dlatego właśnie warto przeczytać książkę Rafała Tomańskiego "Tatami kontra krzesła". Autor nie tylko opisuje rzeczywistość w Kraju Kwitnącej Wiśni, ale stara się wyjaśnić przyczyny postępowania Japończyków. A że jest przy okazji japonistą, to ma ku temu całkiem solidne podstawy.

Rozdziały są krótkie, to nie są naukowe elaboraty, ale przystępnie i prosto podane fakty. Być może nie każdemu odpowiada styl książki, ale ja czytałam z przyjemnością i, co najważniejsze, z zainteresowaniem. Jeśli ktoś chce poznać choć trochę Japonię, po prostu powinien sięgnąć po tę książkę.

Teraz już mniej dziwi mnie idiotyczna reklama jogurtu z Seanem Connerym, wiem co to jest "pachinko" i że za pomocą automatów można sprzedawać naprawdę wszystko. Pod warunkiem, że akurat działają.

A czy wiedzieliście, że książki można też pisać na komórkach?

Kończę. Sprawdzę, czy nie mam przypadkiem płyty z filmem "Między słowami".

Tagi