piątek, 28 października 2011
Przeczytane: Lucyna Legut "Romans kuchenny"

Na tę książkę trzeba popatrzeć w dwojaki sposób.

Jako książka kucharska - idealny poradnik dla początkujących w tej dziedzinie. Wszystko podane jak na tacy, a klasyczny dobór potraw sprawia, że każdy może je ugotować i to bez trawy cytrynowej oraz świeżych owoców morza. Nigdy nie robiliście gołąbków, zrazów czy rosołu? Pani Legut poprowadzi Was za rączkę i wszystko pokaże palcem jak ostatniej łamadze. Naprawdę polecam tym, którzy nie zdążyli się jeszcze nauczyć gotować. A ci, którzy umieją, może znajdą jakieś sztuczki, które jak dotąd im umknęły.

Jako romans - bardzo średnia. Głównie dlatego, że mnie śmieszą zupełnie inne żarty, a te, chociaż sympatyczne, były odrobinę zbyt oklepane. Ale też przyznam szczerze, że cały ów romans dla mnie był tylko przyjemnym dodatkiem do książki kucharskiej. Ciekawym i pełnym uroku, to prawda, ale nie porywającym.

Ocena:

książka kucharska, szczególnie pod względem merytorycznym: 5

romans: 2

Przeczytane: George Eliot "Miasteczko Middlemarch", t.1

Od samego początku zauroczył mnie klimat, prowincjonalna Anglia XIX wieku czaruje czytelnika swoją atmosferą. Bohaterów jest cały tłum, każdy sportretowany tak realistycznie, że wydają się jak żywi. Najbardziej jednak zafascynowała mnie aktualność "Miasteczka Middlemarch". Autorka z niezwykłą przenikliwością obserwuje naturę ludzką i opisuje to w prawdziwie mistrzowski sposób.

Co prawda pewna rozwlekłość stylu sprawiła, że po pierwszych pięćdziesięciu czy stu stronach poważnie zastanawiałam się, czy uda mi się dotrzeć do końca, a jednak z czasem wciągnęła mnie codzienność mieszkańców Middlemarch i ich problemy. A poza tym, pomijając przeróżne, z mojego punktu widzenia, dłużyzny (zresztą wcale nie takie najgorsze, znam mnóstwo współczesnych pisarzy, którzy powinni skrócić swoje powieści nawet o połowę), książka Elliot to kopalnia wspaniałych cytatów. Co prawda zanim skrzętnie je wynotowałam z przeczytanego pierwszego tomu, zdążyłam go już oddać do biblioteki (i wziąć drugi), ale coś udało mi się przepisać. Oto złota myśl jednego z bohaterów powieści, mężczyzny rzecz jasna:

Umysł męski - jakikolwiek by był - posiada zawsze tę wyższość, że jest męski, podobnie jak najmniejsza brzoza jest drzewem wyższego gatunku niż strzelista palma, a więc nawet jego niewiedza odznacza się lepszą jakością.

Prawda, jak to sobie logicznie wytłumaczył?

A teraz zabieram się za drugi tom, zwłaszcza że właśnie skończyłam "Niewidocznych Akademików" Pratchetta.

środa, 19 października 2011
Przeczytane (fragmentarycznie): Isadora Duncan "Moje życie"

Pierwszy raz usłyszałam o niej czytając, jak zginęła.

I naprawdę nie ma w tym nic dziwnego. Co prawda pewnie znalazłoby się więcej osób uduszonych własnym szalikiem, ale nie sądzę by jeszcze komuś ów szalik wplątał się w koła samochodu.
Tak właśnie zginęła Isadora Duncan. Pewnego jesiennego dnia, gdy jechała swym Bugatti uliczkami Nicei, a wiatr rozwiewał jej ciemne włosy, pęd powietrza rozplątał długi szal udrapowany wokół szyi tancerki. Nieszczęśliwym trafem koniec materiału sięgnął tylnych kół auta. Wystarczyło jedno potężne szarpnięcie, by kręgosłup Isadory złamał się jak zapałka.

