piątek, 13 stycznia 2012
Przeczytane: notka zbiorcza

"Panowie i damy" Pratchetta
Jak zawsze Pratchetta czytam z przyjemnością i teraz przebieram nogami, żeby iść do biblioteki i ponownie wypożyczyć pierwsze powieści o czarownicach. Co prawda wśród barwnych postaci Pratchetta zaraz po babci Weatherwax (nie wydaje mi się, żeby Babcia mogła być na jakimkolwiek innym miejscu niż pierwsze) moim ulubieńcem jest Sam Vimes, ale to czarownice najbardziej przyciągają moją uwagę.
"Panowie i damy" są rewelacyjne.

Eduardo Mendoza "Mauricio, czyli wybory"
Lubię Mendozę, chociaż nieprzesadnie. Śmieszy mnie, ale są tacy, którzy śmieszą mnie bardziej. Niemniej "Przygody fryzjera damskiego" czytałam z olbrzymią przyjemnością i pewnie chętnie do nich kiedyś wrócę. Tym razem jednak Mednoza pisał zupełnie poważnie, bohaterem jest przeciętny facet, dentysta, którego życie nagle się komplikuje za sprawą polityki i dwóch kobiet.

Podoba mi się konkretne osadzenie akcji w realnym świecie. Łatwo sobie wyobrazić Barcelonę na kilka lat przed organizacją igrzysk, a warto przy tym dodać, że owa olimpiada byla szansą na rozwój skrupulatnie wykorzystaną przez miasto (jest to tym bardziej interesujące w przededniu Euro, szczególnie gdy patrzę na gdańskie remonty). Przekonują mnie opisywane postaci, jestem w stanie uwierzyć, że tak właśnie wyglądalo życie w tym czasie i miejscu.

Miałam tylko wrażenie pewnej monotonii: niby życiowe wybory, dramaty nawet, a wszystko opisane dość sucho. Ale to tylko wrażenie (i specyfika stylu pisania), które bynajmniej nie dominowało. Generalnie poważniejsza tematyka w ujęciu Mendozy podoba mi się nawet bardziej niż jego komedie. A za rozważania na temat rewolucji (kiedy trzeba ją skończyć i wziąć się do zwykłej roboty) najchętniej bym go uściskała.

Peter Lovesey "Detektyw Diamond i śmierć w jeziorze"
Ach jak przyjemnie jest odkryć kolejnego interesującego pisarza kryminałów! I to doprawdy dziwne, że jeszcze o nim nie słyszałam.
Peter Lovesey robi wszystko jak należy w kryminale: jest wyrazisty główny bohater, w dodatku miłośnik tradycyjnej metody śledztwa polegającej na uruchamianiu szarych komórek i rozmowach z ludźmi; jest ciekawa zagadka z niejasnym zrazu motywem; nieoczywiste rozwiązanie (chociaż, jak na mnie wyjątkowo, wpadłam na to kto zabił już w połowie) i dobra akcja. Co prawda jeszcze nie znalazłam nikogo, kto pobiłby Christie i Mankella, ale zerknę na półkę w bibliotece w poszukiwaniu kolejnej części przygód detektywa Petera Diamonda.
Świetny, klasyczny kryminał.

13:00, ruda-farbowana
Link Komentarze (1) »
czwartek, 12 stycznia 2012
Przeczytane: Alice Munro "Uciekinierka"

Ostatnio miałam okazję przeczytać fragment prozy pewnej początkującej autorki. Uderzył mnie rozdźwięk pomiędzy moją opinią, a przeczytaną później recenzją. Otóż jestem skłonna przyznać pewnego rodzaju sprawność w posługiwaniu się językiem polskim, niemniej dla mnie to język sztuczny i wydumany, którego nie lubię i który kojarzy mi się głównie z konkursem "ile rzadko używanych słów pochodzących ze słownika wyrazów obcych uda mi się zmieścić w jednym zdaniu".
Nie piszę tej notki, żeby się poznęcać nad Bogu ducha winną młodą pisarką, zwłaszcza że wielu się jej pisanie podoba, ale po to, by tym wyraźniej wybrzmiał kontrast pomiędzy dwoma rodzajami twórczości.

Otóż przed chwilą skończyłam czytać zbiór opowiadań Alice Munro "Uciekinierka".
Na co dzień coraz bardziej skłaniam się ku reportażom, biografiom, a nawet książkom historycznym. Mam coraz większą świadomość mijającego czasu, natomiast apetyt na wiedzę ciągle rośnie. Niemniej często czuję potrzebę powrotu do prozy i Alice Munro utwierdza mnie w przekonaniu, żeby w tym gatunku ciągle czeka mnie mnóstwo nieodkrytych skarbów.

