niedziela, 25 września 2011
Dialog filmowy

- Mówiłaś o tym swojemu psychoanalitykowi?

- Nie.

- Dlaczego?

- To zbyt osobiste!

20:20, ruda-farbowana , notatka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 sierpnia 2011
Przeczytane: Marian Walentynowicz "Wojna bez patosu"

Podtytuł książki brzmi "Z notatnika i szkicownika korespondenta wojennego" i faktycznie, obok mnie leży wspaniale ilustrowany pamiętnik z czasów II Wojny Światowej. Od razu zwrócił moją uwagę, gdy przegrzebywałam stosy książek w antykwariacie, ale nie mogłam się zdecydować. Miałam już przecież kilka innych tomów odłożonych do zakupu.

Na szczęście przekonała mnie właścicielka.
- Przecież to Walentynowicz! - powiedziała - Bardzo dobra książka - dodała z przekonaniem.
I to przesądziło sprawę.
Na szczęście.

Patrzyłam na ilustracje i wiedziałam, że skądś znam tę kreskę. Wystarczył jeden wpis w google, a potem krótka inspekcja domowej biblioteczki i wszystko stało się jasne. Rysunki Mariana Walentynowicza znam od jakichś trzydziestu lat, widywałam je w komiksach i na kliszach wyświetlanych z zielonego rzutnika "Ania". Małpka Fiki-Miki i Koziołek Matołek właśnie jemu zawdzięczają swój wygląd.
Tym chętniej zabrałam się do lektury.

Pamiętnik Walentynowicza to bardzo subiektywny zapis jego losów podczas wojny. Opowiada tylko o swoim wycinku świata, nie przeprowadza ogólnych analiz, ale daje świadectwo temu, co go bezpośrednio otaczało. Pisze o polskich oddziałach we Francji i Wielkiej Brytanii, o bombardowaniach Londynu czy też o swoich losach jako korespondenta wojennego przy 1. Dywizji Pancernej generała Maczka. Niektórych ocenia surowo, w szczególności mierzi go atmosfera w Hotelu Rubens w Londynie, gdzie mieściła się siedziba Sztabu Naczelnego Wodza i premiera Rzeczpospolitej Polskiej, czemu niejednokrotnie daje wyraz. Na przykład w ten sposób:

W "Rubensie" jakby się nie orientowano, że coraz to bliższa jest chwila, gdy jego istnienie stanie się niepotrzebne, gdy wszyscy ministrowie, wiceministrowie, zastępcy ministrów, pierwsi, drudzy czy nie wiem już którzy generałowie do specjalnych zleceń przestaną być kimś. Tworzyły się ciągle jakieś koterie, kliki, grupy i grupki, prowadziło się śmieszne intrygi i intryżki przeróżnego rodzaju i charakteru.
Ja, chwała Bogu, nie rozumiem nic z tego i nic to mnie nie obchodzi (...).

Tytuł książki idealnie do niej pasuje. Faktycznie, Walentynowicz opisuje wojnę nie tylko bez patosu, ale czasem wręcz beznamiętnie. Nie epatuje emocjami, trzyma się faktów, nawet jeśli dotyczą tragicznych wydarzeń. Odnoszę wrażenie, że roztkliwianie się nie leżało w jego naturze.

"Wojna bez patosu" to fascynujący sposób na poznanie naszej historii poprzez losy jednego człowieka. Warto przeczytać.

czwartek, 18 sierpnia 2011
Jeanne Hebuterne (i przeczytana biografia Modiglianiego)

Podobno wcale nie była pięknością. Wszyscy podziwiali tylko jej włosy, które niczym królewski płaszcz okrywały ramiona i plecy. Ale ja, gdy patrzę na zdjęcie, widzę delikatność i spokój. To dziwne, bo czego jak czego, ale w ostatnich lata życia spokoju nie zaznała zbyt wiele.

Zdjęcie pochodzi z tej strony.

Nie ma o niej zbyt wiele informacji. Świadkowie zgodnie twierdzą, że była nieśmiała, jednak aż trudno w to uwierzyć, gdy napotykamy zdecydowane i mocne spojrzenie z fotografii. Zresztą, czy nieśmiała dziewczyna porzuciłaby tradycyjną katolicką rodzinę i zamieszkała z cieszącym się złą sławą malarzem? Amedeo Modigliani był alkoholikiem, narkomanem, kobieciarzem i na dodatek włoskim Żydem – jej rodzice byli przekonani, że to prawdziwy dopust Boży.