A przecież to zupełnie bez sensu by poznawać tę pełną życia kobietę przez historię jej śmierci.

Isadora Duncan była niezmordowana we wszystkim co robiła. Pełna pasji, energii i sił witalnych pruła przez życie niczym lodołamacz. Realizowała swoje plany z żelazną wytrwałością. Oczywiście przeżywała chwile załamania, a silne uczucia, które nią targały (tu bardzo na miejscu jest określenie "wichry namiętności") wpływały bezpośrednio nawet na jej zdrowie. Niczym bohaterka pensjonarskich powieści o miłości, rozstanie z pierwszym kochankiem przypłaca chorobą.

Ratunkiem jak zwykle jest taniec.

Kiedy czyta się wynurzenia Isadory Duncan na temat jej pojmowania sztuki, trudno opędzić się od przymiotnika "egzaltowana" czy "afektowana". Z drugiej jednak strony w tym kryła się jej siła, naprawdę odczuwała muzykę i taniec całą swoją osobą. Jej występy nie miały nic wspólnego z marionetkowymi przedstawieniami, taniec płynął prosto z serca. Pisze nawet o tym dokładniej w swoim pamiętniku w następujący sposób:

(...) szukałam źródła duchowego wyrazu, który by przepływał przez kanały ciała, wypełniając je wibrującym światłem, jako siła odśrodkowa, oddająca wizję duchową. Po wielu miesiącach, nauczywszy się skupiać całą swą siłę w tym jednym ośrodku, odkryłam, że gdy słucham muzyki, jej promieniowanie i wibracja spływają do tego jedynego źródła światła w moim wnętrzu - odbijają się w duchowej wizji, nie w zwierciadle umysłu, lecz duszy - i że na podstawie tej wizji potrafię oddać je w tańcu.

I tu dochodzę wreszcie do sedna problemu, jaki mam z tą książką: przecież to się w ogóle kupy nie trzyma. Wibrujące światło jako siła odśrodkowa? Jak w ogóle można mówić w ten sposób? Zawsze mnie intrygowała umiejętność klepania bzdur tak, by wyglądało to jak inteligentna mowa uduchowionej istoty, ale może dlatego nie jestem artystką w żadnej dziedzinie.
A może po prostu (i ku temu wyjaśnieniu skłaniam się najchętniej), Isadora była fantastyczną tancerką, ale beznadziejną pisarką. Przedzieranie się przez jej przemyślenia naprawdę jest ponad moje siły, więc nawet nie mam zamiaru kończyć książki. Niemniej te obszerne fragmenty, które przeczytałam trochę mi przybliżyły sylwetkę Isadory Duncan. Ta kobieta była zjawiskiem w swoich czasach, artystką w każdym calu i nieustraszoną prekursorką. No bo kto to słyszał, żeby tańczyć boso, w tunice i z rozpuszczonymi włosami! Skandal! Duncan odrzuciła klasyczny balet, jej taniec stał się podstawą zupełnie nowego stylu, który do dziś święci triumfy. Widzowie You Can Dance oglądając występy modern, mogą nie wiedzieć, że ten styl zawdzięcza swoje początki właśnie Isadorze.

Jednym słowem: nie jestem w stanie tego przeczytać w całości, ale zaintrygowała mnie postać Isadory i jestem zadowolona, że udało mi się o niej czegoś dowiedzieć.

poniedziałek, 10 października 2011
Przeczytane: Zadie Smith "Jak zmieniałam zdanie"

"Białe zęby" zrobiły na mnie jak najlepsze wrażenie. Co prawda miałam pewne problemy w przebrnięciu przez tę cegłę (problemy dotąd niezidentyfikowane, bo nadlj nie jestem w stanie do niczego się doczepić, a jednak czytało mi się wolno), ale z radością dołączyłam do grona pochlebców i kiedy w bibliotece na półce zobaczyłam "Jak zmieniałam zdania" czyli zbiór artykułów i esejów Zadie Smith, bez namysłu wyciągnęłam rękę.

