sobota, 19 lutego 2011
Świat w kolorze

Jest w sieci wiele pięknych miejsc. Ale mam jedno szczególne, do którego zaglądam zawsze z tą samą ciekawością. To blog Steve'a McCurry.
Wszyscy go znacie, nawet jeśli o tym jeszcze nie wiecie, bo McCurry to autor najsłynniejszej okładki National Geographic, na której znalazła się fotografia afgańskiej dziewczyny.

Ale McCurry w żadnym wypadku nie jest fotografem jednego zdjęcia. Czasami mam wrażenie, że u niego niemal każde zdjęcie to "to najważniejsze". Idealne kadry, perfekcyjna technika i kolor. Bo McCurry działa na przekór twierdzeniu, że czarno-białe zdjęcia niosą ze sobą większy ładunek emocjonalny. U niego kolor ma znaczenie. I to jakie!
Podczas, gdy międzynarodowe konkursy wygrywają kolejne czarno-białe fotografie, McCurry jaskrawymi kolorami opowiada najbardziej przejmujące historie.
Na przykład o tym kormoranie.




Popatrzcie.

niedziela, 06 lutego 2011
Oklaski

W teatrze jest moment, który uwielbiam, niezależnie od tego, czy przedstawienie mi się podobało i jak bardzo - to oklaski na koniec.


I nie, nie chodzi tu o ulgę, że już się skończyło ;)


Lubię patrzeć na ludzi, którzy przez dwie czy trzy godziny dawali z siebie wszystko, którzy włożyli mnóstwo pracy i wysiłku w to, bym wyszła zadowolona. Lubię patrzeć, jak uznanie publiczności sprawia im radość.


To prawda, że nic nie zastąpi teatru i kontaktu aktor-widz.
Choćby dlatego warto tam przychodzić.

sobota, 05 lutego 2011
Przeczytane: Wojciech Tochmann: "Dzisiaj narysujemy śmierć"

Wcale nie chciałam kupować tej książki. Ani trochę. Wiedziałam, że przeczytanie jej nie będzie miało nic wspólnego z przyjemnością.
Dlatego piszę o niej od razu po skończonej lekturze. Później pewnie nie będę chciała do niej wracać.

Tochman napisał na okładce: "Wolałbym, aby ktoś, kto sięga po moją książkę, sam siebie spytał: dlaczego o tym czytam? Dlaczego się z tym mierzę?".
To pytanie towarzyszyło mi od pierwszych zdań do samego końca.

I może wbrew pozorom odpowiedź jest prosta: z tego samego powodu, z którego on napisał tę książkę. Z tego powodu, który go pchał do spisywania tego co zobaczył i usłyszał.

Dlatego, że z murów jednego z kościołów, w którym dokonano rzezi ponad dziesięciu tysięcy osób, pewnego dnia zniknął mówiący o tym napis. Zamalowany.

Dlatego, że sprzymierzeńcem katów jest cisza.

Nigdy nie zrozumiem, to przechodzi ludzkie pojęcie, tego się nie da pojąć, nawet nie widzę powodu, by próbować. Nie sądzę też bym kiedykolwiek miała najmniejszy wpływ na to co się dzieje w Rwandzie. Ale jedyne co mogę zrobić, to przeczytać, wiedzieć co się stało i nie udawać, że ludobójstwo nigdy się nie zdarzyło.

Nóż, maczeta, maczuga, dla szczęściarzy - strzał.

Gdy czytałam "Jakbyś kamień jadła" było trochę łatwiej, bo przynajmniej była doktor Ewa, która się stara poskładać zmarłych, oddać ich kości bliskim. Wiadomo przynajmniej, że ktoś zaginął, szuka go rodzina, chce się dowiedzieć co się stało.
Kto ma szukać w Rwandzie, skoro ginęły całe rodziny, a dokumenty najpierw skrupulatnie niszczono?

