czwartek, 06 maja 2010
Golonka z rukolą


Czasami nieopatrznie wejdę sobie na pewne forum kulinarne. Jest to bardzo nierozsądne, bo potem boję się publikować jakikolwiek przepis w sieci.


Otóż według niektórych gotowanie powinno być dozwolone jedynie wybranym jednostkom, które posiadły wiedzę tajemną i prezentują jedynie słuszne podejście do przygotowywania posiłków. Wszelkie odstępstwo od tajemnych reguł winno być karane przynajmniej publicznym napiętnowaniem jeśli nie chłostą.


To fakt, że im więcej gotuję i czytam na ten temat, tym bardziej widzę różnicę między dobrą kuchnią, a kuchnią byle jaką. Ale przecież w kuchni znajdzie się miejsce dla wszystkich. I dla tych, którzy przyrządzają obiad w pół godziny korzystając z półproduktów, i dla tych, którzy zaopatrują się jedynie w sklepach z przedrostkiem „bio” lub „eko” w nazwie. Dla tych, którzy najbardziej na świecie lubią bigos i golonkę, oraz dla tych, którzy codziennie jedliby gorgonzolę i suszone pomidory. W dodatku jedno wcale nie wyklucza drugiego, czego jestem najlepszym przykładem.


Kuchnia nie zna granic. Świat staje się coraz mniejszy, więc i to, co kiedyś tchnęło powiewem egzotyki, teraz nam spowszedniało. Dlatego otwieranie wątków, które mają udowodnić, że kupując mascarpone czy ricottę jestem snobem nieodmiennie mnie bawi. Nie rozumiem dlaczego mam się ograniczać tylko do tego co polskie, skoro lubię jedno i drugie.
Zresztą zaraz, zaraz... Jakie znowu polskie? Włoszczyzna, jak sama nazwa wskazuje, także powinna być w Polsce zakazana. A takie znowu pomidory albo papryka? Nie wspominając nawet o ziemniakach - wszystko przywleczone zza oceanu.
Ach, i jeśli ktoś usmażył pancakes, to w żadnym wypadku nie powinien używać anglojęzycznej nazwy (chociaż akurat tu placuszki rzeczywiście lepiej brzmią). Nie wiem tylko co zrobić z muffinkami, bo nazwa też nie jest polska, a babeczki i muffinki to niezupełnie to samo.

Myślę, że ci wszyscy gardłujący w nieistotnych sporach zapominają o najważniejszym - gotowanie powinno sprawiać przyjemność. A dobra kuchnia łączy, nie dzieli.

środa, 05 maja 2010
Przeczytane (prawie): Bill Bryson: "Ani tu, ani tam"

Ani trochę nie śmieszne - chciałoby się westchnąć czytając książkę Billa Brysona "Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średnio zaawansowanych" czyli opis podróży Brysona po Europie.

Jestem podwójnie zawiedziona. Raz, że wydałam pieniądze na książkę, której pewnie nie przeczytam do końca, a dwa, że spodziewałam się czegoś znacznie lepszego. Otóż Bill Bryson jest mi znany z fenomenalnej książki popularno-naukowej "Krótka historia prawie wszystkiego". Przeczytałam ją z zapartym tchem dowiadując się o naszym świecie co najmniej tyle, co przez wszystkie lata nauki w szkole, a moje zainteresowanie tematem było przy tym nieporównywalnie większe niż we wspomnianych latach młodości. Dlatego spacerując między półkami w księgarni czym prędzej chwyciłam "najlepszą książkę podróżniczą roku" jak głosiła okładka i zabrałam się za czytanie.