Jeanne Hebuterne była partnerką Modiglianiego aż do tragicznego końca, najpierw jego, a potem jej.

Kobiety ścieliły się u stóp Modiglianiego. Nie ma się co dziwić, Dedo był niezwykle przystojny. Uosabiał połączenie delikatnej chłopięcości i twardego, męskiego uroku. Mocno zarysowana szczęka, piwne oczy, smagła cera i gęsta ciemna czupryna – z takim wyglądem przyciągał kobiety jak magnes.

Szkoda tylko, że tyle pił.

Pił bez zahamowań i bez granic. Kiedy inni celebrowali powoli dolewając do absyntu wodę przez dziurawą łyżeczkę napełnioną cukrem, co przy okazji łagodziło smak piołunówki, Dedo wychylał jeden kieliszek za drugim bez żadnych ceregieli.

Jeanne Hebuterne poznał w momencie, gdy gruźlica była już bardzo zaawansowana. Kaszlał i pluł krwią. Żyłby pewnie dłużej, gdyby nie tryb życia, który prowadził: alkohol i narkotyki, brak jedzenia i fatalne warunki życia. W jednym z budynków, w których mieszkał, dziury w murach były takie, że wpadały przez nie promienie słońca – lodowate przeciągi z pewnością nie poprawiały jego stanu zdrowia.  

To wszystko nie zniechęciło młodziutkiej malarki (Hebuterne bowiem też zajmowała się sztuką i z pewnością była w tym kierunku utalentowana). Jednak my znamy ją głównie z przepięknych portretów autorstwa Modiglianiego. Kiedy patrzy się na jej wizerunek stworzony przez Amedeo, wygląda jak skończona piękność. Jest w tych obrazach tyle ciepła i miłości, że aż trudno uwierzyć, żeby Dedo nie słał jej życia różami.

Zdjęcia ze stron Wikipedii.

Faktycznie, bardzo ją kochał, niemniej swojego zachowania nie zmienił ani na jotę.

Może czasem bardziej się starał, tak jak wtedy, gdy urodziła się córeczka i wniebowzięty ojciec przez chwilę ograniczył picie. Ale to trwało tylko moment i Modigliani wkrótce wrócił do dawnego trybu życia, gdy nie dbał o nikogo, także o siebie.

O lekarzach nawet nie chciał słuchać. I wreszcie wycieńczone ciało odmówiło posłuszeństwa. Przewożą go do szpitala Miłosierdzia, gdzie znajdują pomoc najubożsi. Umiera po kilku dniach nie odzyskawszy przytomności 24 stycznia 1920 roku. Następnej nocy Jeanne Hebuterne, która jest w ostatnim miesiącu ciąży, wyskakuje z okna na piątym piętrze i ginie na miejscu.

To tylko wycinek z fascynującej i tragiczneg historii życia jednego z najsłynniejszych malarzy XX wieku. Kto chce się dowiedzieć więcej, temu polecam książkę Corrado Augiasa „Skrzydlaty wędrowiec”. Doskonała lektura.

piątek, 12 sierpnia 2011
Przeczytane: Rafał Tomański "Tatami kontra krzesła"

Książki o Japonii często są dla mnie trudne do zniesienia. Cóż bowiem łatwiejszego niż pisać o tych cudacznych skośnookich, podkreślając ich dziwactwa.

Tu dygresja: już nie raz zdarzyło się, że czytając wynurzenia ludzi piszących o narodowościach innych niż ich własna, napotykam ton wyższości, który mnie irytuje (moje jest przecież zawsze lepsze niż obce, ale to akurat wynika z natury ludzkiej, więc nie ma się co dziwić).

Wracając jednak do Japończyków: bardzo łatwo jest przyciągnąć uwagę czytelników opisując egzotyczne z naszego punktu widzenia zachowania, ale mało kto ma ochotę naprawdę zrozumieć Japończyków. I dlatego właśnie warto przeczytać książkę Rafała Tomańskiego "Tatami kontra krzesła". Autor nie tylko opisuje rzeczywistość w Kraju Kwitnącej Wiśni, ale stara się wyjaśnić przyczyny postępowania Japończyków. A że jest przy okazji japonistą, to ma ku temu całkiem solidne podstawy.