Zacytuję fragment z okładki: "Uciekinierka to osiem opowiadań o kobietach, które doświadczają nieprzewidywalności życia. W każdym z nich Alice Munro potwierdza swą wielką klasę: z przenikliwością ukazuje podskórne napięcia kryjące się pod powierzchnią codzienności, ze znaczących drobiazgów komponuje przejmujący obraz złożoności relacji międzyludzkich, sprawia, że prawda o ludzkim życiu wyłania się z najdrobniejszych, najzwyklejszych chwil."

Wszystko to święta prawda. Dawno nie czytałam książki tak prawdziwej i przejmującej. Bohaterowie opowiadań Munro mogliby mieszkać tuż obok nas, są po ludzku słabi i niemądrzy; kochają, przyjaźnią się, popełniają błędy. Czasami ryzykują, a innym razem płyną z prądem. Ich losy to mieszanina przypadku i wyborów dokonywanych pod wpływem chwili. 
Zwyczajność to słowo klucz tej książki, bo chociaż bohaterowie są stawiani w niecodziennych sytuacjach, to radzą sobie z nimi dokładnie tak, jak Ty czy ja, Czytelniku - tak jak potrafią.

Munro jest przekonująca, drobiazgowo maluje świat uczuć i opisuje detale, z których składa się życie. Jest przy tym bardzo oszczędna w środkach, brak fajerwerków słownych i wydumanych konstrukcji, jest genialna proza. Wierzę każdemu jej słowu.

Na koniec jeszcze jedna informacja: "Uciekinierka" została uznana przez redakcję "New York Timesa" za jedną z dziesięciu najlepszych książek 2004 roku oraz zdobyła kanadyjską nagrodę "Giller Prize". Lista nagród, jakie otrzymała Alice Munro jest zresztą długa (także Nagroda Bookera), autorkę wymienia się też jako kandydatkę do Nagrody Nobla.


niedziela, 20 listopada 2011
Przeczytane: Zadie Smith "O pięknie"

No i stałam się całkowitą i nieodwołalną miłośniczką książek Zadie Smith. Olśniło mnie przy pęcherzu wypełnionym świńską krwią, bowiem wyobrażenie tego rekwizytu, który miota się po pokoju posłużyło do zilustrowania pewnej niezwykle spokojnej rozmowy dwojga kulturalnych ludzi, którzy próbowali się wzajemnie zaszachować. Co ciekawe, jeden z moich ulubionych gatunków literatury to reportaże - minimum zbędnych słów i rzeczowość. A mnie urzekł właśnie plastyczny sposób pisania Smith, mięsistość jej prozy, sposób budowania obrazów - czytam ją z prawdziwą przyjemnością.

Lubię chociażby takie zestawienia:


On był molem książkowym, ona nie, on teoretyzował, ona politykowała. Dla niej róża była różą. Dla niego zespołem kulturowych i biologicznych konstrukcji, które krążą wokół przyciągających się wzajemnie biegunów: tego, co naturalne, i tego, co sztuczne.

Ach, i te odniesienia! Fantastyczny motyw z "Howards End" (nie czytałam, tylko oglądałam), niby czasy współczesne, a wszystko zakonserwowane, jakbyśmy faktycznie przez chwilę cofnęli się o sto lat. Wspaniała scena rodzinnej narady zakończona spaleniem niezrozumiałego i nieakceptowalnego listu-testamentu w kominku.
No i nie da się nie wspomnieć o Lodge'u. Tam też mieliśmy zderzenie dwóch światów, reprezentowanych przez profesorów Zappa i Swallowa, wszystko jednak kisiło się w swoim uniwersyteckim światku. A tu mamy jeszcze większe kontrasty: nie tylko różnice kulturowe, ale różny kolor skóry i status społeczny.

Dotąd nie potrafię powiedzieć co przeszkadzało mi debiutanckiej powieści "Białe zęby" (i nie będę do niej wracać, żeby się przekonać), ale tym razem nie miałam problemów z dotarciem do końca opasłego tomu. Przeszłam jak burza i myślę sobie, że w kolejnych powieściach jest pewnie jeszcze lepiej, o czym zamierzam się w przyszłości przekonać.

Bo jak nie zacytować chociażby takiego fragmentu?:


W styczniu, podczas pierwszego balu w nowym roku, objawia się ogromna siła wellingtońskich studentek. Na nieszczęście dla tych młodych kobiet owa demonstracja czystej woli jest przypisywana "Kobiecości" - tej najbardziej pasywnej z cnót - i w rezultacie nie znajduje odbicia w wysokości średniej ocen. Jest to niesprawiedliwe. Dlaczego nie ma nagród dla dziewczyny, która głodzi się przez cały okres świąt - odmawiając podsuwanych jej słodyczy, pieczeni i likierów - żeby mogła się pokazać na styczniowym balu w sukni bez pleców i pantofelkach bez palców, choć temperatura jest bliska zeru i zaspy śniegu pokrywają ziemię? Howard, który miał na sobie płaszcz do kostek, rękawiczki, skórzane buty i gruby uczelniany szal, stał przy wejściu do Emersona i patrzył z niekłamanym podziwem na mgiełkę białych płatków opadających na gołe kobiece plecy i ramiona oraz na barki grubo ubranych mężczyzn, którzy trzymali za ręce swoje półnagie, efektowne partnerki i kluczyli wraz z nimi wśród kałuż i zasp jak tancerze na torze przeszkód. Wszystkie panie wyglądały jak księżniczki, ale jakaż stal musiała się kryć w środku!

