niedziela, 14 grudnia 2014
Syzyfowe prace

Zasłyszane w serialu podsumowanie rodzicielstwa:

- Nie możesz wygrać. Nawet jeśli robisz wszystko dobrze.

poniedziałek, 08 grudnia 2014
Bez żalu

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów włączyłam telewizję w porze wieczornych wiadomości.

Niewiele tracę.

czwartek, 03 listopada 2011
Jak to się wszystko zaczęło, czyli o komediach romantycznych

Każdy ma swoje słabości. Jedni zbierają pudełka od zapałek, inni nie przejdą obojętnie obok budki z fast foodem, a jeszcze inni chowają pod łóżkiem romansidła (nawet u Pratchetta jest pewna, bardzo rozsądna skądinąd, osoba, która czerpie wiedzę o życiu z owych pouczających lektur).

A ja mam słabość do komedii romantycznych.
Więc dzisiaj będzie kilka przykładów, jak to się wszystko w ogóle zaczyna.

Zły początek.

"Miłe złego początki", ale w komediach romantycznych początki są często co najmniej złe.

Ot, taki Robin Hood, a wtedy jeszcze Robin Longstride w wersji granej przez Russela Crowe. "Hej, dziewko" - tak brzmiały jego pierwsze słowa do Marion, której chwilę potem przekazał wieści o śmierci męża. Trudno sobie wyobrazić gorszy początek. Później było trochę lepiej, szczególnie dla kobiet w dowolnym wieku siedzących przed telewizorem i patrzących na scenę, w której Marion pomagała zdjąć Robinowi zbroję. Akcja zakończyła się sukcesem, co z ukontentowaniem odnotowały wielbicielki aktora.

W filmie "Dobry rok" Russel Crowe też kiepsko radzi sobie z kobietami (ale tylko na początku, zresztą, powiedzmy sobie szczerze, nawet gdyby Crowe był najgorszym aktorem na świecie - a bynajmniej nie jest - w ogóle nie musi nic robić, wystarczy, że zdejmie koszulę)*. Cyniczny i wyrachowany japiszon przechodzi w tej komedii przemianę we wrażliwego i empatycznego właściciela winnicy, ale początki są wyjątkowo fatalne - Crowe pędzi jak wariat prowadząc samochód po krętych uliczkach południowej Francji i spycha do rowu piękną rowerzystkę. Naturalnie już wiemy kto będzie na siebie patrzył maślanym wzrokiem w ostatniej scenie, co nie przeszkadza, by następne spotkanie naszych bohaterów odbyło się przy nieużywanym basenie: ona stoi na górze, a on leży na dnie z twarzą w błocie. Film, rzecz jasna, polecam.

Oczywiście okoliczności poznania się nie zawsze muszą być tak dramatyczne. Wystarczy (pozornie) niesympatyczny właściciel baru w Irlandii, który nie chce zawieźć rudej Amerykanki do Dublina. Sprawa jest poważna, bo ona zamierza oświadczyć się swojemu chłopakowi. Czas nagli, a Irlandczyk jest obojętny. W odwecie, chociaż całkowicie niezamierzenie, Amerykanka rujnuje wynajęty pokój i wyłącza elektryczność w okolicy. Nic nie zapowiada wielkiej miłości, ale my, wytrawni widzowie, widzimy już uczucie czające się tuż za rogiem. Notabene "Oświadczyny po Irlandzku" są jedną z najsympatyczniejszych komedii romantycznych, jakie ostatnio widziałam.

I na koniec w tej kategorii, prawdziwy hit, czyli Bridget Jones i Mark Darcy. Sylwester u rodziców, sweter w renifery, natrętne swaty i mnóstwo niezręcznych sytuacji: nikt nie mógłby się spodziewać, że po takim wstępie nastąpi szczęśliwy happy end.