Rozdziały są krótkie, to nie są naukowe elaboraty, ale przystępnie i prosto podane fakty. Być może nie każdemu odpowiada styl książki, ale ja czytałam z przyjemnością i, co najważniejsze, z zainteresowaniem. Jeśli ktoś chce poznać choć trochę Japonię, po prostu powinien sięgnąć po tę książkę.

Teraz już mniej dziwi mnie idiotyczna reklama jogurtu z Seanem Connerym, wiem co to jest "pachinko" i że za pomocą automatów można sprzedawać naprawdę wszystko. Pod warunkiem, że akurat działają.

A czy wiedzieliście, że książki można też pisać na komórkach?

Kończę. Sprawdzę, czy nie mam przypadkiem płyty z filmem "Między słowami".

poniedziałek, 25 lipca 2011
Przeczytane: różne

Nie piszę, bo jest lato. Czytam dużo, ale za to mało mam czasu na siedzenie przed komputerem. Więc tylko w skrócie o tym jakie książki brałam ostatnio do ręki. Mam nadzieję, że niczego nie pominęłam.

Po pierwsze, dla czystej przyjemności, kolejna książka Alexandra McCall Smitha "Moralność dla pięknych dziewcząt". Znowu spotykamy się z mmą Ramotswe, właścicielką Kobiecej Agencji Detektywistycznej nr 1 w Botswanie, by rozwiązać kryminalną zagadkę. I jak zwykle, mniej tu chodzi o detektywistyczną łamigłówkę, ale o poznanie ludzkich charakterów i zrozumienie ich emocji. Mma Ramotswe musi w tym celu wyjechać z Botswany, a wtedy Mma Makutsi wysuwa się na pierwszy plan i już nie pierwszy raz udowadnia że można na niej polegać w każdej sytuacji. Także wtedy, gdy trzeba zastąpić cierpiącego na depresję pana Matekoni, właściciela warsztatu samochodowego. Jak widać w tej cieniutkiej książce dzieje się naprawdę dużo.
To moja ulubiona seria tego autora.

Henry Gidel "Picasso. Biografia"
Nie sposób się nudzić czytając biografię takiego artysty jak Picasso. Im bardziej poznaję jego twórczość, tym bardziej rozumiem wszelkie zachwyty. Co więcej, twórczość Hiszpana była nierozerwanie związana z jego życiem, liczne kobiety były natchnieniem, a sztuka odzwierciedlała przeżywane emocje - książka to nie tylko opowieść o jego pracy, ale także, a może przede wszystkim, o życiu prywatnym. A wiadomo, że nie ma nic ciekawszego, niż to z kim sypia celebryta ;)

No i ten Paryż międzywojnia! Właśnie z tego powodu przeczytałam kolejną książkę.

Dan Franck "Bohema"
Opowieści z życia artystów zawsze są interesujące, a jeśli opisane żywo i z werwą, przetykane licznymi anegdotami oraz pełne drobiazgów doskonale oddających atmosferę tamtych lat - po prostu musi powstać ciekawa książka. Oczywiście dla tych, których nie nudzi taka tematyka. Mnie nie nudziła, wręcz przeciwnie, bowiem Paryż z początku XX wieku był miejscem niezwykłym i przyciągał artystów jak magnes. To tam rodziły się nowe, rewolucyjne prądy w sztuce, tam tworzył Picasso, Apollinaire, Modigliani, Matisse, Jarry i wielu innych. Warto dowiedzieć się jak żyli, bawili się i tworzyli Ci, których nazwiska na zawsze zapisały się w światowej kulturze.

I jeszcze kryminały, bo urlop to czas oddechu.