Nie będę pisała "to książka dla ludzi o mocnych nerwach". Bo nie o to w niej chodzi. To nie thriller, który ma nas przestraszyć dla rozrywki. To nie epatowanie okrucieństwem. To rzeczywistość. Można na nią zamykać oczy, ale wierzę, że powinniśmy wiedzieć. Nie wiem dlaczego. Po prostu trzeba wiedzieć.

piątek, 04 lutego 2011
Przeczytane

Można odnieść wrażenie, że nic ostatnio nie czytam, co oczywiście nie jest prawdą, bo bez słowa pisanego usycham i jeśli już nie czytam, to znaczy, że najwyższa pora leczyć rozwiniętą depresję.
Na razie, tak jak zima, trzymam się nieźle. Opuściłam się tylko w odnotowywaniu ostatnich lektur.

Między innymi było:
Henning Mankell "Niespokojny człowiek".
Ta książka to smutne pożegnanie, Kurt Wallander nie poprowadzi już żadnej sprawy. Najbardziej poruszające jest prawdopodobieństwo takiego zakończenia, starość i związane z nią choroby nie omijają nawet ulubionego komisarza. Swoją drogą, to dość rzadki przypadek, by w ten sposób zakończyć karierę bohatera kryminałów. Wallander i tak nie miał łatwego życia, przygnębiająca i niebezpieczna praca, trudne stosunki z ojcem, rozwód, cukrzyca, a na koniec jeszcze Alzheimer.
A Mankell jak zwykle w formie.

Alexander McCall Smith "The Dog Who Came In From The Cold"
Gdzieś w połowie książki, nie zliczę której już tego autora, pomyślałam sobie, że przyszła pora, żebym sobie wreszcie od niego odpoczęła. Że znużyła mnie ta formuła powieści pisanej w odcinkach i że powieść straciła tempo i zaczyna mnie nużyć. A potem znowu złapałam haczyk i przeczytałam do końca w rekordowym tempie.
Trochę jest jednak prawdy w tym co napisałam, zawsze tak mam, że gdy trafię na dobrego autora, zaczytuję się nim bez opamiętania, a potem przychodzi przesyt. Jednak do książek McCall Smitha zawsze będę wracała z przyjemnością, gdy nabiorę ochoty na zwykłych ludzi filozofujących przy każdej okazji i na każdy temat. Gdy zechcę przyjrzeć się kondycji naszego społeczeństwa, albo gdy po prostu zatęsknię za galerią barwnych postaci, które stworzył w swoich powieściach.
Jedno jest pewne: Mma Ramotswe nigdy mi się nie znudzi. To niemożliwe.

Simon Houpt "Muzeum zaginionych dzieł. Historia kradzieży dzieł sztuki."
A to prawdziwa perełka. Teoretycznie nic specjalnego, bo cóż może być ciekawego w opisach obrazów i sposobu ich kradzieży. Ale autor pisze z prawdziwą pasją i nie podaje tylko suchych faktów, ale analizuje różne ciekawe zjawiska. Bo czy zastanawialiście się kiedykolwiek dlaczego dzieła sztuki osiągają tak horrendalne ceny? W którym kraju najlepiej sprzedawać kradzione obrazy? I kim byli najwięksi kolekcjonerzy na świecie? Ja nie, przyznam się od razu, ale po lekturze tej książki już wiem, że warto było się tego dowiedzieć.
Poza tym pierwsze zdanie tego akapitu to oczywista podpucha - opisy kradzieży są najciekawsze. Niby dlaczego powstało tyle filmów o złodziejach, w tym o dżentelmenach-włamywaczach? Ta książka jest lepsza niż niejeden film.

Alex Kershaw "Capa. Szampan i krew"
Czyli biografia jednej z ciekawszych postaci w historii fotografii: Roberta Capy.
O Capie obszerniej innym razem, a teraz w skrócie: uwielbiam czytać biografie, fotografią interesuję się od dawna, Capa był niezwykle barwną postacią, a Kershaw świetnie to opisał.

I nie pamiętam co tam jeszcze było.

środa, 02 lutego 2011
Drzwi do śmietnika

Obsesja grodzenia i zamykania nie ominęła także osiedlowych śmietników. Już teraz zamknięte na cztery spusty, niedługo zamienią się w warowne twierdze, do których wstęp będą mieli tylko nieliczni i to wyłącznie za przepustką.