Rycerz na białym koniu

Ze złym początkiem konkuruje druga, równie popularna wersja, czyli spotkanie "na wybawiciela". Jest to szczególnie popularne, gdy któreś z bohaterów jest już w wieloletnim związku lub, jeszcze lepiej, ma się żenić za tydzień i absolutnie nie szuka nowego partnera. Nie ma więc mowy, by według bohaterów filmu owa iskra przerodziła się w coś poważniejszego. Natomiast nawet dla najmniej wyrobionego widza sprawa jest oczywista.  

Ratunek przychodzi na różne sposoby, może to być oszałamiający Matthew McConaughey ("Powiedz tak"), który w ostatniej chwili wybawia piękną Jennifer Lopez przed niechybną śmiercią - olbrzymi kosz na śmieci, który stacza się ze stromej góry jest tuż, tuż, a Lopez za nic nie chce zrezygnować z wytwornych pantofelków i usiłuje wyrwać obcas uwięziony bodajże w pokrywie studzienki kanalizacyjnej. Swoją drogą, ta sytuacja nie jest taka znowu nieprawdopodobna, też szarpałam się kiedyś z obcasem sandałka, który utkwił między metalowymi prętami, z tym, że było to przy wejściu do mojego akademika i żadnego hollywoodzkiego gwiazdora nie było w zasięgu wzroku, nie mówiąc o zabójczych koszach na śmieci.
Tak przy okazji, "Powiedz tak" ogląda się głównie ze względu na walory estetyczne: wymuskani Lopez i McConaughey są tak śliczni i estetyczni, że już niewiele trzeba, chociaż po prawdzie trzeba dodać, że ta komedia nie należy wcale do najgorszych.

Ale nie tylko mężczyzna potrafi ocalić od niechybnej śmierci. Krzepka Sandra Bullock pojawia się w samą porę, by ściągnąć mężczyznę marzeń z torów ("Ja cię kocham, a ty śpisz"). Niestety, cudem uratowany zapada w śpiączkę, a w dodatku okazuje się, że serce Sandry wybiera innego. Co nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że z pierwszym obiektem miłości nie zamieniła nigdy ani słowa.

Pozwolę tu sobie na pewne odstępstwo od reguły, bo natrętnie pcha mi się na klawiaturę końcówka "Pretty woman", gdy Richard Gere ratuje Julię Roberts od samotnego życia w biedzie. A ona go potem sprowadza z balkonu.

Wspólna kąpiel w ogrodowym baseniku

Czas na trzeci klasyczny motyw: on i ona znają się od lat, najlepiej od wczesnego dzieciństwa, zawsze byli tylko przyjaciółmi, ale nagle zaczęli patrzeć na siebie w inny sposób. Naturalnie zanim się o tym obydwoje przekonają minie przynajmniej półtorej godziny, bo przecież zazwyczaj przynajmniej jedno z nich jest z kimś innym. Najbardziej znany przykład to "Kiedy Harry poznał Sally" (czy oprócz nieletnich są jeszcze w ogóle osoby, które nie widziały rozgrywającej się w restauracji sceny udawanego orgazmu?), ale koniecznie należy też przypomnieć film "Zakazany owoc" w reżyserii Edwarda Nortona, w którym Norton gra księdza, Ben Stiller - jego przyjaciela, rabina, a sprawy komplikują się, gdy do miasta wraca wspólna przyjaciółka z dzieciństwa grana przez Jennę Elfman. Ten film to sama przyjemność.

Spotkanie zaaranżowane

Czyli od początku przynajmniej jedno z bohaterów próbuje coś ugrać, wygrać zakład, wykonać zlecenie.
"Jak stracić chłopaka w 10 dni" - oboje się założyli, ona, że w ciągu 10 dni zdąży go w sobie rozkochać i rzucić, on, że wytrwa w związku dłużej niż 10 dni.
"Miłość na zamówienie" - on jest mieszkającym z rodzicami wiecznym dzieckiem, a ona została przez owych rodziców zatrudniona, by syn wreszcie się wyprowadził.
"Zakochana złośnica" - sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana: on wziął kasę i ma się umówić z nią, żeby młodsza siostra zyskała zezwolenie na wyjście z domu.
Naturalnie, gdy już wszyscy wiemy o głębokiej wzajemnej miłości, tajemnica z hukiem przestaje być tajemnicą i następuje etap obrażenia, który wydaje się być już na całe życie, aż wreszcie skruszony winowajca przeprasza i wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Czego i Państwu życzę.
Dobranoc.