Od razu pojawił się problem. Otóż nawet, gdy miałam lat 15 nigdy niespecjalnie śmieszyły mnie żarty nawiązujące do defekacji, wymiotów oraz psich jaj. W dodatku dowcipy o podtekście seksualnym są, jak się okazało, niezmiernie trudne do opowiadania. Pewnie gdybym była pryszczatym nastolatkiem, to faktycznie śmiałabym się do łez czytając o "melonach" panny Webster i reakcji na nie dorastających chłopców, ale mój pech polega na tym, że bawią mnie inne rzeczy. A może inaczej: bawią mnie historie inaczej opowiedziane.
Nie rozweseliła mnie bowiem wzmianka o koledze z klasy pana Brysona, który był tak głupi, że nikt nie wiedział jak się nazywa, więc mówiono na niego Matołek. Nie zaśmiałam się też przy ptasim łajnie lądującym na głowie kolegi Brysona i nawet nie dlatego, że jem "bułkę przez bibułkę", ale dlatego, że te żarty po prostu nie były śmieszne.

Na plus należy oddać autorowi, że się stara przy okazji przekazać nieco ciekawych informacji na temat odwiedzanych stron. Nieszczęście polega na tym, że za bardzo wziął sobie do serca przykazanie każdego prelegenta, by co jakiś czas opowiadać dowcipy. On opowiada je cały czas, tak jakby żadna strona nie mogła się obejść bez odniesień do wydzielin układu pokarmowego lub moczowo-płciowego.

Przyznaję też, że Bryson potrafi się też zachwycać. Na początku przestraszyłam się, że będzie to typowo prześmiewcza książka, gdzie jeśli nawet trafia się na cud natury, to należy ów cud prędko sprowadzić do poziomu rynsztoka. Niestety krótkie akapity pełne pozytywnych wrażeń w żaden sposób nie równoważą przaśnego humoru obecnego na kartach książki.

Spostrzeżenia Brysona czasami są dość interesujące, ale jednocześnie mam wrażenie, że bardzo często posługuje się stereotypami. Francuzi nie lubią obcych, a Włosi jeżdżą jak wariaci - takie stwierdzenia ani nie zaskakują głębią obserwacji, ani nie potrafią zaciekawić.

Reasumując: poczucie humoru pana Brysona tak bardzo różni się od mojego, że nie sądzę bym była w stanie dotrzeć do końca książki. A szkoda, bo mimo wszystko wierzę, że ma całkiem sporo do powiedzenia na temat Europy widzianej jego oczami.

sobota, 01 maja 2010
Przeczytane: "Świnia w Prowansji"

(uwaga! notka zawiera drastyczny opis)

 

- Ach, rzucić to wszystko i wyjechać gdzieś na wieś! - wzdycha niejeden mieszczuch stojąc w samochodowym korku i wdychając zapach spalin. Przed oczami ma z pewnością idylliczny widok zielonej łąki, szemrzącego strumyka i kilku kur leniwie grzebiących w ziemi. Zazwyczaj jednak na wzdychaniu się kończy, a ów marzyciel uciekłby z powrotem do swojego wymuskanego mieszkania w bloku na widok pierwszej myszy. Niektórzy jednak mają i odwagę i determinację do realizacji takich planów. Tak było w przypadku Georgeanne Brennan, która porzuciła słoneczną Kalifornię, by wraz z mężem i malutką córką osiąść w Prowansji. Kupiła tam dom z kawałkiem ziemi i zajęła się wyrobem koziego sera. Swoje doświadczenia opisała w książce "Świnia w Prowansji".


I faktycznie, w trakcie czytania byłam wielokrotnie bliska tego, by natychmiast rezerwować lot na południe Francji w celu spróbowania wszystkich omawianych smakołyków, ale też po to, by poczuć klimat tamtych stron. Nie na darmo podtytuł książki brzmi: "Dobre jedzenie i proste przyjemności w południowej Francji", bo z każdej strony czuć prawdziwą miłość autorki do opisywanych ludzi, miejsc i jedzenia właśnie. To uczucie jest na tyle silne, że pozwoliło jej na mieszkanie w domu bez bieżącej wody czy codzienne zajmowanie się gospodarstwem z malutką córką u boku i drugim dzieckiem w drodze. Co prawda nigdy nie skarży się na trudności, ale jeśli ktoś ma choć odrobinę wyobraźni, to włos może mu się czasami zjeżyć na głowie.


