wtorek, 26 października 2010
Kto wymyślił pantalony i czemu występuje teraz w telewizji

Z racji zainteresowań zdarza mi się oglądać różne programy kulinarne. A może inaczej: uwielbiam dobre programy kulinarne, w których prawdziwi mistrzowie patelni przygotowują smakowite cuda. Czasami jednak trafiam i na inne produkcje, raczej luźno związane z kuchnią.
Obejrzałam bowiem program "Ugotowani" i pierwsze pytanie jakie mi się nasunęło brzmi: jakim cudem w kulinarnym, jak by nie było, programie biorą udział ludzie, którzy nie lubią jeść? Ja się nawet nie czepiam tego jak gotują, zresztą niektórzy robili to całkiem porządnie.
(Niech mi ktoś wytłumaczy jakim cudem pewien człowiek robił tam swoje pierwsze w życiu naleśniki pod okiem kamery dla zaproszonych gości? Nie wydaje mi się, żeby zdecydował się na to z własnej woli.)
Ale naprawdę bez sensu jest zapraszanie do show kogoś, kogo jedzenie po prostu nie cieszy. To tak, jakby do oceniania konkursu pianistycznego zatrudnić głuchego.


Myślę, że przy okazji warto zacytować nieocenionego Anthelme Brillat-Savarina, który jasno wypowiada się na temat ludzi obojętnych rozkoszom stołu.
"Ci, na odwrót, którym natura odmówiła zdolności smakowych, mają twarz, oczy i nos długie; jakiegokolwiek będą wzrostu, w ich postaci jest coś wydłużonego. Włosy mają czarne i gładkie i przede wszystkim brak im tuszy: to oni wymyślili obcisłe pantalony.
Kobiety w tym samym względzie upośledzone przez naturę, są kanciaste, nudzą się przy stole i żyją tylko bostonem i obmową."

Otóż to! Cokolwiek boston oznacza.
Ktoś wie? Bo ja nie mam pojęcia.

Przeczytane: Boris Reitschuster "Ruski ekstrem"

Czytam sobie o "Ruski ekstrem" czyli opowieść o Rosji widzianej oczami Niemca. Boris Reitschuster to dziennikarz, który urodził się w Niemczech, ale od wielu lat mieszka w Moskwie. Kupiłam więc prędko książkę i z zapałem zabrałam się do lektury czekając na prawdziwą ucztę.
I pojawił się problem. Z jednej strony mi się podoba. Niby jak mają się nie podobać prześmiewcze reportaże wyszydzające rosyjskie przywary. Zwłaszcza, że podtytuł książki brzmi "Jak nauczyłem się kochać Moskwę", a autor wyraźnie podkreśla swoje uczucia do kraju, w którym przyszło mu mieszkać.
I tu właśnie mi coś zgrzyta.
Autor niby jest taki zakochany w Rosji i jej mieszkańcach, ale w książce wcale tego zbytnio nie widać. Widać za to przybysza z lepszego kraju, który z pobłażliwością patrzy na Rosjan i opisuje ich dzikie zwyczaje, które w cywilizowanych krajach demokracji zachodnich są nie do pomyślenia.

Nie powinnam nawet porównywać go do Hugo-Badera, bo według mnie to zupełnie inna klasa. Reportaże Hugo-Badera dotykają trudnych tematów i nie pozwalają o sobie zapomnieć, tymczasem teksty Reischustera to pokazywanie tylko jednej strony medalu. To niby pomaga, żeby reportaż był bardziej chwytliwy, ale naprawdę trudno uwierzyć, że sytuacja wygląda aż tak źle. I nie wiem w końcu, czy to co czytam, to pastisz, czy odbicie rzeczywistości.
A może po prostu ogarnia mnie zgroza, że to co pisze Boris Reitschuster jest prawdą? Może od razu przekładam to sobie na opowieści obcokrajowców o Polsce, kraju, w którym żyją białe niedźwiedzie i wkurzam się, że ktoś mógłby tak samo pisać właśnie o Polsce?

Wrócę jednak do Hugo-Badera, który przyszedł mi do głowy nie bez powodu. Hugo-Bader nie musi pisać o tym, jak kocha Rosjan. To widać. Co prawda reporter nie musi lubić swoich rozmówców (to może być trudne, zwłaszcza w polityce), ale kiedy Hugo-Bader opisuje, że pił wódkę z Rosjanami, to wiem, że sympatia była po obydwu stronach, natomiast w przypadku Reitschustera nie mogę się oprzeć uczuciu pewnej wyższości oświeconego Niemca nad prostaczkami Rosjanami.
Pewnie jestem niesprawiedliwa, wiem, ale każdy odbiera książkę po swojemu.
Bo przecież we wstępie autor pisze tak:
Wspaniali Rosjanie (...) pokazali mi jak traktować przeciwności losu ze spokojem i humorem, jak nauczyć się ruskiego ekstremu i ruski ekstrem przeżyć. Śmiać się, a nie zrzędzić. Robić kawały, a nie narzekać. Zamrugać, a nie unosić palec wskazujący. Rzeczywistość przemieniać w absurd, a nie w nią wątpić. Zrezygnować z rzeczy wielkich, a cieszyć się z małych. To są umiejętności, które nas, Niemców, opuściły i które powinniśmy natychmiast przejąć od Rosjan. Uczyć się Rosji to uczyć się spokoju ducha.

