środa, 12 stycznia 2011
Dom w miniaturze

W kwartalniku 2+3D znalazłam artykuł "Stacje mieszkalne. Redefinicja domu". Bardzo ciekawy, nie przeczę, opisuje eksperymenty architektoniczne z samą formą domu. Jak pisze autor Dominik Lisik "Przez lata dom urósł do formy rozpasanego pudła z werandą, balkonami, garażem i ogródkiem. Dlatego śmiało można stwierdzić, że dopiero teraz projektanci i architekci z rozmysłem podejmują wyzwanie stworzenia dobrego obiektu do życia".
Ten dobry obiekt to według autora rodzaj kapsuły, miniaturowa osłona chroniąca nas od czynników zewnętrznych. A wszystko w nowoczesnej formie.
Żeby nie było wątpliwości: uważam przestawione w artykule projekty za ciekawe i inspirujące. Niemniej wygląda na to, że moja młodość minęła już wieki świetlne temu i mam zgoła inne podejście do architektury mieszkalnej.

Redefinicja domu jest sprawą dużo trudniejszą niż mogłoby się wydawać. Podstawowy problem polega na tym, że owe "rozpasane pudła" są po prostu najwygodniejszą formą do życia. Potrzebujemy przestrzeni. A gdy pojawią się dzieci, najchętniej przeprowadzilibyśmy się do zamku. Naturalnie można polemizować z tym, że rodzice i dzieci (celowo nie piszę "małżeństwo") to jedyny obowiązujący model rodziny, ale problem polega na tym, że bez dzieci trudno sobie wyobrazić przetrwanie ludzkiego gatunku.
Nawet jeśli projekt byłby przeznaczony dla singli, bardzo licznej przecież grupy, to też nie wróżę mu zbytniej popularności. Single też wolą lofty. Nad tym nie da się zapanować, odzywa się atawizm i najlepiej czujemy się na sawannie, a nie w klatce.
Wyłączając przypadki agorafobii.

Z drugiej strony, przecież nikt nie powiedział, że projekty mają być praktyczne. Koncepcja domu zawieszonego na wysięgniku (coś w rodzaju kabiny dźwigu) przyciąga uwagę oryginalnością i pobyt w takim pomieszczeniu zawieszonym nad drzewami lub wodą z pewnością może być ciekawym przeżyciem.

Fakt też, że mały metraż to duże oszczędności. A jesli ustawi się go gdzieś na odludziu, to wystarczy otworzyć drzwi, aby poczuć rozmiar świata. W odróżnieniu od nowych osiedli, gdzie z okna jednego mieszkania widać tytuły książek na półkach u sąsiada naprzeciwko.

Niemniej człowiek jest istotą społeczną. Mikroskopijne jednoosobowe domy nie wydają się więc kuszącym rozwiązaniem. Są raczej odpowiedzią na ograniczenia przestrzeni.
Idea domu też z trudem odrywa się od ziemi. Dom to nie tylko budynek, ale także miejsce, w którym jest osadzony. Niezrozumiałe jest też dla mnie gloryfikowanie ludów wędrownych. To nie nomadzi budowali cywilizację. Nietrwałość wydaje mi się dziwnym obiektem zachwytu akurat w architekturze.

Ale może właśnie o to chodzi? Może wkraczamy w świat, w którym nie ma nic stałego. Performance nie jest niczym nowym, a i choćby teatr nie zostawia po sobie niczego materialnego (wyjąwszy zapis na taśmie, ale sztuka teatralna istnieje o wiele dłużej niż film). Może więc czas pomyśleć w ten sam sposób o architekturze.


Moim zdaniem jednak nie jest to sposób na stworzenie wymarzonego miejsca do życia. Chyba, że na wakacje. Sama z przyjemnością zaszyłabym się na jakiś tydzień wyłącznie w towarzystwie książek i laptopa zostawiając za sobą cały ten zgiełk. A potem powróciłabym stęskniona na rodziny łono. Do domu. Nie do kapsuły.

poniedziałek, 20 grudnia 2010
House i reakcja na przemoc

Nie mam czasu na oglądanie telewizji. Dzienna średnia wynosi u mnie jakieś 7 minut a to za sprawą czwartkowego serialu. Czego jak czego, ale cotygodniowej porcji doktora House'a nie zamierzam sobie odmawiać.

