wtorek, 12 kwietnia 2011
Lakonicznie, ale za to z Marlonem Brando

Przyznaję, nie oglądałam "Czasu Apokalipsy".

Wiem, że to amerykański film o Wietnamie i to właściwie wszystko. Chociaż nie, znam jeszcze zdjęcie, które trzynastego grudnia 1981 roku zrobił Chris Niedenthal.

Fotografia pochodzi ze stron serwisu Szeroki Kadr.

To nasza krajowa historia, przywołana jedynie przy okazji, bo tak naprawdę chciałam pokazać inne zdjęcie. Trafiłam ostatnio na stronę fotografki Mary Ellen Mark. Lista jej osiągnięć jest tak imponująca, że nie starczyłoby mi wieczoru na ich opisanie, więc po prostu zachęcam do odwiedzin strony i obejrzenia galerii. Genialne portrety!

I właśnie wśród fotografii sławnych osób znalazłam jedno, które szczególnie zachwyciło mnie swoją intensywnością. Na planie "Czasu Apokalipsy", czy też raczej: poza planem, oprócz niezliczonych godzin nagranego filmu, powstawały też zdjęcia.

Co tu dużo mówić, popatrzcie.

Mary Ellen Mark: Marlon Brando fascinated by a dragonfly, Apocalypse Now, Pagsanjan, Philippines 1976

poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Przeczytane: Witold Szabłowski "Zabójca z miasta moreli"

W poprzedniej notce napisałam, że reportażysty nie widać w tekście. A to nie do końca prawda. Formułując to zdanie miałam na myśli na przykład panią Barbarę Pietkiewicz z Polityki, której teksty czytam od lat, a nie miałam najmniejszego wyobrażenia jej postaci. Tymczasem styl dziennikarza może się różnić diametralnie i czasami autor choć trochę się odsłania (tak po prawdzie najbardziej pomaga przy tym informacja na skrzydełku książki bądź inne źródła).

"Zabójca z miasta moreli" to zbiór reportaży z Turcji. Nie twierdzę, że po przeczytaniu tej książki jestem znawczynią państwa leżącego na granicy Europy i Azji, zresztą rozmówcy Szabłowskiego dość często powtarzali: "Ty tego nie zrozumiesz. Nie jesteś Turkiem", ale przynajmniej zyskałam jakąś wizję miejsca, w którym trwa wieczna walka między dwoma przeciwieństwami. Zaczynam widzieć to wieczne balansowanie na linie nad przepaścią, z jednej strony chrześcijaństwo, z drugiej islam, tu Europa i wytęskniona Unia, tam przeciwnicy Zachodu.

Witold Szabłowski jest młody i czasami tę jego młodość bardzo sympatycznie widać w tekście, ale w żadnym wypadku nie chodzi mi tu o niedojrzałość, ale o o stan ducha - młodość w sensie energii do życia i ciekawości świata.
Szabłowski pisze fenomenalnie. Lektura wciąga i nawet długie ustępy o historii kraju łyka się jednym tchem. Potrafi pisać i o seksie oraz o najsłynniejszej tureckiej rubryce "napisz do Kasi" (czy też raczej "napisz do Ciotki Güzin), ale podejmuje też takie tematy jak honorowe zabójstwa kobiet i robi to przejmujący sposób, chociaż bez sensacyjności. Nie ma tam tanich chwytów pod publiczkę, jest za to chęć zrozumienia bohaterów, szeroki ogląd i konkretne, pełne dramatyzmu historie. Słowem - wszystko co być powinno, napisane ze swadą i, jeśli tylko jest na to miejsce, poczuciem humoru.

Podoba mi się też jego dar formułowania genialnej pointy, moja ulubiona pochodzi z reportażu "Imamowie i prezerwatywy" (pewnie po części dlatego, że dotyczy Polaków), ale nie będę jej zdradzała. Po książkę warto sięgnąć i basta.

Nie wiem, który reportaż poruszył mnie najbardziej, zwłaszcza że książkę pochłonęłam jednego wieczoru, a to nie sprzyja zapamiętywaniu szczegółów. Na pewno olbrzymie wrażenie zrobiły na mnie teksty o honorowym zabójstwie kobiet, prostytutkach (prostytucja jest w Turcji legalna) i o nielegalnych imigrantach. Nie miałam pojęcia o strzelaniu do przemytniczych łodzi (straż przybrzeżna), o wyławianych codziennie ludzkich ciałach. Nikt nie lubi mówić o trudnych sprawach, a takie niewygodne problemy chętnie zamiata się pod dywan.