Martha Grimes: "Pod Zawianym Kaczorem". Spodobał mi się już sam pomysł, żeby tytuły kryminałów w całej serii pochodziły od absurdalnych nazw pubów i jakiś czas temu z przyjemnością przeczytałam "Pod Huncwotem". Jeśli chodzi o "Pod Zawianym Kaczorem", to intryga mnie nie przekonała, a postaci były rysowane strasznie grubą kreską, ale książka i tak mnie wciągnęła. Nadal wolę Agathę Christie, ale znudzony arystokrata Melrose Plant oraz inspektor Jury wzbudzili moją sympatię. Dlatego przed godziną zaczęłam inną książkę tej autorki, dostępną w wakacyjnym wydaniu z "Polityką" - "Pod przechytrzonym lisem". Zobaczymy, może tym razem będzie lepiej.

Leonie Swann "Triumf owiec"
Poprzednią część "Sprawiedliwość owiec" czytałam z zainteresowaniem, urzeczona pomysłem, by to owce prowadziły własne śledztwo w sprawie morderstwa ich właściciela. Tym razem jednak książka jest przegadana i przekombinowana. Dobrnęłam oczywiście do końca, bo jak tu nie sprawdzić kto zabił i nie było aż tak tragicznie, ale polecać nikomu nie będę.

sobota, 25 czerwca 2011
Yousuf Karsh

Ostatnio czytałam trochę o Karshu i natknęłam się na następującą anegdotę.

Otóż pewien piętnastolatek zafascynował się fotografią. Tak bardzo chciał się zająć robieniem zdjęć i tylko tym, że postanowił rzucić szkołę, by nic nie odciągało go od wymarzonego zajęcia. Naturalnie, gdy oznajmił to swojej matce, rozpętało się piekło.
Zdarzyło się niedługo potem, że ów chłopiec i jego matka natknęli się na Karsha w trakcie podróży.
- Idź do niego! - zawołała kobieta - No idź! To przecież twój idol!
Nastolatek, rzecz jasna, nie miał tyle śmiałości, więc poszła sama. Stanęła przed Karshem, podparła się pod boki i zaczęła:
- To przez ciebie mój syn zamierza zrezygnować z nauki!
Po chwili, zorientowawszy się o co chodzi, Karsh poprosił chłopca o rozmowę. I powiedział mu rzecz następującą (cytat niedokładny, z pamięci).

- Teraz masz piętnaście lat, masz aparat i masz oczy. Ale nie widzisz. To normalne, bo masz piętnaście lat.
Ale jeśli nie pójdziesz do szkoły, nigdy nie zaczniesz widzieć, bo na zawsze pozostaniesz piętnastolatkiem. Nie dorośniesz.
Idź do szkoły, potem na studia, poznawaj filozofię, sztukę, muzykę, poezję. I nie przestawaj robić zdjęć.

Wtedy, być może, pewnego dnia zrobisz zdjęcie, które będzie coś warte.
To wcale nie jest takie oczywiste, ale to nieważne, bo już i tak będziesz dojrzałym i wartościowym człowiekiem.

Hemingway

Ernest Hemingway

Humprey Bogart

Audrey Hepburn

Zdjęcia autorstwa Yousufa Karsha pochodzą ze stron Weston Gallery.

sobota, 18 czerwca 2011
Przeczytane: Daniel Pennac "Jak powieść"

Dlaczego lubię czytać?
Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
Czytanie jest dla mnie tak naturalne jak jedzenie i spanie.
I na szczęście wiem doskonale, że nie jestem osamotniona w swoim nałogu. Pamiętam anegdotkę o Słonimskich, którzy pewnego razu znalazłszy się w hotelu, uświadomili sobie ze zgrozą, że nie wzięli nic do czytania.
Zasnąć bez wieczornej lektury? Niepodobna!
W odruchu ostatecznej rozpaczy, Słonimski studiował napis na pudełku od zapałek, a jego żona etykietę na butelce wody mineralnej.

Bardzo dobrze ich rozumiem.

Daniel Pennac pisze raczej o sytuacji przeciwnej - jak to się dzieje, że przestajemy lubić czytanie. Dlaczego dzieci, które przecież z takim nabożeństwem wysłuchiwały wieczornych bajeczek, nagle rzucają książkę w kąt.

Styl książki niespecjalnie mi się podobał, ale tu już wkraczamy w sferę osobistych preferencji, więc nie zamierzam specjalnie krytykować.
Natomiast moją uwagę zwrócił temat, bo jako matka dzieci w wieku przedszkolnym, z których jedno, już widać, że mniej lubi czytać niż drugie, kwestia miłości do książek bardzo mnie zainteresowała.