* Jeden z najlepszych dowcipów jakie ostatnio widziałam pochodzi z filmu "Kocha, lubi, szanuje", gdzie przystojniak grany przez Ryana Goslinga na wyraźny rozkaz (rewelacyjnej!) Emmy Stone, zdejmuje koszulę, na co ona wykrzykuje głosem pełnym pretensji "Wyglądasz jak z Photoshopu".

sobota, 01 października 2011
Obejrzane: "O północy w Paryżu"

Allen wyraźnie złagodniał. Nie ma pieprznych dialogów, nie ma rozważań o sensie życia. Brak nerwowego głównego bohatera, najlepiej skłóconego z całym światem (Larry David był po prostu genialny w "Co nas kręci, co nas podnieca"!). Nic z tego.

Tym razem bez żadnych obaw film mogą oglądać nawet najbardziej wstydliwe pensjonarki.

Ale w żaden sposób nie umniejsza to jego jakości. Allen, jak by się nie zabrał do dzieła, z pewnością zapewnia doskonałą rozrywkę. Dialogi są zabawne i błyskotliwe, a historię, choć niesamowita, ogląda się zupełnie naturalnie.


Niespełniony pisarz Gil Pener przenosi się z roku 2010 w lata dwudzieste. Tylko na kilka nocy, ale za to Gil wkracza w świat paryskiej bohemy. Zakochany w tym mieście Amerykanin nagle staje oko w oko ze Scottem Fizgeraldem, Picassem, Getrudą Stein czy Hemingwayem. Naturalnie pojawia się i piękna kobieta, pytanie tylko czy związek może przetrwać TAKĄ próbę czasu? Zresztą nasz pisarz jest już zaręczony, co prawda kilkadziesiąt lat później, ale fakt pozostaje faktem.

Bawiło mnie pewne przerysowanie w przedstawianiu bohaterów. Można poczuć prawdziwe dreszcze, gdy chmurny i niepokorny Ernest Hemingway wygłasza (bo nie mówi) swoje kwestie (swoją drogą: chyba dopiero na podstawie kilku scen z tego filmu zrozumiałam wreszcie na czym polegał fenomen Papy Hemingweya). Gertruda Stein jest pewna siebie, autorytarna nawet i rozsądza wszelkie spory niczym Salomon. Pojawia się też chuda i sprawiająca niesympatyczne wrażenie Alicja B. Toklas, poważny Man Ray i szalony Salvador Dali - ja też chcę ich poznać!
W ogóle postaci drugoplanowe to majstersztyk, chociażby taka Mimi Kennedy jako matka narzeczonej Gila. "Cheap is cheap" powtarza z pełną wyższości miną oglądając krzesła za 18 tysięcy euro.

Rachel McAdams jako Inez, narzeczona Gila jest cudownie odarta ze wszelkiego romantyzmu, snobistyczna i egoistyczna, a Marion Cotillard jako Adriana czyli muza i kochanka z dawnych lat po prostu zachwyca.

Jedyny minus jaki przychodzi mi do głowy, to odtwórca głównej roli. Oczywiście nikt nie jest winny swojej fizjonomii, ale skrzywienie ust, a także sposób mówienia Owena Wilsona nieco mnie drażniły. O ile w przypadku Allena i jego magnetycznego wpływu na płeć piękną, od razu było wiadomo, że lecą na jego intelekt, o tyle Wilson bynajmniej mnie nie przekonał jako mężczyzna, który w jakikolwiek sposób oddziałuje na kobiety.
Jest w nim jakaś fajtłapowatość, miękkość i rozlazłość, ale bez wdzięku neurotycznego intelektualisty, który cechował bohaterów granych przez Allena.
 