Z przyjemnością kupię każdą kolejną książkę Witolda Szabłowskiego.

Swoją drogą, to chwalebny zwyczaj, żeby reportażyści wydawali książki i dzięki ci, o Wydawnictwo Czarne!, bo kolejne pozycje można kupować niemal w ciemno.

Ocena: 5+

czwartek, 07 kwietnia 2011
Przeczytane: Agnieszka Wójcińska "Reporterzy bez fikcji"

Dobrego reportażysty właściwie nie widać. Przefiltrowuje tekst przez sito własnych doświadczeń, wiedzy i umiejętności, ale gdy czytamy tekst nie wiemy, kim był człowiek, który pytał, szukał, zbierał informacje.

A mnie właśnie to interesuje. Od lat mam swoich ulubionych polskich reportażystów, zresztą ich lista wciąż się wydłuża (w ogóle nie wiem jak mogłam jeszcze na przykład nie czytać Pawła Smoleńskiego, jego "Izrael już nie frunie" jest na liście książek do kupienia w najbliższej przyszłości).
Zawsze bardzo mnie interesowało, kto stoi po drugiej stronie. Jeśli czyta się reportaże nie tyle z powodu tematu, co z powodu autora, coraz bardziej chciałoby się dowiedzieć, kim ów autor jest. Dlatego rozmowy Agnieszki Wójcińskiej z kilkunastoma polskimi reportażystami są dla mnie prawdziwą gratką. Wreszcie mogę podejrzeć ich pracę od kuchni.

Książka "Reporterzy bez fikcji" pokazuje, że reportaż nie jest tylko zbiorem wyrazów pracowicie wystukanych na klawiaturze, ale tekstem o ludziach, który powstał w czyjejś głowie. "Fakty są święte" - to twierdzenie przewija się w rozmowach, ale jednocześnie nie da się uniknąć subiektywizmu.  

Fascynujące są różnice w podejściu do pracy. Zarówno jeśli chodzi o techniczny proces powstawania reportażu: na przykład używanie dyktafonów, sposób robienia notatek (Hugo-Bader i jego żółte, samoprzylepne karteczki - pięknie to sobie wyobrażałam), jak i relacje z bohaterami swoich tekstów. Na przykład Irena Morawska mówi o nich następująco: "To nie są przyjaźnie. Raczej kontakty, które opierają się na telefonach od czasu do czasu, esemesach, mejlach, wymianie życzeń świątecznych, a niekiedy spotkaniach. Z upływem czasu większość tych relacji wygasa. Życie je rozwiązuje. (...) wiem, że w każdej chwili mogę zadzwonić do bohatera i zapytać: <>."

Chętnie zacytowałabym pół książki, ale ponieważ to niemożliwe, przedstawiam jeszcze dwa króciutkie fragmenty:

Wojciech Tochmann: "Ale nie zgadzam się z Wojtkiem Jagielskim, który mówi, że praca reportera oduczyła go pokus, by pomagać tym, o których pisze, albo zapłakać z nimi. A dlaczego nie? Ja często wychodzę z roli reportera. Ludzie widzą wtedy, że nie tylko o tekst mi chodzi, ale o bycie z nimi."

Jacek Hugo-Bader: "Jestem dziennikarzem, reporterem. Jedyne co umiem zrobić, to pięknie o kimś napisać. Inaczej zająłbym się wolontariatem. A moim przeznaczeniem jest coś zupełnie innego. Naprawiam świat inaczej."

Fascynująca lektura dla wszystkich, którzy choć trochę interesują się reportażem.

Na piątkę z plusem.

sobota, 26 marca 2011
Przeczytane: Maria, Magdalena i Kiki, czyli wspomnienia i biografia

Coraz bardziej lubię biografie i wspomnienia. Najbardziej podoba mi się patrzenie na świat oczami bohatera. Wielka historia zawsze jest gdzieś w tle, znani z encyklopedii lub albumów ludzie przewijają się na kartach książki, a autor wspomina wszystko: i rok 1918 i oswojoną wiewiórkę, tu przewrót majowy, a tam sprzeczka rodzinna. I wszystko jest ważne, bo to książka o zwykłych ludziach.

Chociaż w otoczeniu Marii i Magdaleny akurat sami niezwykli.