Swoją drogą, jak to możliwe, że Smith pisze bez wcześniejszego planu, skoro wszystkie postaci są świetnie przemyślane i dokładnie opisane, a cała konstrukcja powieści ma solidne podstawy i eleganckie wykończenie? 

Daję pięć punktów na pięć. Po czymś takim znowu mam ochotę odstawić czytadła (i sięgnęła po kryminał:)).

czwartek, 03 listopada 2011
Jak to się wszystko zaczęło, czyli o komediach romantycznych

Każdy ma swoje słabości. Jedni zbierają pudełka od zapałek, inni nie przejdą obojętnie obok budki z fast foodem, a jeszcze inni chowają pod łóżkiem romansidła (nawet u Pratchetta jest pewna, bardzo rozsądna skądinąd, osoba, która czerpie wiedzę o życiu z owych pouczających lektur).

A ja mam słabość do komedii romantycznych.
Więc dzisiaj będzie kilka przykładów, jak to się wszystko w ogóle zaczyna.

Zły początek.

"Miłe złego początki", ale w komediach romantycznych początki są często co najmniej złe.

Ot, taki Robin Hood, a wtedy jeszcze Robin Longstride w wersji granej przez Russela Crowe. "Hej, dziewko" - tak brzmiały jego pierwsze słowa do Marion, której chwilę potem przekazał wieści o śmierci męża. Trudno sobie wyobrazić gorszy początek. Później było trochę lepiej, szczególnie dla kobiet w dowolnym wieku siedzących przed telewizorem i patrzących na scenę, w której Marion pomagała zdjąć Robinowi zbroję. Akcja zakończyła się sukcesem, co z ukontentowaniem odnotowały wielbicielki aktora.

W filmie "Dobry rok" Russel Crowe też kiepsko radzi sobie z kobietami (ale tylko na początku, zresztą, powiedzmy sobie szczerze, nawet gdyby Crowe był najgorszym aktorem na świecie - a bynajmniej nie jest - w ogóle nie musi nic robić, wystarczy, że zdejmie koszulę)*. Cyniczny i wyrachowany japiszon przechodzi w tej komedii przemianę we wrażliwego i empatycznego właściciela winnicy, ale początki są wyjątkowo fatalne - Crowe pędzi jak wariat prowadząc samochód po krętych uliczkach południowej Francji i spycha do rowu piękną rowerzystkę. Naturalnie już wiemy kto będzie na siebie patrzył maślanym wzrokiem w ostatniej scenie, co nie przeszkadza, by następne spotkanie naszych bohaterów odbyło się przy nieużywanym basenie: ona stoi na górze, a on leży na dnie z twarzą w błocie. Film, rzecz jasna, polecam.

Oczywiście okoliczności poznania się nie zawsze muszą być tak dramatyczne. Wystarczy (pozornie) niesympatyczny właściciel baru w Irlandii, który nie chce zawieźć rudej Amerykanki do Dublina. Sprawa jest poważna, bo ona zamierza oświadczyć się swojemu chłopakowi. Czas nagli, a Irlandczyk jest obojętny. W odwecie, chociaż całkowicie niezamierzenie, Amerykanka rujnuje wynajęty pokój i wyłącza elektryczność w okolicy. Nic nie zapowiada wielkiej miłości, ale my, wytrawni widzowie, widzimy już uczucie czające się tuż za rogiem. Notabene "Oświadczyny po Irlandzku" są jedną z najsympatyczniejszych komedii romantycznych, jakie ostatnio widziałam.

I na koniec w tej kategorii, prawdziwy hit, czyli Bridget Jones i Mark Darcy. Sylwester u rodziców, sweter w renifery, natrętne swaty i mnóstwo niezręcznych sytuacji: nikt nie mógłby się spodziewać, że po takim wstępie nastąpi szczęśliwy happy end.

Rycerz na białym koniu

Ze złym początkiem konkuruje druga, równie popularna wersja, czyli spotkanie "na wybawiciela". Jest to szczególnie popularne, gdy któreś z bohaterów jest już w wieloletnim związku lub, jeszcze lepiej, ma się żenić za tydzień i absolutnie nie szuka nowego partnera. Nie ma więc mowy, by według bohaterów filmu owa iskra przerodziła się w coś poważniejszego. Natomiast nawet dla najmniej wyrobionego widza sprawa jest oczywista.  