Ostatni odcinek opowiadał o chorej blogerce i chociaż temat ciekawy, to nie o wpływie blogów na życie zamierzam się rozwodzić. Zapadła mi w pamięć inna scena.

Jest środek nocy. On i ona się kłócą, nieagresywnie, ale dość głośno. W pewnym momencie do drzwi stuka sąsiad.
- Proszę ciszej. Ściany są cienkie, muszę wstać bardzo wcześnie - tłumaczy.
Nagle zawiesza głos. Zauważył olbrzymi siniak na twarzy kobiety, wygląda zupełnie jak ślady pobicia.
I teraz uwaga: nie zastanawiając się ani chwili sięga po komórkę i dzwoni na policję.
Po prostu.
Nie pyta, nie szuka wytłumaczeń, nie uważa się za donosiciela. Reaguje odruchowo.

Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce?

 

sobota, 04 grudnia 2010
Ile kosztuje magister?

Pociąg zatrzymał się na niewielkiej stacji. Do celu jeszcze daleko. Znudzona, wyglądam przez okno i mój wzrok przyciąga ogłoszenie na obdrapanym budynku:

PIECZĄTKI

KSERO

PRACE MAGISTERSKIE

Żadnego krygowania się, przyjdź, skseruj notatki i przy okazji zamów tekst.

Zastanawiam się, czy przez te lata odkąd skończyłam studia, obyczaje zmieniły się na tyle, że normą stało się korzystanie z usług wyspecjalizowanych firm przy pisaniu prac.

Wpisałam w google "prace magisterskie". Można przebierać w ofertach. Zespoły redaktorów i naukowców napiszą na każdy temat.

A co na to promotorzy?

środa, 01 grudnia 2010
Lubimy wiadomości


Czytałam kiedyś wywiad Gabrielą Kownacką. Naturalnie nie mam już pojęcia, jakie padły w nim pytania, ale doskonale pamiętam wrażenie, że mam do czynienia z niezwykle ciepłą i serdeczną osoba.
I jeśli to prawda, że charakter jest wypisany na twarzy, to w przypadku tej aktorki można mówić tylko o prawdziwie pięknym wnętrzu.

Można było.
Czas przeszły.

A na którymś z portali, pod artykułem o śmierci Gabrieli Kownackiej, tysiąc osób "lubi to" na facebooku.

Znak naszych czasów.

22:17, ruda-farbowana , z prasy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 listopada 2010
Marilyn nie nosiła trepów, czyli krótka rzecz o obcasach

Obcasy nie są nowym wynalazkiem. Podobno już greccy aktorzy tragiczni miewali na nogach koturny, a na przykład w osiemnastym wieku z upodobaniem nosili je i mężczyźni i kobiety. Naturalnie ci, których było stać.

Jeśli chodzi o wysokość to zdecydowanymi rekordzistami były obcasy (czy też raczej: kolumny) noszone przez elegantki z szesnastowiecznej Wenecji. W czasach, gdy o chodnikach można było wyłącznie pomarzyć, 60 centymetrów odległości od błotnistej nawierzchni nie było takim głupim pomysłem. Pech polegał na tym, że sztuka chodzenia wymagała dosłownego wsparcia dwójki pomocników. Bez podtrzymania łatwo było wylądować twarzą w rynsztoku.

Spore ryzyko, chyba wolałabym zabrudzić suknie.

Co by jednak złego nie mówić, jedno jest pewne: obcasy dodają kobiecości. Czy ktoś w ogóle potrafi sobie wyobrazić Marilyn Monroe w sznurowanych półbutach? Jak wyglądała by słynna scena z "Pół żartem, pół serio" bez obcasów?! Pociąg robi głośne "pufff!", a Marilyn ucieka wystraszona - zbliżenie na nogi bez pończoch i bez szpilek byłoby tu nie do pomyślenia.

Na obcasach sylwetka automatycznie się prostuje: brzuch wciągnięty, pierś do przodu, biodra tańczą. Niech ortopedzi mówią co chcą, ale ze szpilek nie da się całkiem zrezygnować. Nawet jeśli na co dzień nosimy wygodne trepy, mokasyny, baletki, czy cokolwiek innego, to w momencie gdy po chodniku rozlegnie się lekkie stukanie obcasów, znowu przypomnimy sobie o elegancji, szyku, kobiecości.

A w domu z ulgą zsuniemy buty ze zmęczonych stóp.