Książka „Maria i Magdalena” Magdaleny Samozwaniec należy do wspaniałych pozycji z gatunku wspomnień. Leciutka niczym piórko, pełna niewymuszonego humoru, czyta się z niezwykłą przyjemnością, a wszystkie postaci są żywe, energiczne i zdaje się, że zaraz do nas przemówią. Jestem po lekturze pierwszej części, więc najwięcej jest idyllicznego krajobrazu dzieciństwa (szczególnie ciepło odmalowana jest rodzinna posiadłość: Kossakówka), czuć wielką miłość autorki do rodziny, ale są już i pierwsze małżeństwa i Magdaleny i Lilki (czy też raczej Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej), nieudane, odnotowane dość skrupulatnie i ze zrozumieniem dla przyczyn ich upadku. Subiektywnie, rzecz jasna, bo uwielbienie dla rodziny bije tu z każdej strony, ale mi nie przeszkadza, to nie reportaż.

Najbardziej jednak chłonę atmosferę Krakowa snobującego się na Wiedeń, tych wyjazdów do Zakopanego, gdzie Staś Witkowski robił pyszne kawały, a Zofia Stryjeńska rzucała w męża zapaloną lampą naftową, tych pojedynków, co to ich ukochany tatko, Wojciech Kossak nie cierpiał i jako sekundant sprytnie doprowadzał do pogodzenia zwaśnionych (nie powiem jak, nie będę psuła niespodzianki), tych balów, na których białe rękawiczki czuć było benzyną, a kreacje niekoniecznie należały do najświeższych, bo o higienę nikt nie dbał. Poznaję artystów i mieszczan, skąpych bogaczy, żydowskich handlarzy, poważne matrony i szlachcianki, widzę Pawlikowską klęczącą przy łóżku z rozpuszczonymi włosami, to tak jej się pisało najlepiej, widzę Kossaka jak podkręca wąsa, a wszystkie damy omdlewają i młodą Magdalenę widzę, jak wymyka się na bal z nielegalnie ufarbowanymi włosami i poczernionymi brwiami, tak że własna matka się jej wyparła, gdy w pierwszym rzędzie w tańcu zobaczyła.

I tak dalej, i tak dalej...

Poza tym była jeszcze „Kiki. Królowa Montparnasse’u” Lou Mollgard, również ciekawa ze względu na bohaterkę, bo Kiki (właściwie Alice Prin), modelka, aktorka, malarka, piosenkarka i pisarka była jedną z bardziej znanych postaci paryskiej bohemy międzywojnia. Jednak porównując obydwie książki, zdecydowanie wolę Samozwaniec. Nie do końca odpowiadał mi styl pisania, podszyty egzaltacją. Chociaż z drugiej strony mam wrażenie, że nieźle oddawał charakter Kiki, na pewno zapomnę niedługo szczegóły z jej życiorysu, za to zostanie mi w pamięci ogólne wrażenie: obraz kobiety, która kochała życie i kochała się bawić, wyzywającej skandalistki i delikatnej dziewczyny – wszystko w jednym.

Przy biografiach mam jednak ten problem, że lubię wiedzieć na czym stoję. „Kiki” to właściwie beletrystyka i chociaż dialogi i różne drobiazgi sprawiają, że książka jest barwniejsza, to ja nie wiem na ile dokładnie została zrekonstruowana przeszłość. Wiadomo, że autor może coś dodać, żeby się lepiej czytało, ale lubię wiedzieć ile.

Ale o Kiki warto pisać, bo to faktycznie była kobieta niezwykła. Mężczyźni tracili dla niej głowy, co biorąc pod uwagę dzisiejszy kanon urody jest niezrozumiałe, ale wtedy była muzą Man Raya czy Picassa. Warto przeczytać „Kiki”, poczuć atmosferę Paryża lat dwudziestych, i poznać życiorys Królowej Montparnasse’u.

Samozwaniec: 5, Mollgard: 4/4+ (plus ze względu na moje zainteresowanie tematem)

sobota, 19 marca 2011
Przeczytane: Wieniedikt Jerofiejew "Moskwa-Pietuszki""

"Ale oni nie rozumieją naszego smutku" - powiedział Wienia i faktycznie, bo czy inne narody kiedykolwiek zrozumieją rosyjską duszę? Im więcej czytam temat Rosji, tym mniej wydaje mi się to prawdopodobne.