Najważniejsze zdanie jakie zapadło mi w pamięć to fakt, że czytanie musi być bezinteresowne. Żadnych pytań o zrozumienie tekstu na koniec, żadnych wymagań - czysta przyjemność.

A przy końcu książki zorientowałam się, że dekalog czytelnika podany przez Pennaca nie tylko jest mi doskonale znany, ale stosuję go od niemal trzydziestu lat.

Książki, które lubię, potrafię przeczytać po kilka razy. Teraz już mniej, bo mam mniej czasu i wiem ile innych książek na mnie czeka, ale dawniej wielokrotnie połykałam przygody Tomka Wilmowskiego, zdarzało mi się powtarzać kryminały Agaty Christie, a "Mistrza i Małogrzatę" przeczytałam już pewnie osiem razy.

Notorycznie omijam nudne fragmenty, jedynie prześlizgując się przez nie wzrokiem. Dzięki temu Quo Vadis machnęłam we wczesnej podstawówce, zaraz potem Krzyżaków i uwielbiałam grube tomiszcza pozytywistów (zresztą nadal lubię grube książki, jeśli tylko zawartość mi się podoba). Na szczęście moja polonistka nie robiła sprawdzianów ze znajomości lektur, bo poległabym na pierwszym lepszym pytaniu.

Czytam na wyrywki i byle gdzie.

Zdarza mi się coraz częściej nie kończyć książek.

A szczególnie podoba mi się prawo do czytania byle czego. Poznałam osobę, która czytanie polubiła dzięki jednej z najbardziej krytykowanych książek w dziejach polskiej literatury, a ona właśnie przez ten kicz straszliwy pokochała lekturę. U mnie na półkach pokaźną frakcję stanowią kryminały w towarzystwie romansowych powieścideł. To moje czytadła i mój sposób relaksu.
Wszak, jak powiedział Monteskiusz "Nauka była dla mnie najwspanialszym lekarstwem przeciw przykrościom życia, nie zaznałem bowiem takiego zmartwienia, którego nie uśmierzyłaby godzina lektury". Ja rozszerzam to na czytanie w ogólności, nie tylko naukę.

Zgadzam się z Pennacem, że ludzie mają prawo do nieczytania (chociaż kompletnie nie rozumiem jak można żyć bez czytania, z drugiej jednak strony: ja na przykład nie lubię gier zespołowych). Ale jednocześnie czuję się lepiej w swojej skórze właśnie dzięki książkom. Moja biblioteczka, ta w pokoju i ta w głowie, to dla mnie powód do dumy, chluby i chwały. Uważam, że książki pomogły mi być taką, jaka jestem w tej chwili. Bez nich byłabym inna, nie waham się powiedzieć (z lekkim zadęciem) - uboższa.

Reasumując:
Nie o to chodzi, że jestem lepsza od tych, którzy nie czytają książek.
To ja czuję, że się rozwijam, dlatego że czytam książki.

A teraz kończę, bo zgodnie z tym, co napisał Pennac, zamierzam właśnie dać sobie prawo do wielokrotnego czytania książki. Prawdopodobnie takiej niższych lotów, która wypadnie mi z ręki najdalej przy piątej stronie.

(tu akurat ściemniam dla lepszego efektu, co zgodnie z moją skrupulatną naturą zaraz muszę wyjaśnić, bo tylko raz w życiu zasnęłam przy książce, nieważne jak bardzo jestem zmęczona i tak udaje mi się samodzielnie odłożyć książkę na szafkę nocną).

piątek, 03 czerwca 2011
Przeczytane: Małgorzata Szejnert "Wyspa klucz"

Niby wiedziałam, że Małgorzata Szejnert była szefową działu reportażu Gazety Wyborczej i to ona pod swoimi skrzydłami wychowała wielu autorów, których książki stoją teraz na półkach mojej biblioteczki, ale "Wyspa klucz" to pierwsza przeczytana przeze mnie książka "królowej polskiego reportażu".
Szczerze mówiąc bardzo nie lubię pompatycznych określeń typu "królowa reportażu", ale w przypadku Szejnert jest to po prostu stwierdzenie faktu.