Ratunek przychodzi na różne sposoby, może to być oszałamiający Matthew McConaughey ("Powiedz tak"), który w ostatniej chwili wybawia piękną Jennifer Lopez przed niechybną śmiercią - olbrzymi kosz na śmieci, który stacza się ze stromej góry jest tuż, tuż, a Lopez za nic nie chce zrezygnować z wytwornych pantofelków i usiłuje wyrwać obcas uwięziony bodajże w pokrywie studzienki kanalizacyjnej. Swoją drogą, ta sytuacja nie jest taka znowu nieprawdopodobna, też szarpałam się kiedyś z obcasem sandałka, który utkwił między metalowymi prętami, z tym, że było to przy wejściu do mojego akademika i żadnego hollywoodzkiego gwiazdora nie było w zasięgu wzroku, nie mówiąc o zabójczych koszach na śmieci.
Tak przy okazji, "Powiedz tak" ogląda się głównie ze względu na walory estetyczne: wymuskani Lopez i McConaughey są tak śliczni i estetyczni, że już niewiele trzeba, chociaż po prawdzie trzeba dodać, że ta komedia nie należy wcale do najgorszych.

Ale nie tylko mężczyzna potrafi ocalić od niechybnej śmierci. Krzepka Sandra Bullock pojawia się w samą porę, by ściągnąć mężczyznę marzeń z torów ("Ja cię kocham, a ty śpisz"). Niestety, cudem uratowany zapada w śpiączkę, a w dodatku okazuje się, że serce Sandry wybiera innego. Co nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że z pierwszym obiektem miłości nie zamieniła nigdy ani słowa.

Pozwolę tu sobie na pewne odstępstwo od reguły, bo natrętnie pcha mi się na klawiaturę końcówka "Pretty woman", gdy Richard Gere ratuje Julię Roberts od samotnego życia w biedzie. A ona go potem sprowadza z balkonu.

Wspólna kąpiel w ogrodowym baseniku

Czas na trzeci klasyczny motyw: on i ona znają się od lat, najlepiej od wczesnego dzieciństwa, zawsze byli tylko przyjaciółmi, ale nagle zaczęli patrzeć na siebie w inny sposób. Naturalnie zanim się o tym obydwoje przekonają minie przynajmniej półtorej godziny, bo przecież zazwyczaj przynajmniej jedno z nich jest z kimś innym. Najbardziej znany przykład to "Kiedy Harry poznał Sally" (czy oprócz nieletnich są jeszcze w ogóle osoby, które nie widziały rozgrywającej się w restauracji sceny udawanego orgazmu?), ale koniecznie należy też przypomnieć film "Zakazany owoc" w reżyserii Edwarda Nortona, w którym Norton gra księdza, Ben Stiller - jego przyjaciela, rabina, a sprawy komplikują się, gdy do miasta wraca wspólna przyjaciółka z dzieciństwa grana przez Jennę Elfman. Ten film to sama przyjemność.

Spotkanie zaaranżowane

Czyli od początku przynajmniej jedno z bohaterów próbuje coś ugrać, wygrać zakład, wykonać zlecenie.
"Jak stracić chłopaka w 10 dni" - oboje się założyli, ona, że w ciągu 10 dni zdąży go w sobie rozkochać i rzucić, on, że wytrwa w związku dłużej niż 10 dni.
"Miłość na zamówienie" - on jest mieszkającym z rodzicami wiecznym dzieckiem, a ona została przez owych rodziców zatrudniona, by syn wreszcie się wyprowadził.
"Zakochana złośnica" - sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana: on wziął kasę i ma się umówić z nią, żeby młodsza siostra zyskała zezwolenie na wyjście z domu.
Naturalnie, gdy już wszyscy wiemy o głębokiej wzajemnej miłości, tajemnica z hukiem przestaje być tajemnicą i następuje etap obrażenia, który wydaje się być już na całe życie, aż wreszcie skruszony winowajca przeprasza i wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Czego i Państwu życzę.
Dobranoc.

* Jeden z najlepszych dowcipów jakie ostatnio widziałam pochodzi z filmu "Kocha, lubi, szanuje", gdzie przystojniak grany przez Ryana Goslinga na wyraźny rozkaz (rewelacyjnej!) Emmy Stone, zdejmuje koszulę, na co ona wykrzykuje głosem pełnym pretensji "Wyglądasz jak z Photoshopu".

piątek, 28 października 2011
Przeczytane: Lucyna Legut "Romans kuchenny"

Na tę książkę trzeba popatrzeć w dwojaki sposób.

Jako książka kucharska - idealny poradnik dla początkujących w tej dziedzinie. Wszystko podane jak na tacy, a klasyczny dobór potraw sprawia, że każdy może je ugotować i to bez trawy cytrynowej oraz świeżych owoców morza. Nigdy nie robiliście gołąbków, zrazów czy rosołu? Pani Legut poprowadzi Was za rączkę i wszystko pokaże palcem jak ostatniej łamadze. Naprawdę polecam tym, którzy nie zdążyli się jeszcze nauczyć gotować. A ci, którzy umieją, może znajdą jakieś sztuczki, które jak dotąd im umknęły.