Po kolei jednak. Wienia właśnie stracił pracę, spakował prezenty w walizeczkę, wsiadł w pociąg i jedzie z Moskwy do Pietuszek. Ach, Pietuszki, kraina szcześliwości! Tam ukochaną rudowłosą spotka na peronie i dziecko czeka, dziecko co ledwie trzy lata skończyło i zna już literę "ju", takie zdolne.
Pytanie tylko, czy uda się tam dotrzeć. Wienia to alkoholik. Pije sam i pije z każdym, którego napotka - niepijący nie występują.

- A czy nie można nie pić? Wziąć się w garść - i nie pić? Na przykład tajny radca Goethe nie pił wcale.
- Wcale? Nie pił? - czarnowąsy aż wstał i włożył beret. - Nie może być!
(...)
Czarnowąsy aż przygarbił się i posmutniał. Na oczach wszystkich załamywał się jego system. Harmonijny system utkany z żarliwej i efektownej przesady. "Pomóż mu, Jerofiejew - szepnąłem do siebie. - Pomóż człowiekowi. Zasuń jakąś alegorię, albo co..."
- Tak więc powiada pan, ze tajny radca Goethe nie pił ani kropli? – zwróciłem się do dekabrysty. – A czy pan wie, dlaczego nie pil? Co go zmuszało do niepicia? Wszystkie szlachetne umysły piły, a on nie? Dlaczego? (...) Myśli pan, ze nie miał ochoty wypić? Oczywiście, ze miał. Wiec żeby uniknąć obsuwu, zmuszał do picia wszystkich swoich bohaterów. Weźmy na przykład „Fausta”. Kto tam nie pije? Wszyscy pija. Faust pije i odzyskuje młodość, Siebel pije i atakuje Fausta, Mefistiofeles nic innego nie robi, tylko pije, częstuje burszow i śpiewa im „Pchłę”. Spyta pan, po co to było tajnemu radcy Goethemu potrzebne? Odpowiem: a dlaczego zmusił Wertera, żeby strzelił sobie w łeb? Dlatego że – są świadectwa – sam był bliski samobójstwa, więc, żeby przezwyciężyć pokusę, zmusił Wertera, by ten to zrobił zamiast niego. Rozumie pan? Pozostał przy życiu, ale jakby popełnił samobójstwo, i był zupełnie usatysfakcjonowany. To jest nawet gorsze od pospolitego samobójstwa, bo więcej w tym tchórzostwa, egoizmu i niskich pobudek...
Wiec ten pański tajny radca tak samo pił, jak do siebie strzelał. Mefistofeles wypijał – a jemu, staremu kundlowi, było przyjemnie. Faust sobie golnął – a ten stary żłób już był wlany. Pracował ze mną na budowie taki facet Kola i było z nim to samo; sam nie pil, bał się, że wypije i pójdzie w gaz na całego, na tydzień albo na miesiąc. A nas prawie siłą zmuszał. Nalewał nam, łachudra, chrząkał za nas, rozkoszował się, chodził jak zamroczony …
Tak samo wasz ulubiony Johann von Goethe! Schiller go częstował, a on odmawiał – pewnie! To był alkoholik, to był moczymorda, ten pański tajny radca Johann von Goethe. I raczki mu się tak jakoś trzęsły ...!
- O, to rozumiem ... – Dekabrysta i czarnowąsy wpatrywali sie we mnie z zachwytem. Harmonijny system został odbudowany i wraz z nim powróciła radość życia. Dekabrysta wyciągnął z płaszcza szerokim gestem butelkę pieprzówki i postawił ją u nóg czarnowąsego. Czarnowąsy wyciągnął stołeczna. Wszyscy zacierali ręce w niezwykłym podnieceniu.


"Moskwa-Pietuszki" wciąga. Pełna jest kontrastów, erudycja pomieszana z najpospolitszymi przekleństwami, ideały rewolucji z ważkim problemem godzin otwarcia sklepu z alkoholem. Wódka jednak jest jednakowo dobra dla wszystkich, bo siadają wespół przy butelce tacy, że jeden z nich mówi "zagrycha jak cie mogie", a drugi, poeta, który rzeczy "trans-cen-den-talne" rozważa. Przyziemne i uduchowione razem.