Mnie najbardziej jednak poruszyła inna scena. Jedna z kóz miała problem z porodem. Trzeba było jej pomóc i wyciągnąć koźlątko. Jedyną osobą z odpowiednio małą ręką była oczywiście kilkuletnia dziewczynka. Umyła ręce, nasmarowała wazeliną i po włożeniu ręki do kanału rodnego udało jej się chwycić koźlę za nogi. Zaczęła ciągnąć. Po chwili poleciała do tyłu trzymając w rękach urwane nogi. Koźlę już od dawna nie żyło i zaczęło się rozkładać.


Niech jednak ten naturalistyczny opis nie przesłoni Wam prawdziwego obrazu, jaki wyłania się z tej książki. To opowieść o życiu w zgodzie z naturą i szacunku do przyrody, o cyklu życia i śmierci, o tym skąd bierze się nasze jedzenie i ile może nam dawać przyjemności. Kiedy stoję przed zamrażarką w supermarkecie i patrzę na te wszystkie gotowe dania składające się z rzeczy, których nawet nie potrafię nazwać, myślę o tym jak daleko odeszliśmy od prawdziwego jedzenia. Jeden z moich ulubionych kucharzy, Gary Rhodes na okładce swojej książki "Keeping it simple" ma następujące zdanie "In my opinion, the most delicious food is created when you get the very best ingredients you can find and do as little to them as possible". W skrócie znaczy to tyle, że najlepsze jedzenie powstaje wtedy, gdy weźmie się najwyższej jakości składniki i zrobi się z nimi jak najmniej. Zgadzam się z nim całkowicie.
"Świnia w Prowansji" jest właśnie o takim jedzeniu.

środa, 28 kwietnia 2010
Równowaga

Stało się! Ona jest w ciąży, a on, niezależnie od tego jak cieszy się na myśl o potomku, jedno wie na pewno: zbliżają się sądne dni.

Któż bowiem nie słyszał o kobietach bezlitośnie wyganiających swoich mężczyzn na mróz, śnieg, deszcz czy zawieruchę, ponieważ muszą, ale to absolutnie muszą zjeść lody jogurtowe z owocami leśnymi tej a nie innej firmy. Inaczej umrą.

Albo jeśli w ciągu najbliższej godziny nie dostaną kawałka tortu bezowego to na pewno źle się to skończy dla nich i dla dziecka.

W końcu to dziecko chce, a jak by nie patrzeć, to także jego dziecko, prawda?

Na nic argumenty, że przecież godzinę temu byliście w sklepie i pytałeś się trzy razy czy nie ma na coś specjalnego ochoty. Wtedy nie miała. Za to teraz ma. Koniec dyskusji.

Tylko oczy robią jej się coraz smutniejsze i smutniejsze, szklą się jakoś podejrzanie, aż w końcu sięga po chusteczkę i rzekomo niezręcznie tłumiąc szloch zamyka się w łazience.

Opcjonalnie wypomina wszelkie winy z ostatnich dwóch lat, ostentacyjnie sięga po chusteczkę i obrażona zamyka się w łazience.

Cóż pozostaje wtedy partnerowi? Wkłada tony ciepłej odzieży, zapina szczelnie płaszcz i dzierżąc w ręku parasol mężnie idzie do sklepu. – Kiedyś mężczyźni chodzili na polowania – rozmarza się po drodze i przed oczami ma wizję siebie stojącego z uniesioną włócznią nad jakimś tygrysem szablozębnym albo innym mamutem.

– Coś jeszcze? – ekspedientka przywołuje go do rzeczywistości. Kręci przecząco głową i ściskając w ręku uszy ekologicznej torby wraca do swojej jaskini. A tam...