Jako romans - bardzo średnia. Głównie dlatego, że mnie śmieszą zupełnie inne żarty, a te, chociaż sympatyczne, były odrobinę zbyt oklepane. Ale też przyznam szczerze, że cały ów romans dla mnie był tylko przyjemnym dodatkiem do książki kucharskiej. Ciekawym i pełnym uroku, to prawda, ale nie porywającym.

Ocena:

książka kucharska, szczególnie pod względem merytorycznym: 5

romans: 2

Przeczytane: George Eliot "Miasteczko Middlemarch", t.1

Od samego początku zauroczył mnie klimat, prowincjonalna Anglia XIX wieku czaruje czytelnika swoją atmosferą. Bohaterów jest cały tłum, każdy sportretowany tak realistycznie, że wydają się jak żywi. Najbardziej jednak zafascynowała mnie aktualność "Miasteczka Middlemarch". Autorka z niezwykłą przenikliwością obserwuje naturę ludzką i opisuje to w prawdziwie mistrzowski sposób.

Co prawda pewna rozwlekłość stylu sprawiła, że po pierwszych pięćdziesięciu czy stu stronach poważnie zastanawiałam się, czy uda mi się dotrzeć do końca, a jednak z czasem wciągnęła mnie codzienność mieszkańców Middlemarch i ich problemy. A poza tym, pomijając przeróżne, z mojego punktu widzenia, dłużyzny (zresztą wcale nie takie najgorsze, znam mnóstwo współczesnych pisarzy, którzy powinni skrócić swoje powieści nawet o połowę), książka Elliot to kopalnia wspaniałych cytatów. Co prawda zanim skrzętnie je wynotowałam z przeczytanego pierwszego tomu, zdążyłam go już oddać do biblioteki (i wziąć drugi), ale coś udało mi się przepisać. Oto złota myśl jednego z bohaterów powieści, mężczyzny rzecz jasna:

Umysł męski - jakikolwiek by był - posiada zawsze tę wyższość, że jest męski, podobnie jak najmniejsza brzoza jest drzewem wyższego gatunku niż strzelista palma, a więc nawet jego niewiedza odznacza się lepszą jakością.

Prawda, jak to sobie logicznie wytłumaczył?

A teraz zabieram się za drugi tom, zwłaszcza że właśnie skończyłam "Niewidocznych Akademików" Pratchetta.

środa, 19 października 2011
Przeczytane (fragmentarycznie): Isadora Duncan "Moje życie"

Pierwszy raz usłyszałam o niej czytając, jak zginęła.

I naprawdę nie ma w tym nic dziwnego. Co prawda pewnie znalazłoby się więcej osób uduszonych własnym szalikiem, ale nie sądzę by jeszcze komuś ów szalik wplątał się w koła samochodu.
Tak właśnie zginęła Isadora Duncan. Pewnego jesiennego dnia, gdy jechała swym Bugatti uliczkami Nicei, a wiatr rozwiewał jej ciemne włosy, pęd powietrza rozplątał długi szal udrapowany wokół szyi tancerki. Nieszczęśliwym trafem koniec materiału sięgnął tylnych kół auta. Wystarczyło jedno potężne szarpnięcie, by kręgosłup Isadory złamał się jak zapałka.

A przecież to zupełnie bez sensu by poznawać tę pełną życia kobietę przez historię jej śmierci.

Isadora Duncan była niezmordowana we wszystkim co robiła. Pełna pasji, energii i sił witalnych pruła przez życie niczym lodołamacz. Realizowała swoje plany z żelazną wytrwałością. Oczywiście przeżywała chwile załamania, a silne uczucia, które nią targały (tu bardzo na miejscu jest określenie "wichry namiętności") wpływały bezpośrednio nawet na jej zdrowie. Niczym bohaterka pensjonarskich powieści o miłości, rozstanie z pierwszym kochankiem przypłaca chorobą.

Ratunkiem jak zwykle jest taniec.

Kiedy czyta się wynurzenia Isadory Duncan na temat jej pojmowania sztuki, trudno opędzić się od przymiotnika "egzaltowana" czy "afektowana". Z drugiej jednak strony w tym kryła się jej siła, naprawdę odczuwała muzykę i taniec całą swoją osobą. Jej występy nie miały nic wspólnego z marionetkowymi przedstawieniami, taniec płynął prosto z serca. Pisze nawet o tym dokładniej w swoim pamiętniku w następujący sposób:

(...) szukałam źródła duchowego wyrazu, który by przepływał przez kanały ciała, wypełniając je wibrującym światłem, jako siła odśrodkowa, oddająca wizję duchową. Po wielu miesiącach, nauczywszy się skupiać całą swą siłę w tym jednym ośrodku, odkryłam, że gdy słucham muzyki, jej promieniowanie i wibracja spływają do tego jedynego źródła światła w moim wnętrzu - odbijają się w duchowej wizji, nie w zwierciadle umysłu, lecz duszy - i że na podstawie tej wizji potrafię oddać je w tańcu.