I pozostaje się tylko cieszyć, że model widoczny na poniższym zdjęciu jest postrzegany wyłącznie w kategorii dzieła sztuki. Zwłaszcza, że chodzenie na czymś takim oznaczało by niewątpliwą amputację kończyny. Auć!

My shoes are killing me

poniedziałek, 15 listopada 2010
Różowy kontra niebieski, czyli rozmyślania o stereotypach


Bertie jest niezwykle zdolnym pięciolatkiem. Ma zajętego pracą ojca, ale ma też matkę z olbrzymią ilością wolnego czasu, który niemal w całości poświęca na, jak sama to nazywa "projekt Bertie". Życiowy cel mamy to rozwijanie geniuszu swojego dziecka. Jest więc nauka gry na saksofonie, lekcje włoskiego, joga i mnóstwo pogadanek edukacyjnych. Bertie zna się na operze, filozofii i aż boję się pomyśleć na czym jeszcze. Ale żeby rozwój Bertiego był kompletny, niezwykle ważna jest też kwestia płci. Na początek ściany pokoju chłopca zostały pomalowane na kolor różowy, a noszenie ogrodniczek o podobnej barwie ma spowodować, że Bertie będzie wolny jakichkolwiek stereotypów.

A Bertie chce by po prostu pozwolono mu być tym, kim jest - małym chłopcem.

Celowo przywołuję tu jednego z bohaterów książki "44 Scotland Street" Alexandra McCall Smitha, bo autor ten doskonale używa krzywego zwierciadła by pokazać absurdy naszej rzeczywistości. Naturalnie narzucanie przedszkolakowi różowego koloru (którego zresztą zdecydowanie nie lubi) i narażanie go na kpiny kolegów z powodu ubioru jest, delikatnie mówiąc, złym pomysłem. Niemniej jednak przesada w drugą stronę wydaje się nam zupełnie normalna.

Wyobraźmy sobie na przykład, że nasz trzy lub czterolatek prosi o kupno lalki. Albo różowego kucyka z zestawem do czesania. Pierwsza reakcja? Idę o zakład, że będzie to zdecydowany sprzeciw. Mężczyzna ma być mężczyzną, można mu kupić kolejną koparkę, miecz świetlny, wojownika etc. Ale absolutnie i pod żadnym pozorem nie wolno małemu chłopcu pożądać zabawek z różowej części sklepu. Różowa część, jak powszechnie wiadomo, jest dla dziewczyn i zawiera zestaw do makijażu dla dwulatki, lalki z wielkim biustem oraz kompletny zestaw sprzętu gosposi i kucharki. Inna sprawa, że to co zawiera się w nazwie "zabawki dla dziewczynek" jest tematem na obszerny felieton i nie mogę teraz się za to zabrać, bo mi wyjdzie książka. Jednak w tym wszystkim ciekawy jest fakt, że dziewczynki dostają w prezencie samochody. Mogą składać walec drogowy z klocków lego albo konstruować wyrzutnię dla rakiet. Chłopcy nie mają tyle szczęścia i na dobrą sprawę są skazani wyłącznie na zabawki z części niebieskiej.

Jeszcze gorzej jest z ubraniami. Mam wrażenie, że w dziecięcych działach odzieżowych zniknęły neutralne kolory, w których wszystkie dzieci, niezależnie od płci, wyglądają ładnie. Dziewczynki noszą wyłącznie przeróżne odcienie różu z błyszczącymi dodatkami, a chłopcy wdziewają szaro-bure barwy koniecznie ozdobione bohaterem komiksu lub trupią czaszką. Dziwi mnie to tym bardziej, że moim zdaniem większość zupełnie normalnych czterolatków gdyby obejrzała Spidermana miałaby koszmary senne. Wiem, wiem, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

Wracając jednak do dyskryminacji. Wygląda na to, że przesunęliśmy się nieco w jedną stronę, chłopcy mają być męscy, ale dziewczynki też. O ile społecznie przyzwolenie na kobiety wykonujące męskie zawody raczej istnieje, o tyle mężczyzna pracujący w grupie kobiet spotka się raczej z drwiną. Tylko zwróćmy tu uwagę, że ironiczne uwagi będą częściej pochodziły od kolegów, nie od koleżanek. Może więc wytłumaczenie jest proste, kobiety chcą się zmieniać i mają dość wiecznej roli żony i matki, skoro doskonale radzą sobie w innych dziedzinach, natomiast mężczyźni obawiają się owej mitycznej utraty męskości, którą rzekomo powoduje podjęcie pracy typowej dla kobiet.