Książka mnie zachwyciła. Wszystkim: stylem, kompozycją, sposobem poprowadzenia tematu, tytułami i pracowitością autorki, która rekonstruuje losy wyspy z precyzją zegarmistrza składając miniaturowe elementy w całość. Każda zębatka to fragment życia człowieka, który w jakiś sposób zetknął się ze stacją na wyspie Ellis.
Ten reportaż to majstersztyk.

Po książkę sięgnęłam jednak nie tylko z powodu autorki, ale także dlatego, że bardzo zaintrygował mnie temat. O istnieniu Ellis Island dowiedziałam się, o ile dobrze pamiętam, dopiero przy książkach Lisy See, amerykańskiej pisarki chińskiego pochodzenia, której przodkowie musieli przejść przez tamtejszą stację, ale dopiero "Wyspa klucz" opowiada całą historię maleńkiego skrawka lądu, który był obowiązkowym przystankiem przed zejściem na ziemię obiecaną.
Co gorsza, wcale nie było pewności, że wędrowcy dotrą do portu przeznaczenia.

Ci, którzy ze wszystkich stron świata zmierzali do Ameryki nie na darmo określani są jako "najodważniejsi ludzie na świecie". Trzeba mieć w sobie duszę śmiałka, by zebrać dziewięcioro dzieci, spakować dobytek w tobół lub walizkę (wspaniały opis sakwojaży!) i wyruszyć przez ocean.
Ellis Island to miniaturowa wyspa, powstała w większości z odpadów, ze wszystkich stron otoczona wodą tak blisko, że cięgle trzeba było kupować nową piłkę, bo stara wpadała do wody. Statua Wolności stoi odwrócona tyłem, a wieżowce Manhattanu są na wyciągnięcie ręki - blisko a jednocześnie tak daleko. Właśnie na Ellis odbywała się selekcja kandydatów na obywateli Stanów Zjednoczonych.

Ostre procedury imigracyjne jasno określały kto jest wystarczająco dobry, by zyskać prawo pobytu w Ameryce, a kto nie. Powody odsyłania do domu były różne, między innymi zdrowotne, ale przy napierającym tłumie było łatwo o pomyłkę, a jeszcze łatwiej o rozdzielanie rodzin (w czasach największego ruchu codziennie przechodziły przez Ellis tysiące ludzi, rekord padł w 17 kwietnia 1907 roku, tego dnia na Ellis przypłynęło 11 747 imigrantów) .

Szejnert bardzo drobiazgowo odtwarza tamte czasy, cytuje listy, pamiętniki, opisuje ubrania, ale książka ma jeszcze jedną istotną zaletę: fotografie. Przepiękne zdjęcia doskonale uzupełniają reportaż i przy ich pomocy nie tylko dokładnie wyobrażamy sobie lata działalności Ellis Island - my się tam przenosimy. Wiemy dokładnie jak wyglądała w roku 1892, gdy stacja na Ellis zaczęła działalność, a jak w 1954, kiedy ją zamykali. Znamy też jej dalsze losy, bo historia Ellis Island trwa do dziś. "Wyspa klucz" jest bowiem dla wielu Amerykanów fragmentem ich rodzinnej historii, którą chcą po latach odtworzyć.

Ocena: 6

sobota, 07 maja 2011
Przeczytane: Anthony Bourdain "Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego"

Anthony Borudain napisał kilka lat temu "Kill grill", która (dawno przeczytana) stoi na półce w mojej biblioteczce, więc gdy zobaczyłam drugą książkę tego autora, natychmiast pospieszyłam do księgarni.

"Świat od kuchni" czyta się ją lekko i z przyjemnością. Podróż smakosza i restauratora po świecie w poszukiwaniu perfekcyjnego posiłku obfituje w przygody niekoniecznie kulinarne. Chociaż oczywiście jedzenie cały czas pozostaje w centrum uwagi.
 
Anthony Bourdain nie owija w bawełnę i nie ogląda się na to, co kto pomyśli. W dodatku, jak sam o sobie pisze, ma skłonności depresyjne i ciągle szuka dziury w całym, więc jeśli ktoś oczekuje uładzonych relacji ze świata lokalnych przysmaków, to pomylił adres.