I tu dochodzę wreszcie do sedna problemu, jaki mam z tą książką: przecież to się w ogóle kupy nie trzyma. Wibrujące światło jako siła odśrodkowa? Jak w ogóle można mówić w ten sposób? Zawsze mnie intrygowała umiejętność klepania bzdur tak, by wyglądało to jak inteligentna mowa uduchowionej istoty, ale może dlatego nie jestem artystką w żadnej dziedzinie.
A może po prostu (i ku temu wyjaśnieniu skłaniam się najchętniej), Isadora była fantastyczną tancerką, ale beznadziejną pisarką. Przedzieranie się przez jej przemyślenia naprawdę jest ponad moje siły, więc nawet nie mam zamiaru kończyć książki. Niemniej te obszerne fragmenty, które przeczytałam trochę mi przybliżyły sylwetkę Isadory Duncan. Ta kobieta była zjawiskiem w swoich czasach, artystką w każdym calu i nieustraszoną prekursorką. No bo kto to słyszał, żeby tańczyć boso, w tunice i z rozpuszczonymi włosami! Skandal! Duncan odrzuciła klasyczny balet, jej taniec stał się podstawą zupełnie nowego stylu, który do dziś święci triumfy. Widzowie You Can Dance oglądając występy modern, mogą nie wiedzieć, że ten styl zawdzięcza swoje początki właśnie Isadorze.

Jednym słowem: nie jestem w stanie tego przeczytać w całości, ale zaintrygowała mnie postać Isadory i jestem zadowolona, że udało mi się o niej czegoś dowiedzieć.

poniedziałek, 10 października 2011
Przeczytane: Zadie Smith "Jak zmieniałam zdanie"

"Białe zęby" zrobiły na mnie jak najlepsze wrażenie. Co prawda miałam pewne problemy w przebrnięciu przez tę cegłę (problemy dotąd niezidentyfikowane, bo nadlj nie jestem w stanie do niczego się doczepić, a jednak czytało mi się wolno), ale z radością dołączyłam do grona pochlebców i kiedy w bibliotece na półce zobaczyłam "Jak zmieniałam zdania" czyli zbiór artykułów i esejów Zadie Smith, bez namysłu wyciągnęłam rękę.

Jak się okazało: słusznie.

Przyznam się tu od razu, że nie jestem szczególnie zdyscyplinowana i daję sobie prawo do nieczytania, więc pominęłam niektóre rozważania o literaturze angielskiej. Mimo najlepszych chęci nie jestem w stanie przez nie przebrnąć, zaawansowane wywody na ten temat wybaczam jedynie Anne Fadiman, a i to z trudem. Za to z prawdziwą przyjemnością czytałam wszystkie recenzje kinowe. Zadie Smith nie należy do osób, które potulnie przyklaskują tylko dlatego, że coś się dobrze sprzedaje, albo że występują uznani aktorzy. Rąbie prawdą między oczy i nie przebiera w słowach krytyki (w znaczeniu: jest sroga, a nie że używa inwektyw; Smith pisze zbyt dobrze, żeby musieć się posługiwać takimi środkami stylistycznymi). Dobrze się czyta recenzje inteligentnej erudytki, która z łatwością znajduje różnorodne nawiązania i snuje własne refleksje związane z obejrzanymi filmami, ale najważniejszy dla  mnie jest fakt, że pisze z sercem. Miłość autorki do filmów i aktorów widać wyraźnie, a ja cenię ludzi z pasją.
Co ciekawe, sama Smith we wstępie do tej części książki pisze następujące słowa:

Przez jeden sezon pisałam recenzje filmowe. (...) Czasami, jeżeli było miejsce, mogłam upchnąć recenzje jeszcze jednego tytułu. Nie ma tu nic wyszukanego, nie ma filmów artystycznych ani zagranicznych, jest tylko jeden dokument. Chciałabym, żeby chociaż częściowo tłumaczyło to entuzjazm, którego dowody znajdują się poniżej, ale chyba nie tłumaczy.

A mi się właśnie ten entuzjazm podoba.

Podoba mi się także przewrotność. Takiej relacji z gali rozdania Oscarów, w której nie pada ani jedno nazwisko gwiazdy, nie znajdziecie nigdzie indziej.
Zadie Smith ciepło i z poczuciem humoru piszę o rodzinie i o swoim dojrzewaniu. O szczególnej roli komedii w ich życiu i o doświadczeniach wojennych swojego ojca. Cenię ją za otwartość, nie za ekshibicjonizm, ale szczerość w opowiadaniu o uczuciach.