No właśnie, może to takie literackie, rosyjskie "Alternatywy 4"? Poczucie humoru zawsze było najważniejsze w trudnych sytuacjach. Co prawda nie zaśmiewałam się jakoś specjalnie przy lekturze, ale owszem, zdarzyło mi się.
A może ja po prostu nie lubię tego rodzaju książek.

Dobrze, koniec z minusami. Zawsze wygodniej mi się czepia, nawet jeśli coś mi się całkiem podoba.
Plusy są takie, że czasami jest dowcipnie, czasem przerażająco, a w większości przypadków ciekawie. Rosja coraz bardziej mnie fascynuje i każde spojrzenie na nią jest interesujące. Poza tym jeśli w końcu tam pojadę, to nauczę się niektórych ustępów na pamięć, chociażby o mafii taksówkowej na lotnisku i trudnym życiu pieszego w Moskwie. Bo jedno wiem na pewno - Boris Reitschuster mieszka w Rosji i wie o czym pisze. Zmagania z absurdami życia codziennego (tytułowy "ruski ekstrem") wytresowały go i stał się niemal Rosjaninem. Niemal, bo nadal ciągle odwołuje się do niemieckich przykładów i nie przestaje się dziwić. A ja razem z nim.

Przeczytane: Małgorzata Musierowicz - Jeżycjada

W ramach opanowywania nadchodzącej depresji urodzinowej naszła mnie ostatnio chęć na czytanie Jeżycjady. Nie będę tu recenzować żadnej z książek Małgorzaty Musierowicz, bo na ten temat napisano już chyba wszystko, ale dla mnie to przypomnienie lektur wieku dojrzewania było bardzo interesującym doświadczeniem.
Nadal bardzo sobie cenię wizję świata przedstawioną w poznańskim cyklu. Myślę, że powinna to być lektura obowiązkowa dla wszystkich nastolatków. Stanowi coś w rodzaju oddechu dla zmęczonych otaczającym nas brudem i hałasem, mówi o tym, że ważna jest przyzwoitość, empatia i prawda. Jednakże wiele lat temu wręcz wierzyłam, że bohaterowie Jeżycjady faktycznie są realni, że można ich spotkać tu i teraz, że gdzieś w kamienicach, blokowiskach czy domkach jednorodzinnych żyją sobie rodziny Borejków czy Żaków.
Czytałam ponownie kolejne tomy by ze smutkiem skonstatować, że jestem całkowicie i nieodwołalnie dorosła. Na szczęście nie stałam się na tyle cyniczna, by całkowicie negować wartości cenione przez sympatycznych poznaniaków, ale też zniknął młodzieńczy idealizm i naiwność. Czytałam z uśmiechem i sympatią, ale też z dystansem. Kiedyś założenie grupy ESD wydawało mi się najnaturalniejszym pomysłem na świecie, teraz jedynie tematem na anegdotkę.
Chociaż dobrze by było, gdybyśmy byli właśnie tacy.
Ale to co dobrze sprawdza się w literaturze, niekoniecznie ma miejsce w życiu.

środa, 13 października 2010
Mały Powstaniec

Doskonale pamiętam moment, gdy prawie rok temu stanęłam po raz pierwszy przed pomnikiem Małego Powstańca w Warszawie.

Czułam bunt i niezrozumienie. To malutkie dziecko w za dużym hełmie i z bronią w ręku było dla mnie symbolem najstraszniejszych rzeczy do jakich zdolna jest ludzkość. Wiedziałam, że nie wyrażam na to zgody. Jako matka, to oczywiste, sama myśl o tym, że którekolwiek z moich dzieci byłoby zmuszone do takich działań była przerażająca, ale przede wszystkim nie zgadzałam się na to jako człowiek. Nie wyobrażam sobie posyłania dzieci do walki. Moich dzieci, sąsiadów, czyichkolwiek. Lata karmienia mnie patriotycznymi czytankami, w których matki wyprawiały synów na powstania – a w naszej historii wiele było takich przypadków – nagle wydały mi się po prostu głupotą. Nie mieści mi się w głowie rodzic, który skazuje swoje dziecko na śmierć.

Wiem, wiem, łatwo mi to mówić, żyjemy w czasie pokoju i prosperity. Co ja tam wiem o tamtych czasach.

Ale nawet jeśli nic nie wiem o tym co było, to są starsi ode mnie, którzy myślą podobnie. I, tak jak Marek Kondrat w ostatniej Polityce, obnażają naszą hipokryzję.

Cytuję pana Kondrata: „Zajęło mi parędziesiąt lat, by to sobie uświadomić: gdy dziś widzę w telewizji jakieś afrykańskie małe dziecko z karabinem na szyi, to myślę sobie: cóż za zbrodniarz mu ten karabin założył. A myśmy takiemu dziecku postawili pomnik.”

 

Nie rozumiem patriotyzmu, który gloryfikuje wysyłanie dzieci na pewną śmierć.

Tagi