- O, jesteś! Już nie chcę – mówi ona na widok zakupów jednocześnie odstawiając pusty słoik po korniszonach. Nie trzeba chyba dodawać, że gdy wychodziliście był pełny.

Drodzy Panowie, zanim jednak zaczniecie rzucać gromy na swoje partnerki, które torturują was swoimi zachciankami przeczytajcie ten fragment książki Richarda Conniffa „Historia naturalna bogaczy”.

„(...) kobieta musi następnie zainwestować około 80 000 kalorii w ciążę, a to w przybliżeniu tyle energii, ile potrzeba na przebiegnięcie z Nowego Jorku do Chicago, plus jeszcze 182 000 kalorii na karmienie dziecka przez rok – taka porcja pozwoliłaby jej dobiec jeszcze do San Francisco, chyba, że padłaby po drodze z wyczerpania. Natomiast bezpośredni wkład mężczyzny w postaci jednego nieustraszonego plemnika wynosi 0,000000007 kalorii, czyli znacznie mniej niż potrzeba, by przewrócić się w łóżku z boku na bok i ziewnąć.”

Biorąc pod uwagę fakt, że wszystko w przyrodzie dąży do równowagi, nie ma się co dziwić zachowaniu kobiet, po prostu starają się ten stan uzyskać w dostępny sobie sposób.

Poza tym, zgodnie z zasadą „przezorny zawsze ubezpieczony”, on chomikuje gdzieś w domu ulubione batoniki żony i zupkę chińską, chowa w kącie lodówki śledzie w occie i trzyma na podorędziu numer telefonu do ulubionej knajpki z jedzeniem na wynos.

Cóż jednak zrobić, gdy ona zażąda świeżych malin w lutym? Pozostaje tylko wytrwać, przecież każda ciąża kiedyś się kończy, a dieta matki karmiącej będzie zdecydowanie bardziej ograniczona.

Najważniejsze o czym on musi pamiętać, to pod żadnym pozorem nie wdawać się w dyskusje! W walce z burzą hormonów racjonalizowanie rzadko przynosi efekty.

Maxymalnie

Nie jestem purystką językową. Trudno nią być, jeśli nie ma się formalnego wykształcenia w tym kierunku. Wiem, że istnieje wiele niuansów naszej pięknej mowy, o których nie mam pojęcia i wiem, że sama popełniam błędy. Nie razi mnie więc szczególnie „pełnienie roli” (na szczęście „odgrywanie funkcji” jest na szczęście zdecydowanie rzadziej spotykane), raczej śmieszą niż drażnią „dwie alternatywy”, nie wspominając nawet o „pierwszym debiucie”.

Niemniej to, co nie przeszkadza, gdy usłyszane w sklepie osiedlowym, w innym miejscu zdecydowanie nie powinno się zdarzać.

W mojej skrzynce pocztowej znalazłam ulotkę. Dwujęzyczne przedszkole (polsko-angielskie) okazało się na tyle intratnym przedsięwzięciem, że powstała takaż szkoła, jako naturalna kontynuacja dla uzdolnionych lingwistycznie dzieci.

Autor broszury rozpisuje się na temat zalet szkoły i przedszkola, wymienia niezliczone zajęcia dodatkowe, które sprawią, że nasze dziecko na pewno zostanie drugim Einsteinem lub Warholem, a przy tym będzie zdrowe i kwitnące. Zgrzyt pojawia się niespodziewanie. Otóż grupy mają liczyć „maxymalnie” 19 dzieci.

Niby wiem, że jeden głupi błąd nie powinien przekreślać całej idei. Niemniej nie mogę się pozbyć wrażenia, że w owym przedszkolu i szkole nie nauczą ani polskiego ani angielskiego.

1 ... 6 , 7 , 8 , 9
 
Tagi