Zaintrygowała mnie też autoironia w reportażu z Liberii. We wszelkich reportażach z trzeciego świata bardzo łatwo jest epatować skrajną biedą, czytelnik i tak zawsze jest pod wrażeniem. Natomiast rzadko autor podkreśla (nawet jeśli widzi) niezręczność swojej obecności w opisywanym miejscu. Zadie Smith wie jak bardzo tam nie pasuje i nie waha się nam tego uzmysłowić, żebyśmy przypadkiem nie wbijali się w pychę wspaniałego białego człowieka, który pomaga nieszczęśnikom. Zwłaszcza w sytuacji, gdy prawie wszystkie dochody z bogactw naturalnych Liberii idą w ręce zachodnich koncernów oraz gdy wspomni się niewolniczą pracę przy zbieraniu kauczuku.
Dygresja: nowa książka Llosy "Marzenie Celta" bardzo mnie zaintrygowała i z chęcią poczytałabym o Rogerze Casemencie.

A na koniec zostawiłam prawdziwy cymes, czyli rozdział "Sztuczki warsztatowe". Uwielbiam czytać o tym jak inni piszą!

Jestem już po lekturze i szanse na to, że przy najbliższej okazji przeczytam wreszcie "O pięknie" wyraźnie wzrosły. A jeszcze chętniej umówiłabym się z Zadie Smith na bardzo długą kawę. Skoro jednak chwilowo nie jest to możliwe, to przecież mogę się trochę przygotować do takiej rozmowy. Wypożyczyłam więc "Miasteczko Middlemarch" i natychmiast wsiąkłam.

Moja ocena: 4+

sobota, 01 października 2011
Obejrzane: "O północy w Paryżu"

Allen wyraźnie złagodniał. Nie ma pieprznych dialogów, nie ma rozważań o sensie życia. Brak nerwowego głównego bohatera, najlepiej skłóconego z całym światem (Larry David był po prostu genialny w "Co nas kręci, co nas podnieca"!). Nic z tego.

Tym razem bez żadnych obaw film mogą oglądać nawet najbardziej wstydliwe pensjonarki.

Ale w żaden sposób nie umniejsza to jego jakości. Allen, jak by się nie zabrał do dzieła, z pewnością zapewnia doskonałą rozrywkę. Dialogi są zabawne i błyskotliwe, a historię, choć niesamowita, ogląda się zupełnie naturalnie.


Niespełniony pisarz Gil Pener przenosi się z roku 2010 w lata dwudzieste. Tylko na kilka nocy, ale za to Gil wkracza w świat paryskiej bohemy. Zakochany w tym mieście Amerykanin nagle staje oko w oko ze Scottem Fizgeraldem, Picassem, Getrudą Stein czy Hemingwayem. Naturalnie pojawia się i piękna kobieta, pytanie tylko czy związek może przetrwać TAKĄ próbę czasu? Zresztą nasz pisarz jest już zaręczony, co prawda kilkadziesiąt lat później, ale fakt pozostaje faktem.

Bawiło mnie pewne przerysowanie w przedstawianiu bohaterów. Można poczuć prawdziwe dreszcze, gdy chmurny i niepokorny Ernest Hemingway wygłasza (bo nie mówi) swoje kwestie (swoją drogą: chyba dopiero na podstawie kilku scen z tego filmu zrozumiałam wreszcie na czym polegał fenomen Papy Hemingweya). Gertruda Stein jest pewna siebie, autorytarna nawet i rozsądza wszelkie spory niczym Salomon. Pojawia się też chuda i sprawiająca niesympatyczne wrażenie Alicja B. Toklas, poważny Man Ray i szalony Salvador Dali - ja też chcę ich poznać!
W ogóle postaci drugoplanowe to majstersztyk, chociażby taka Mimi Kennedy jako matka narzeczonej Gila. "Cheap is cheap" powtarza z pełną wyższości miną oglądając krzesła za 18 tysięcy euro.

Rachel McAdams jako Inez, narzeczona Gila jest cudownie odarta ze wszelkiego romantyzmu, snobistyczna i egoistyczna, a Marion Cotillard jako Adriana czyli muza i kochanka z dawnych lat po prostu zachwyca.

Jedyny minus jaki przychodzi mi do głowy, to odtwórca głównej roli. Oczywiście nikt nie jest winny swojej fizjonomii, ale skrzywienie ust, a także sposób mówienia Owena Wilsona nieco mnie drażniły. O ile w przypadku Allena i jego magnetycznego wpływu na płeć piękną, od razu było wiadomo, że lecą na jego intelekt, o tyle Wilson bynajmniej mnie nie przekonał jako mężczyzna, który w jakikolwiek sposób oddziałuje na kobiety.
Jest w nim jakaś fajtłapowatość, miękkość i rozlazłość, ale bez wdzięku neurotycznego intelektualisty, który cechował bohaterów granych przez Allena.
 
Ale poza tym wszystko w jak najlepszym porządku. Byłam w kinie na uroczej, inteligentnej, pełnej ciepła i magiczności komedii rozgrywającej się w realiach wspaniałego Paryża lat dwudziestych. Czegóż można chcieć więcej?

niedziela, 25 września 2011
Przeczytane kryminały (hurtem)

Tylko odnotowuję, ponieważ kryminały czytam z prędkością światła. To moje ulubione czytadła i, gdy mam gorszy nastrój, zawsze do nich wracam.