Domyślam się, że wspomniany zamek w drzwiach nie wynika z obawy przed kradzieżą kontenerów, ale z niechęci do śmietnikowych poszukiwaczy. I przyznam, że jest do dla mnie niezrozumiałe. Mi osobiście nie przeszkadza pan, który pracowicie wygrzebuje wszystkie puszki, zwłaszcza że odpowiedniego pojemnika dla segregujących śmieci nie uświadczysz w okolicy (i tak jest nieźle, bo jest już na plastik i makulaturę). Powiem więcej, mieszkałam we wspólnocie, gdzie śmietnikowi poszukiwacze przychodzili niemal codziennie i jakoś nigdy nie zauważyłam zostawianego przez nich bałaganu. Za to z czystym sumieniem odwieszałam reklamówkę z czerstwym chlebem, który z pewnością trafiał do psa towarzyszącego panu.

Nie wiem jak inni, ale ja nie zawsze zabieram klucze, gdy wychodzę z domu. W przyszłości, żeby wysłać syna ze śmieciami, będę musiała dać mu też klucze. I pewnie wtedy, znając roztrzepanie potomka, spełni się moja obawa, że wylądują razem ze śmieciami w pojemniku. A ja, niczym Bridget Jones, będę za nimi nurkować.

wtorek, 01 lutego 2011
"Jak zostać królem"

Czasy, gdy znałam na wyrywki repertuar trójmiejskich kin minęły bezpowrotnie. Teraz przeglądam program telewizyjny i widzę filmy, na które nie zdążyłam pójść. I też ich nie oglądam.


Niemniej od wielkiego dzwonu zdarza się okazja by wybrać się do przybytku X muzy i nawet trafić na prawdziwą perełkę.


Nie będę powtarzała streszczenia "Jak zostać królem", ale z przyjemnością dołączę do chóru pochlebców. Dawno nie widziałam tak dobrego filmu. Było zabawnie, poruszająco i ciekawie, a gra aktorska zachwycała. Ale najbardziej podobało mi się to, że film był przekonujący. Wierzyłam bez zastrzeżeń w słowa bohaterów, trzymałam kciuki za sukces króla i rozumiałam jego wybuchy złości. Co więcej, nawet pod koniec, gdy przyszła pora na stosowną dawkę patosu, ten patos nie uwierał i nie raził sztucznością jak w produkcjach amerykańskich. A może po prostu film tak mi się podobał, że byłam w stanie przymknąć na to oko.


Oceniam na szóstkę i polecam wszystkim.

sobota, 29 stycznia 2011
Disney on Ice

Dzisiaj byliśmy rodzinnie na Disney on Ice.

Właściwie to nieistotne, czy mi się podobało, głównymi odbiorcami są dzieci. Może ujmijmy to tak, że gdyby nie dzieci, z pewnością nie pojawiłabym się w Ergo Arenie i bardziej bawiła mnie obserwacja ich reakcji, niż samo przedstawienie. Ale z punktu widzenia nieletnich impreza była świetna. Dużo świateł, muzyki, wartka akcja, znane z bajek kolorowe postacie, a w dodatku wszyscy tańczą na lodzie. Moje potomstwo wyglądało na zachwycone, mimo że z trudem wytrzymali taką dawkę atrakcji. Pierwsza połowa minęła jak z bicza strzelił, podczas drugiej znać było już pewne zmęczenie, zresztą zupełnie zrozumiałe.

Czyli wyjście zaliczamy do udanych, dzieci będą miały co wspominać, ale mam kilka dodatkowych uwag.

Parking na powietrzu, z pewnością niestrzeżony, kosztował 10 złotych za samochód. Po pierwsze jest to zdzierstwo pierwszej wody, w centrach handlowych za parking pod dachem płacę mniej za ten sam czas. A po drugie, kiedy już jadę na imprezę, za którą z całą rodziną zapłaciliśmy kupę kasy, to tak wysoka opłata za parking wydaje mi się żenująca. 
Tak przy okazji: w Ergo Arenie byłam pierwszy raz i bardzo mi się podobało. I z zewnątrz i w środku. Co prawda jak to u nas bywa, budując wielki obiekt zapomniano o takim drobiazgu jak dojazd do niego, o czym już pisano w wielu miejscach i wiele razy, ale budynek faktycznie wygląda imponująco. Podejrzewam, że pojawię się tam jeszcze nie raz, z dziećmi lub bez, w zależności od atrakcji. Żałuję tylko, że nie mogłam zobaczyć jak działają wielkie telebimy podwieszone pod sufitem.