Bycie kobietą na pewno nie jest proste, ale czasami myślę sobie, że bycie mężczyzną też ma pewne minusy.
Nawiasem mówiąc (dygresja to moje drugie imię), niech te minusy nie przysłonią nam plusów, zdecydowana większość pracujących kobiet zasuwa na dwóch etatach, czyli w pracy i w domu i jeszcze musi się z tego tłumaczyć.

Ale miało być przecież o dzieciach. Akurat ja mam to szczęście, że mam dwoje dzieci różnej płci. Dzięki temu w domu panuje względna równowaga. Naturalnie córka ochoczo przejmuje trendy przedszkolne i jej ulubiony kolor to różowy, a jeśli taniec to obowiązkowo w spódnicy, ale...

- Gdzie są moje majtki z Zygzakiem? - zafrasowana córka szuka ulubionej pary bielizny. Na topie są również czarne ineksprymable z, nomen omen!, Spidermanem - spadek po bracie.

Dzięki dwójce dzieci nie muszę się zastanawiać, czy wypada kupić synowi lalkę. W każdej chwili może pożyczyć od siostry, najchętniej razem z wózkiem. Bo, o ile wiem, że dziewczynce kupowałabym samochody i koparki bez zastanowienia, o tyle pewnie miałabym opory zanim włożyłabym do koszyka koraliki lub zabawkowe żelazko dla syna.
Teraz po prostu siedzą razem przy stoliku nawlekając koraliki na sznurek, albo urządzają wariackie wyścigi samochodowe. Córka ma ulubionego potworka z zestawu, jaki dostał syn, a syn czyta książkę o Martynce (sama widziałam jak pewna mama nie kupiła jej synowi, bo wydała jej się nieodpowiednia dla chłopców). Domyślam się naturalnie, że już niedługo wejdą w wiek, gdy silna identyfikacja z własną płcią skreśli wszelkie nieodpowiednie zabawki i w żaden sposób nie zamierzam tego zmieniać. Ale wiem, że mogą spróbować wszystkiego. Jeśli tylko chcą.

sobota, 13 listopada 2010
Przeczytane: Pernilla Stalfelt "Mała książka o kupie", czyli naturalizm rządzi

Odkąd mam dzieci sprawa kupy nie jest mi obca. Co prawda wcześniej też nie była, jest to niemożliwe z powodu fizjologii człowieka, ale nigdy nie zajmowała mnie w takim wymiarze.
Tymczasem towarzystwo potomstwa, w szczególności uwzględniając okres niemowlęcy, powoduje, że sprawa "numeru 2" nabiera wysokiej rangi.
Czy zrobił już kupę? Nie zrobił? Ile razy zrobił? Jak wyglądała? - te pytania dręczą młode matki, zwłaszcza przy pierwszym dziecku. Przy drugim (nie wspominając o następnych) ta koncentracja na temacie jest znacznie mniejsza i polega wyłącznie na dozorze, ale nadal istnieje.
Reasumując: dzieci sprawiają, że jeszcze bardziej nic co ludzkie nie jest mi obce.

Jednak "Mała książka o kupie" i tak mnie zaskoczyła. Nie byłam przygotowana na treść, nawet po wyznaniach mojej córki, która poddawała analizie produkty uboczne procesu trawienia (na szczęście tylko wizualnej) i trafnie wskazywała podobieństwa (- O! Wygląda jak piramidka! - radośnie obwieszczała po udanym seansie na nocniku).

Zaczyna się niewinnie.
"Każda żywa istota od czasu do czasu musi robić kupę. A już na pewno ludzie i zwierzęta".
Potem mamy przegląd ludzkich reakcji na kupę, a potem klasyfikację ze względu na wygląd i pochodzenie. Opisana jest dalszy los kupy po zniknięciu w odpływie sedesu (to ciekawi wszystkie dzieci), aczkolwiek stanowczo protestuję przeciwko obrazkowi kupy w czepku, która zażywa kąpieli w morzu. Owszem, jeśli chodzi o indyjskie rzeki jest to bardziej niż prawda, znane są mi również przypadki sprzed lat spuszczania szamba do jeziora, ale nie życzę sobie, żeby kanalizacja w moim mieście działała w ten sposób.