A było tak:

John Grisham "Klient".
Na okładce książki Susan Sarandon przytula odwróconego tyłem chłopca. I słusznie, bo podczas całej lektury miałam przed oczami właśnie Sarandon i młodego Brada Renfro - nie jestem w stanie inaczej wyobrazić sobie tych postaci. Ekranizacja jest zresztą wierna niemal co do przecinka (o ile dobrze pamiętam film), a zarówno książka jak i film są porządnie zrobione. Przenosimy się w świat mafii z Nowego Orleanu. Szczególnie uderzyły mnie opisy wyglądu bandziorów: buty z krokodylej skóry, garnitury z poliestru - takie smakowitości po latach czyta się jeszcze lepiej.
Albo gdy przyklejenie taśmą klejącą magnetofonu do brzucha chłopca sprawia, że potem ktoś określa pomysłodawczynię przedsięwzięcia jako "zaznajomioną z techniką". Fantastycznie to brzmi w 2011 roku!
Ale Grisham zdecydowanie nie należy do moich ulubionych pisarzy, jakoś nie mam ochoty sięgać po następne książki tego autora.

Potem była nowiutka Marinina, której jestem wierna i tyle. Nie wszystkie książki podobały mi się tak samo, największą wpadką był dla mnie kryminał z promieniowaniem, które powodowało zmianę zachowania ludzi - nie mogę jej tego wybaczyć, naprawdę. Ale akurat "Obraz pośmiertny" czyta się doskonale. Intryga jest ciekawa, a sposób prowadzenia akcji przypominał mi nawet trochę Christie. Chociaż oczywiście realia zupełnie inne.

Arnaldur Indridason: "Grobowa cisza".
Dobrze się czytało, bardzo realistyczny. Nawet czasami aż za bardzo, zwłaszcza jeśli chodzi o temat przemocy w rodzinie i maltretowania kobiet - bezsilność ofiar zawsze robi na mnie wstrząsające wrażenie. Generalnie z wielką chęcią przeczytam inne książki tego autora - u mnie ma duży plus.

No i wreszcie trafiłam na szwedzką księżniczkę kryminałów czy jak tam się ją określa: Camilla Lackberg. Machnęłam w dwa dni "Księżniczkę z lodu" i "Kaznodzieję" - faktycznie, tzw. page turner, przewracałam i przewracałam te strony do późnej nocy słabo reagując na bodźce (ale ja tak zawsze mam z kryminałami). Akcja wciąga, w pierwszej części nie dość, że morderstwo intrygujące, to jeszcze klasyczny wątek romansowy - czyli to co lubię. Niemniej jest kilka ale: czasami mam wrażenie nieco zbyt topornie ciosanych postaci lub sytuacji. Ten pyszałkowaty i głupawy szef jest na mój gust przejaskrawiony. Z kolei ten dobry, jest dobry do obrzydliwości. Tęsknię wtedy do Wallandera z jego cukrzycą, depresją i wątpliwościami. Albo do Poirota, którego obraz był podkolorowany i nie mieliśmy co do tego wątpliwości. Poza tym nie wiem czy to kwestia tłumaczenia, ale niektóre zdania bądź wyrażenia robiły wrażenie niezgrabnych.

(dopisane po kolejnych tomach)
Co by o Lackberg nie mówić, chwała jej za opis życia małżeństwa z małym dzieckiem i poruszenie problemów, które zazwyczaj nie istnieją (depresja poporodowa, problem z powrotem kobiety do pracy, podział obowiązków itp.). W efekcie otrzymujemy powieści, w których prawie każda matka znajdzie coś nad czym pokiwa głową i powie w zadumie "znam to z autopsji".

Poza tym było jeszcze kilka innych książek, ale już nawet nie chce mi wyszukiwać tytułów. Może jeszcze tylko powiem o kolejnym tomie o braciszku Cadfaelu autorstwa Ellis Peters (i pomyśleć, że dopiero gdzieś przy piątym tomie przygód mnicha dowiedziałam się, że autorka była kobietą!). Ta seria to sama przyjemność. Akcja dzieje się w XII wieku, a Cadfael to benedyktyński mnich z opactwa w Shrewsbury. Genialna jest główna postać: to dojrzały mężczyzna, z awanturniczą przeszłością. Spokojne życie wśród braci zakonnych jest jego świadomym wyborem, ale z tego też powodu nie stosuje się bezmyślnie do wszystkich reguł i zaleceń, szczególnie wtedy, gdy znowu zostaje wplątany w kryminalną intrygę i sprawa wymaga elastycznego podejścia.

I obiecuję sobie znowu porządnie odnotowywać przeczytane książki.
Jeśli tylko nie wpadnę w ciąg kryminałów. Wtedy nie nadążam.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Tagi