Lubię Anthony'ego Bourdain. Ujmuje mnie jego szczerość. Nie pozuje na kogoś lepszego, jest jaki jest. Bez wahania krytykuje to, co mu się nie podoba, ale i docenia ludzi, którzy znają się na tym, co robią.

Idzie pod prąd. W czasach, gdy poprawność kuchennej polityki wymaga odchudzania menu i kierowania się w stronę kiełków, Bourdain pisze o rozpływającym się w ustach tłuszczu wieprzowym i podaje szczegóły świniobicia oraz bez emocji dogląda procesu tuczenia kaczek na foie gras (tak na marginesie: lubię mięso, ale foie gras bym raczej nie zjadła).
Domyślam się, że wegetarianie nie darzą go uczuciem, zresztą niechęć jest obustronna.
"(...) Taka postawa już na początku lat dziewięćdziesiątych wymagała sporych jaj, a dziś wymaga jeszcze większych  - zwłaszcza w obliczu osi zła składającej się ze zdrowożywieniowych nazistów, wegetalibów, brygad UU (unijnych urzędników), orędowników ustaw antynikotynowych, fundamentalistów PETA, potentatów fastfoodowych i wszelkich sympatyków całego tego obozu. Te oto siły jednoczą się w staraniach o zmianę naszych nawyków żywieniowych."

Ale Bourdain nie wyrusza na krucjatę przeciwko wegetarianom. Wszak to tylko króciutki cytat z całkiem długiej książki. On po prostu kocha dobre jedzenie, prawdziwe, nieskażone sztucznością, którym można się po prostu cieszyć.
A o to coraz trudniej w naszych czasach.

środa, 27 kwietnia 2011
Przeczytane: Teresa Torańska "Śmierć spóźnia się o minutę"

Trzy rozmowy, trzech bohaterów: Michał Bristiger, Michał Głowiński i Adam Daniel Rotfeld. Jeśli ktoś przeczytał jakikolwiek wywiad Teresy Torańskiej, to jestem przekonana, że nawet nie muszę zachęcać do czytania tej książki.

Zaintrygowało mnie zdjęcie autorki na skrzydełku książki. Pierwsze słowo, które przychodzi na myśl to "sympatyczna". Ale nie wyobrażam sobie, by ktoś, kto tak potrafi rozmawiać, nie lubił ludzi. Żeby poruszać wyjątkowo trudne tematy, trzeba mieć w sobie bardzo dużo zrozumienia dla innego człowieka, a przynajmniej chęci zrozumienia.

Ale niech ten łagodny wygląd nikogo nie zwodzi. Torańska na pewno dowie się wszystkiego na czym jej zależy. Pierwsze zdanie Michała Bristigera brzmi: "Uprzedzam: o mamę proszę nie pytać". Na co pada odpowiedź "Poczekam". I już wiem, że prędzej czy później rozmówca się ugnie i wyjawi wszystko, chociaż spodziewam się, że nie wszystko musi być napisane. Bo oprócz inkwizytorskiej wręcz skuteczności, czuć szacunek do rozmówcy i świadomość wagi poruszanych spraw. To nie są wynurzenia dotyczące kokardek we włosach czy ulubionych potraw, Torańska rozmawia o przeszłości, o której chętnie by zapomniano, o problemach, która nadal są bolesne i wzbudzają silne emocje.

Imponuje tytaniczna praca autorki. Wie wszystko: na jakiej ulicy kto mieszał, zna koligacje rodzinne bohatera i losy jego znajomych. W pewnej chwili któryś z panów mówi nawet zdziwiony "Skąd pani to wie?", bo nie przyszło mu do głowy, że można było dotrzeć do takich informacji.

A na koniec mój ulubiony cytat, gdybym nawet nie znała Torańskiej, to kupiłabym książkę, żeby przeczytać rozmowę, w której padają przytaczane poniżej słowa. To fragment rozmowy z Adamem Danielem Rotfeldem.

"Jeżeli kiedyś napiszę wspomnienia, na końcu zamieszczę indeks nazwisk ludzi przyzwoitych, których spotkałem w życiu. Będzie ich dużo, bardzo dużo.
– A z nie przyzwoitymi co pan zrobi?
Wie pani, to może dziwne. Ale ja chyba ich nie spotykałem."

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Tagi