Jak się okazało: słusznie.

Przyznam się tu od razu, że nie jestem szczególnie zdyscyplinowana i daję sobie prawo do nieczytania, więc pominęłam niektóre rozważania o literaturze angielskiej. Mimo najlepszych chęci nie jestem w stanie przez nie przebrnąć, zaawansowane wywody na ten temat wybaczam jedynie Anne Fadiman, a i to z trudem. Za to z prawdziwą przyjemnością czytałam wszystkie recenzje kinowe. Zadie Smith nie należy do osób, które potulnie przyklaskują tylko dlatego, że coś się dobrze sprzedaje, albo że występują uznani aktorzy. Rąbie prawdą między oczy i nie przebiera w słowach krytyki (w znaczeniu: jest sroga, a nie że używa inwektyw; Smith pisze zbyt dobrze, żeby musieć się posługiwać takimi środkami stylistycznymi). Dobrze się czyta recenzje inteligentnej erudytki, która z łatwością znajduje różnorodne nawiązania i snuje własne refleksje związane z obejrzanymi filmami, ale najważniejszy dla  mnie jest fakt, że pisze z sercem. Miłość autorki do filmów i aktorów widać wyraźnie, a ja cenię ludzi z pasją.
Co ciekawe, sama Smith we wstępie do tej części książki pisze następujące słowa:

Przez jeden sezon pisałam recenzje filmowe. (...) Czasami, jeżeli było miejsce, mogłam upchnąć recenzje jeszcze jednego tytułu. Nie ma tu nic wyszukanego, nie ma filmów artystycznych ani zagranicznych, jest tylko jeden dokument. Chciałabym, żeby chociaż częściowo tłumaczyło to entuzjazm, którego dowody znajdują się poniżej, ale chyba nie tłumaczy.

A mi się właśnie ten entuzjazm podoba.

Podoba mi się także przewrotność. Takiej relacji z gali rozdania Oscarów, w której nie pada ani jedno nazwisko gwiazdy, nie znajdziecie nigdzie indziej.
Zadie Smith ciepło i z poczuciem humoru piszę o rodzinie i o swoim dojrzewaniu. O szczególnej roli komedii w ich życiu i o doświadczeniach wojennych swojego ojca. Cenię ją za otwartość, nie za ekshibicjonizm, ale szczerość w opowiadaniu o uczuciach.

Zaintrygowała mnie też autoironia w reportażu z Liberii. We wszelkich reportażach z trzeciego świata bardzo łatwo jest epatować skrajną biedą, czytelnik i tak zawsze jest pod wrażeniem. Natomiast rzadko autor podkreśla (nawet jeśli widzi) niezręczność swojej obecności w opisywanym miejscu. Zadie Smith wie jak bardzo tam nie pasuje i nie waha się nam tego uzmysłowić, żebyśmy przypadkiem nie wbijali się w pychę wspaniałego białego człowieka, który pomaga nieszczęśnikom. Zwłaszcza w sytuacji, gdy prawie wszystkie dochody z bogactw naturalnych Liberii idą w ręce zachodnich koncernów oraz gdy wspomni się niewolniczą pracę przy zbieraniu kauczuku.
Dygresja: nowa książka Llosy "Marzenie Celta" bardzo mnie zaintrygowała i z chęcią poczytałabym o Rogerze Casemencie.

A na koniec zostawiłam prawdziwy cymes, czyli rozdział "Sztuczki warsztatowe". Uwielbiam czytać o tym jak inni piszą!