Jerofiejew przypomina mi trochę sposobem prowadzenia narracji Mendozę, ale jest lepszy. No i kpiarstwa tam nie uświadczysz, raczej gorzka ironia. Trochę też męczy, bo z książki bije poczucie beznadziei. Filozoficzne monologi wciągają, pewnie przez wspomniane kontrasty, ale czasami, gdy do północy niedaleko, po kolejnym intensywnym dniu, jestem w stanie przeczytać li i jedynie kryminał.
Czy też: wydawało mi się, że tylko kryminał, bo książki nie udało się odłożyć i czytałam, zafascynowana, chociaż półśpiąca.

sobota, 12 marca 2011
Prawie przeczytane: Antoni Słonimski "Alfabet wspomnień"

O Słonimskim przypomniała mi Hania Bania, która chcąc zrobić wrażenie na polonistce pochwaliła się wyimaginowaną znajomością z poetą, a potem już musiała go jakoś poznać.

Traf chciał, że najpierw wpadł mi w ręce „Alfabet wspomnień”.

Tego typu książki zachęcają by nie czytać ich od deski do deski, ale by w przypadkowy sposób wybierać hasła. Więc najpierw BOY. TADEUSZ ŻELEŃSKI, potem BELWEDER, BRONIEWSKI WŁADYSŁAW („z Pomnikiem popijałem i grałem z brydża”) i CAT-MACKIEWICZ STANISŁAW, potem LECHOŃ JAN, LEŚMIAN BOLESŁAW, LONDYN, i jeszcze TUWIM JULIAN, WELLS H.G., WITKACY. STANISŁAW IGNACY WITKIEWICZ i wiele, wiele innych.

We wspomnieniach wszystkie postaci ożywają, to już nie pomniki, nie autorzy wierszy w podręcznikach, nie Wielcy Artyści, ale ludzie z krwi i kości. Picasso, Majakowski, Pirandello, Tuwim, Prus, Shaw – Słonimski ich znał, z nimi pił i rozmawiał. No dobrze, z Prusem, jak twierdzi, rozmowa była jednostronna, bo pacholęciem będąc odebrał tylko książkę, którą Prus przyniósł dla Słonimskiego seniora. Autor Faraona rzekł wtedy: "Niech kawaler odda to panu doktorowi". Była to ich jedyna konwersacja.

To co najbardziej mnie zachwyciło to poczucie humoru. Czasami bowiem mam wrażenie, że tylko ostatni Mohikanie pamiętają znaczenie słowa "anegdota". Z rozrzewnieniem wspominam pewnego profesora, który ugruntował we mnie miłość do muzyki poważnej, a którego wykłady przyciągały tłumy ze względu na piękną polszczyznę i cudowne anegdoty. Dlatego z przyjemnością poluję na takie facecje:

Na jakiejś próbie [Mieczysław Limanowski] objaśniał, co znaczy dość niespodziewane w tekście słowo "krowa". "No cóż, krowa to znaczy mleko - mleko to znaczy matka - matka to znaczy ziemia." Sekretarka zwróciła uwagę, że to błąd w przepisywaniu i że ma być nie "krowa", ale "królowa". Limanowski ciągnął spokojnie dalej: "No cóż, królowa to znaczy matka, matka to znaczy mleko, mleko to znaczy ziemia." Takiemu nie dasz rady!

Co ciekawe, wiele anegdot z „Alfabetu wspomnień” już gdzieś kiedyś słyszałam, a teraz mam po prostu okazję, by przeczytać je w pełnej wersji.

Ale nie tylko dowcip autora sprawia, że tę niewielką (niestety) objętościowo książkę czyta się z taką przyjemnością. „Alfabet” to zbiór perełek, celnych spostrzeżeń, złośliwych uwag i całkiem poważnych przemyśleń. Jest i o przyjaźni, i o wojnie, emigracji, literaturze, teatrze, polityce, piciu, wygłupach, biedzie i bogactwie, odwadze i tchórzostwie.

Warto.

wtorek, 08 marca 2011
Przeczytane: Hanna Bakuła "Hania Bania. Tornado seksualne"

Hanię Banię pokochałam wielką miłością od pierwszych stron pierwszej części. Ostatnio wpadł mi w ręce tom trzeci, więc z radością rzuciłam się na niego i przeczytałam w jeden wieczór.

Hania Bania rośnie. Naturalnie wszerz (czytając tę książkę byłam cały czas głodna), bo Hania nie na darmo nosi przydomek Bania, ale też dojrzewa. Kończy się dzieciństwo, a historyczne wydarzenia sprawiają, że cała naiwność Hani znika jak sen złoty. Swoją drogą: to niesamowite jaką polityczną idiotką była Hania, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę poglądy jej najbliższych. Co prawda nie ma się co dziwić, że nikt się nie spieszył z uświadamianiem Hani, bo "jęzor miała jak iguana", ale też aż tak niczego nie zauważać?