Jest też między innymi o bąkach i tu, muszę przyznać, że przedstawienie "Bąkowe szaleństwo" rozłożyło mnie na łopatki. Zupełnie nie rozumiem zamysłu autorki, która wpadła na pomysł przedstawienia golasów skaczących po łóżku i puszczających bąki.

Może jednak, zanim zaczniecie sobie cokolwiek wyobrażać, od razu powiem, że chodziło wyłącznie o udawane bąki, takie gdy naśladujemy odgłos ustami. Niemniej nadal po prostu nie rozumiem.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony jestem zadowolona, że jest taka książka. Kto ma dzieci, ten wie jak często pojawiają się przeróżne problemy w toalecie i lektura na ten temat może pomóc w oswojeniu tematu. Z drugiej strony mam uczucie lekkiego obrzydzenia, gdy czytam co by było, gdybyśmy jedli kupę, albo o naszyjniku zrobionym z wiadomo czego.

Reasumując: książka o kupie - tak, ale bez nadmiernej ekscytacji. Żarty związane z defekacją nigdy mnie szczególnie nie bawiły i nie zamierzam rozwijać poczucia humoru moich dzieci w tym kierunku. Owszem, dzieci naprawdę muszą się dowiedzieć wszystkiego o świecie, ale wolałabym, żeby autorka aż tak się nie zagalopowała.

czwartek, 11 listopada 2010
Grzeczność, czyli chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle

Grzeczność jest niewątpliwie godna pochwały. Czy jednak nadal taką pozostaje, gdy wymusza się ją na innych?

Weźmy taką aptekę. Wiadomo, apteka to nie piekarnia, każdy musi poznać dawkowanie leków, dopytać o tańsze odpowiedniki, przeciwwskazania i zalecenia. Często dopiero farmaceuta mówi nam to, o co nie zapytaliśmy lekarza. Często zdarza się więc, że stanie w kolejce złożonej z trzech osób w aptece może potrwać dłużej niż obsłużenie dziesięciu przeciętnych klientów w warzywniaku.

Gdy weszłam do apteki stał tam jeden pan. - Świetnie - ucieszyłam się w duchu - pójdzie migiem.
Dziesięć minut później pan nadal tam stał, a za mną kolejna osoba. Trzeba tu uczciwie dodać, że tak długi czas spędzony na zakupach był w dużej mierze zasługą farmaceutki. I takie przypadki się zdarzają.
W pewnej chwili w drzwiach stanęła starowinka z laską. Powoli przekroczyła próg, niezdecydowanie pokręciła się po malutkim wnętrzu. Nie ustawiła się w kolejce, ale też nie wpychała przede mnie. Wysyłała tylko silne sygnały niewerbalne świadczące o jej stanie zdrowia.
Szacunek do starszych mam we krwi. Zakorzenił się i nie da się go wyplenić, bez względu na konsekwencje.
- Proszę - powiedziałam, gdy przyszła moja kolej, wskazując starszej pani miejsce przy kontuarze.
Pani ucieszyła się wyraźnie.
Następne dziesięć minut spędziłam na starannym nie odwracaniu się w stronę kobiety stojącej za mną. Wolałam nie wiedzieć, co o mnie myśli.

Teraz, gdy się zastanawiam, stwierdzam, że popełniłam jeden błąd. Moim zdaniem nie polegał on oczywiście na ustąpieniu miejsca staruszce - gdy będę chodziła o lasce też z chęcią postoję pięć minut krócej w sklepie, jeśli ktoś będzie tak miły. Myślę jednak, że wystarczyło krótkie pytanie "Czy nie ma pani nic przeciwko?" skierowane do osoby za mną. Jak by nie patrzeć, ona też musiała dłużej czekać, a nikt jej nie pytał o zdanie.

Co jednak, jeśli odpowiedź byłaby negatywna? Przede wszystkim lepsza byłaby inna forma pytania "Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko?". W takiej sytuacji mało kto decyduje się na negatywną odpowiedź. Poza tym, mimo że de facto zdecydowałam za nią, to pani miałaby świadomość uczestnictwa w spełnianiu dobrego uczynku. No i wymagała tego zwykła grzeczność.

Właśnie - grzeczność. Jak się okazuje to wcale nie taka prosta sprawa.