Ale poza tym wszystko w jak najlepszym porządku. Byłam w kinie na uroczej, inteligentnej, pełnej ciepła i magiczności komedii rozgrywającej się w realiach wspaniałego Paryża lat dwudziestych. Czegóż można chcieć więcej?

wtorek, 12 kwietnia 2011
Lakonicznie, ale za to z Marlonem Brando

Przyznaję, nie oglądałam "Czasu Apokalipsy".

Wiem, że to amerykański film o Wietnamie i to właściwie wszystko. Chociaż nie, znam jeszcze zdjęcie, które trzynastego grudnia 1981 roku zrobił Chris Niedenthal.

Fotografia pochodzi ze stron serwisu Szeroki Kadr.

To nasza krajowa historia, przywołana jedynie przy okazji, bo tak naprawdę chciałam pokazać inne zdjęcie. Trafiłam ostatnio na stronę fotografki Mary Ellen Mark. Lista jej osiągnięć jest tak imponująca, że nie starczyłoby mi wieczoru na ich opisanie, więc po prostu zachęcam do odwiedzin strony i obejrzenia galerii. Genialne portrety!

I właśnie wśród fotografii sławnych osób znalazłam jedno, które szczególnie zachwyciło mnie swoją intensywnością. Na planie "Czasu Apokalipsy", czy też raczej: poza planem, oprócz niezliczonych godzin nagranego filmu, powstawały też zdjęcia.

Co tu dużo mówić, popatrzcie.

Mary Ellen Mark: Marlon Brando fascinated by a dragonfly, Apocalypse Now, Pagsanjan, Philippines 1976

wtorek, 01 lutego 2011
"Jak zostać królem"

Czasy, gdy znałam na wyrywki repertuar trójmiejskich kin minęły bezpowrotnie. Teraz przeglądam program telewizyjny i widzę filmy, na które nie zdążyłam pójść. I też ich nie oglądam.


Niemniej od wielkiego dzwonu zdarza się okazja by wybrać się do przybytku X muzy i nawet trafić na prawdziwą perełkę.


Nie będę powtarzała streszczenia "Jak zostać królem", ale z przyjemnością dołączę do chóru pochlebców. Dawno nie widziałam tak dobrego filmu. Było zabawnie, poruszająco i ciekawie, a gra aktorska zachwycała. Ale najbardziej podobało mi się to, że film był przekonujący. Wierzyłam bez zastrzeżeń w słowa bohaterów, trzymałam kciuki za sukces króla i rozumiałam jego wybuchy złości. Co więcej, nawet pod koniec, gdy przyszła pora na stosowną dawkę patosu, ten patos nie uwierał i nie raził sztucznością jak w produkcjach amerykańskich. A może po prostu film tak mi się podobał, że byłam w stanie przymknąć na to oko.


Oceniam na szóstkę i polecam wszystkim.

sobota, 15 stycznia 2011
Trzy kropelki


Był późny wieczór. Dom ucichł, chore dzieci spały, mąż też już padł. Wiedziałam, że będę tego żałować rano, ale cisza i spokój są tak rzadkie w życiu każdego rodzica, że grzech z nich nie skorzystać.

Umościłam się wygodnie w rogu kanapy. Włączyłam lampkę. Olbrzymia książka ciężko leżała na kolanach.

Otworzyłam. Z autoportretu patrzył na mnie Diego Velázquez, nadworny malarz króla Hiszpanii Filipa IV.

Moją uwagę przyciągnął szeroko uśmiechnięty mężczyzna z Triumfu Bachusa. Wydaje się być najtrzeźwiejszy, a to on wyciąga zachęcająco rękę z czarką pełną wina. Poczęstujesz się widzu?

Kątem oka zauważyłam trzy kropelki wody na stronie obok. Bez zastanowienia starłam je ręką.

A one zostały.

Próbowałam wytrzeć wodę z reprodukcji w albumie.

Velazquez oszukał mnie prawie czterysta lat po swojej śmierci.



Miał niewiele ponad 20 lat, gdy namalował Nosiwodę z Sewilli.

Obraz ze stron Wirtualnego Muzeum.

 

Tagi