Zakaz wnoszenia jedzenia i picia właściwie rozumiem i nie jest to dla mnie żadna nowość. Na dobrą sprawę każdy normalny człowiek wytrzymuje trzy godziny bez posiłku, niezależnie od wieku.
Tyle teorii.
W praktyce córka konsekwentnie odmawiała jedzenia w domu i poczuła ssanie w żołądku akurat w momencie, gdy dojechaliśmy na miejsce, a syn, który w wieku nastoletnim pewnie będzie przejadał całe nasze dochody, znowu zrobił się głodny.
Do wyboru mieliśmy pizzę, napoje prosto z lodówki (jasne, że daję moim dzieciom lodowato zimne soki, zwłaszcza tuż po przebytej anginie), popcorn i bliżej niezidentyfikowane słodycze. Swoją drogą, bardzo mi się podobało to coś roznoszone w kubkach w kształcie głowy. Czaszka była otwierana u góry - zupełnie jak u Hannibala Lectera. Chociaż nie sądzę, żeby o te skojarzenia chodziło pomysłodawcom.
A ja znowu mogłam sobie tylko pomarzyć, żeby moje dzieci jadły to co im przyrządzam z taką ochotą, jak tę sztuczną pizzę.

Najbardziej jednak rozbawiła mnie sytuacja przy stoisku z napojami.
- Mogę pani dać w butelce bez zakrętki lub przelać sok do plastikowej szklanki - zaproponowała mi pani.
- A dlaczego nie mogę z zakrętką? - zapytałam zdezorientowana.
- Żeby pani nie rzucała w aktorów.

Jestem z tego powszechnie znana.

piątek, 21 stycznia 2011
Informacyjnie

Na Qlturce pojawił się nowy dział "Gry", gdzie znajdziecie między innymi moje recenzje ulubionych gier: Questionaut i Polowanie na robale.

No i przed chwilą wstawiłam nowy przepis na pyszną i banalnie prostą sałatkę na Chochelkach.

Polecam :)

I serdecznie witam wszystkich, którzy tu trafili. Jak widzicie nie chwaliłam się szczególnie tym miejscem - to tylko moje notatki, żeby klawiatura nie rdzewiała.

czwartek, 20 stycznia 2011
Adele

Z racji ataku wirusów i bakterii - chwilowo nieczynne.

Ale za to dzisiaj przeczytałam w Polityce o niejakiej Adele. I właśnie rozważam zakup płyty.

 

Tagi: Adele muzyka
15:00, ruda-farbowana
Link Komentarze (1) »
sobota, 15 stycznia 2011
Trzy kropelki


Był późny wieczór. Dom ucichł, chore dzieci spały, mąż też już padł. Wiedziałam, że będę tego żałować rano, ale cisza i spokój są tak rzadkie w życiu każdego rodzica, że grzech z nich nie skorzystać.

Umościłam się wygodnie w rogu kanapy. Włączyłam lampkę. Olbrzymia książka ciężko leżała na kolanach.

Otworzyłam. Z autoportretu patrzył na mnie Diego Velázquez, nadworny malarz króla Hiszpanii Filipa IV.

Moją uwagę przyciągnął szeroko uśmiechnięty mężczyzna z Triumfu Bachusa. Wydaje się być najtrzeźwiejszy, a to on wyciąga zachęcająco rękę z czarką pełną wina. Poczęstujesz się widzu?

Kątem oka zauważyłam trzy kropelki wody na stronie obok. Bez zastanowienia starłam je ręką.

A one zostały.

Próbowałam wytrzeć wodę z reprodukcji w albumie.

Velazquez oszukał mnie prawie czterysta lat po swojej śmierci.



Miał niewiele ponad 20 lat, gdy namalował Nosiwodę z Sewilli.

Obraz ze stron Wirtualnego Muzeum.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Tagi