Chociaż, czemu ja się dziwię. Nie dalej niż wczoraj widziałam w telewizji sondę uliczną: licealistów pytano o Katyń. I kto kogo zabił? Niemcy Polaków, oczywiście!

Polityka polityką, ale Hania Bania nie zawodzi. Jak zawsze brawurowo idzie przez życie, kocha i cierpi (jako, że osiągnęła odpowiedni ku temu wiek) przyjaźni się i dowiaduje co to zdrada. Ach, i oczywiście kłamie. Jak ona pięknie kłamie!
Wszystkie moje łgarstwa związane z wagarami są niczym przy pomyśle Hani, która nie chciała iść na klasówkę.

Hania Bania to równa dziewczyna. Trochę bym się jej bała (zupełnie jak profesor Bralczyk) ale nigdy bym się z nią nie nudziła.

niedziela, 27 lutego 2011
Wrzenie świata

Niedziela godzina 16. Teoretycznie idealna pora, by przy popołudniowej kawie lub herbacie w spokoju włączyć radio.
Teoretycznie.
W praktyce dwoje dzieci w wieku przedszkolnym z łatwością zagłuszają pracę młota pneumatycznego, więc o słuchaniu mogę sobie tylko pomarzyć.

Na szczęście są podcasty, więc gdy przychodzi noc i dzieci wreszcie cichną, mogę wejść na odpowiednią stronę, odnaleźć audycję "Wrzenie Świata" i kliknąć na wybrany link.

Co prawda nie wiem czy uda mi się kiedykolwiek nadrobić wielomiesięczne zaległości, ale przynajmniej zagniatanie ciasta lub prasowanie może stać się przyjemnością.

Półka z reportażami na biblioteczce jest coraz lepiej zaopatrzona, więc ta audycja jest jakby stworzona dla mnie. Lubię wiedzieć jaki głos mają osoby, z których zdaniem się liczę, lubię uważny sposób w jaki konstruują wypowiedzi. To niezwykle odświeżające by, wśród zalewu paplających bez sensu, posłuchać ludzi, którzy myślą o tym co mówią. A piszą jeszcze lepiej.

piątek, 25 lutego 2011
Dzisiaj wyjątkowo tylko link

Link do artykułu w dzisiejszej GW.

Można oczywiście nadal powtarzać, że szczepienie MMR jest szkodliwe, bo wywołuje autyzm, ale może lepiej wreszcie dowiedzieć się skąd wziął się ten mit.

Lektura obowiązkowa dla rodziców.

wtorek, 22 lutego 2011
Przeczytane: Helmut Newton "Autobiografia"

Jeśli chodzi o biografie, to nie jestem obiektywna, bo lubię ten gatunek w ogólności i szczególną słabość mam do autobiografii. A skoro jeszcze autorem był fotograf, to oczywiście przeczytałam z zainteresowaniem.

Helmut Newton zdecydowanie nie należy do moich ulubionych fotografów, ale trudno o nim nie wspomnieć, szczególnie przy fotografii mody. Mi się ten styl nie podoba, zbyt ciężki, a i elementy sado-maso się znajdą. Wysokie postawne blondyny paradują nago, ale za to w szpilkach lub obleczone w skóry zakuwają się w kajdanki. Ach, i monokle, zapomniałam o monoklach. Newton bardzo je lubił.


Chociaż nie powiem, znajdzie się wiele fotografii, które mnie zaciekawiły lub się spodobały.
I uwielbiam zdjęcia jego żony June Brown, to znaczy te, które robił żonie, bo ona sama, kiedy już rzuciła aktorstwo, również zajęła się fotografią i znana jest pod pseudonimem Alice Springs.


Są też portrety, którymi Newton zajął się pod koniec życia. Zapamiętałam między innymi Sigourney Weaver. O taką:



A dzisiaj znalazłam stronę fotografa Johna Rankina (fantastycznie zrobiona, to najciekawszy projekt strony www jaki widziałam od dawna) i co prawda zdjęcia mody naprawdę  niespecjalnie mnie interesują, ale Rankin z upodobaniem robi portrety. Natychmiast wsiąkłam i kiedy tak sobie klikałam na kolejne obrazki, znalazłam pewnego bardzo przystojnego aktora. Proszę:

Tak, w ramach ciekawostek.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Tagi