 

poniedziałek, 08 listopada 2010
Kolos ze Świebodzina

Dzisiaj w Gazecie Wyborczej przeczytałam o ukończeniu pomnika Chrystusa. Po pięciu latach budowy Świebodzin może pochwalić się swoją wersją słynnego kolosa z Rio de Janeiro, tylko większą, bowiem gigantyczny posąg ma o 3 metry więcej niż pierwowzór. "Sama postać Jezusa mierzy 33 metry, dokładnie tyle, ile Chrystus miał lat, gdy umarł na krzyżu" - mówi pomysłodawca ks. Sylwester Zawadzki.

Tyle faktów.

Jestem przede wszystkim zniesmaczona. Ksiądz Zawadzki opowiada reporterowi Gazety co następuje "Wybudowanie pomnika było dla mnie powołaniem. Chrystus objawił mi się i powiedział, żebym to zrobił."
Jak się okazuje istota grzechu pychy jest dla wielu zupełnie niezrozumiała. Czy budowanie olbrzymich pomników gdzieś na końcu świata ma jakikolwiek sens? (wybaczcie mieszkańcy Świebodzina, nic do Was nie mam, ale do tej pory nazwa tego miasta zaledwie obiła mi się o uszy, ale przecież Wy pewnie też nie wiecie gdzie jest Orneta albo Dobre Miasto)
Nie wiem skąd bierze się ta gigantomania. W dodatku w tym (i wielu innych przypadkach) nie wnosi nic nowego do kultury. Wtórność projektu sprawia wrażenie, że powstał wyłącznie z potrzeby chorej rywalizacji.

Owszem, natura człowieka zawsze każe mu się w jakiś sposób wyróżnić, ot, taki "bałwan Herostrates" (to określenie Haska), który podpalił Artemizjon - on naprawdę chciał zaistnieć za wszelką cenę. Zastanawiam się jednak jakim cudem objawienie (a może: przywidzenie? budowanie takich pomników nie wydaje mi się zgodne z duchem Nowego Testamentu) jednego człowieka mogło stać się przyczyną pięcioletniej budowy za grube pieniądze.

Przypomina mi się pierwsza część Shreka i niziutki Lord Farquaad mieszkający w olbrzymim zamku. Mania wielkości i kompleksy - często najprostsze wyjaśnienia są najlepsze.

Update:

Burmistrz Świebodzina przemówił. Oto jego słowa: "Skoro cały Egipt, tysiące sklepikarzy, hotelarzy żyje z piramid, dlaczego u nas nie mogłoby być podobnie?"

 

wtorek, 26 października 2010
Kto wymyślił pantalony i czemu występuje teraz w telewizji

Z racji zainteresowań zdarza mi się oglądać różne programy kulinarne. A może inaczej: uwielbiam dobre programy kulinarne, w których prawdziwi mistrzowie patelni przygotowują smakowite cuda. Czasami jednak trafiam i na inne produkcje, raczej luźno związane z kuchnią.
Obejrzałam bowiem program "Ugotowani" i pierwsze pytanie jakie mi się nasunęło brzmi: jakim cudem w kulinarnym, jak by nie było, programie biorą udział ludzie, którzy nie lubią jeść? Ja się nawet nie czepiam tego jak gotują, zresztą niektórzy robili to całkiem porządnie.
(Niech mi ktoś wytłumaczy jakim cudem pewien człowiek robił tam swoje pierwsze w życiu naleśniki pod okiem kamery dla zaproszonych gości? Nie wydaje mi się, żeby zdecydował się na to z własnej woli.)
Ale naprawdę bez sensu jest zapraszanie do show kogoś, kogo jedzenie po prostu nie cieszy. To tak, jakby do oceniania konkursu pianistycznego zatrudnić głuchego.


Myślę, że przy okazji warto zacytować nieocenionego Anthelme Brillat-Savarina, który jasno wypowiada się na temat ludzi obojętnych rozkoszom stołu.
"Ci, na odwrót, którym natura odmówiła zdolności smakowych, mają twarz, oczy i nos długie; jakiegokolwiek będą wzrostu, w ich postaci jest coś wydłużonego. Włosy mają czarne i gładkie i przede wszystkim brak im tuszy: to oni wymyślili obcisłe pantalony.
Kobiety w tym samym względzie upośledzone przez naturę, są kanciaste, nudzą się przy stole i żyją tylko bostonem i obmową."

Otóż to! Cokolwiek boston oznacza.
Ktoś wie? Bo ja nie mam pojęcia.

Tagi