Jestem już po lekturze i szanse na to, że przy najbliższej okazji przeczytam wreszcie "O pięknie" wyraźnie wzrosły. A jeszcze chętniej umówiłabym się z Zadie Smith na bardzo długą kawę. Skoro jednak chwilowo nie jest to możliwe, to przecież mogę się trochę przygotować do takiej rozmowy. Wypożyczyłam więc "Miasteczko Middlemarch" i natychmiast wsiąkłam.

Moja ocena: 4+

sobota, 01 października 2011
Obejrzane: "O północy w Paryżu"

Allen wyraźnie złagodniał. Nie ma pieprznych dialogów, nie ma rozważań o sensie życia. Brak nerwowego głównego bohatera, najlepiej skłóconego z całym światem (Larry David był po prostu genialny w "Co nas kręci, co nas podnieca"!). Nic z tego.

Tym razem bez żadnych obaw film mogą oglądać nawet najbardziej wstydliwe pensjonarki.

Ale w żaden sposób nie umniejsza to jego jakości. Allen, jak by się nie zabrał do dzieła, z pewnością zapewnia doskonałą rozrywkę. Dialogi są zabawne i błyskotliwe, a historię, choć niesamowita, ogląda się zupełnie naturalnie.


Niespełniony pisarz Gil Pener przenosi się z roku 2010 w lata dwudzieste. Tylko na kilka nocy, ale za to Gil wkracza w świat paryskiej bohemy. Zakochany w tym mieście Amerykanin nagle staje oko w oko ze Scottem Fizgeraldem, Picassem, Getrudą Stein czy Hemingwayem. Naturalnie pojawia się i piękna kobieta, pytanie tylko czy związek może przetrwać TAKĄ próbę czasu? Zresztą nasz pisarz jest już zaręczony, co prawda kilkadziesiąt lat później, ale fakt pozostaje faktem.

Bawiło mnie pewne przerysowanie w przedstawianiu bohaterów. Można poczuć prawdziwe dreszcze, gdy chmurny i niepokorny Ernest Hemingway wygłasza (bo nie mówi) swoje kwestie (swoją drogą: chyba dopiero na podstawie kilku scen z tego filmu zrozumiałam wreszcie na czym polegał fenomen Papy Hemingweya). Gertruda Stein jest pewna siebie, autorytarna nawet i rozsądza wszelkie spory niczym Salomon. Pojawia się też chuda i sprawiająca niesympatyczne wrażenie Alicja B. Toklas, poważny Man Ray i szalony Salvador Dali - ja też chcę ich poznać!
W ogóle postaci drugoplanowe to majstersztyk, chociażby taka Mimi Kennedy jako matka narzeczonej Gila. "Cheap is cheap" powtarza z pełną wyższości miną oglądając krzesła za 18 tysięcy euro.

Rachel McAdams jako Inez, narzeczona Gila jest cudownie odarta ze wszelkiego romantyzmu, snobistyczna i egoistyczna, a Marion Cotillard jako Adriana czyli muza i kochanka z dawnych lat po prostu zachwyca.

Jedyny minus jaki przychodzi mi do głowy, to odtwórca głównej roli. Oczywiście nikt nie jest winny swojej fizjonomii, ale skrzywienie ust, a także sposób mówienia Owena Wilsona nieco mnie drażniły. O ile w przypadku Allena i jego magnetycznego wpływu na płeć piękną, od razu było wiadomo, że lecą na jego intelekt, o tyle Wilson bynajmniej mnie nie przekonał jako mężczyzna, który w jakikolwiek sposób oddziałuje na kobiety.
Jest w nim jakaś fajtłapowatość, miękkość i rozlazłość, ale bez wdzięku neurotycznego intelektualisty, który cechował bohaterów granych przez Allena.
 
Ale poza tym wszystko w jak najlepszym porządku. Byłam w kinie na uroczej, inteligentnej, pełnej ciepła i magiczności komedii rozgrywającej się w realiach wspaniałego Paryża lat dwudziestych. Czegóż można chcieć więcej?

Tagi